Wampiry

Posted by in Blog, obyczajowe, Opowiadania

Trzymał w dłoni starą maszynkę do golenia uzbrojoną w rdzewiejącą żyletkę i przyglądał się swojemu odbiciu w lustrze. Pod jego nogami plątała się brudna i mokra szmata – niemy świadek wczorajszego upokorzenia. Westchnął bez emocji, jakby chciał sprawdzić, czy potrafi jeszcze oddychać. Wydech odbił się od szkła i wrócił, przynosząc ze sobą odór z wolna psujących się zębów. Nie, to nie mogły być jego zęby; to był ten drugi – ten leworęczny. Ciężka maszynka leżała pewnie w ich dłoniach. Zarówno Arek, jak i mańkut, wykonywali teraz doskonale wyuczone ruchy; gładzili zdecydowanymi pociągnięciami powierzchnie swoich zmęczonych twarzy; zdejmowali jedną z tych masek, na którą składają się włoski bezsenności i suchy naskórek półsnów i półkoszmarów.

Na tapczanie, zaplątana w pogniecione prześcieradło, leżała zupełnie obca  kobieta. Arek znał ją i nie znał już od dawna – kolejna spośród setek zaakceptowanych niewiadomo czemu. Ta leżąca w sypialni różniła się jednak od tej, którą widywał codziennie. Tamta Beata, ta ciekłokrystaliczna, nie pachniała tanimi perfumami, prawdę mówiąc nie pachniała wcale. Była kolorowa i zawsze uśmiechnięta, a dzień zaczynała od 5 kilometrów joggingu. Arek znał jej puls, ulubione trasy i ilość spalonych kalorii. Często przyglądał się tym zygzakom naniesionym na mapę, szukając w nich znajomego kształtu. Zawsze kusiło go, aby zostawić błyskotliwy komentarz, jednak nigdy nie starczało mu odwagi na więcej, niż zwyczajne polubienie, które w jej przypadku nie znaczyło nic. W tamtym kolorowym świecie Beata była uwielbiana. Pod jej zdjęciami pojawiało się ponad czterdzieści polubień – dla Arka liczba nieosiągalna. Kobieta, która zaplątała się w jego prześcieradło, była wysuszonym odbiciem tamtej Beaty; zawodem pełnym rozstępów i innych doskonale zamaskowanych niedoskonałości; była umierającym z głodu wampirem, który trząsł się i pocił na samą myśl o dniu, który trzeba będzie oznaczyć jako kolejny sukces w długiej litanii sukcesów.

– Wstawaj! Za pół godziny muszę być w pracy – powiedział, gdy dostrzegł  pod pożółkłą pościelą jej podkrążone oczy, przekrwione ślepia upiora chowającego się przed słońcem.

– Myślałam, że inaczej zaczniemy dzień.

– Spodziewałaś się śniadania do łóżka? Nie jestem tego typu facetem.

– Nie, to nie to. Myślałam, że powiesz mi coś… coś z głębią.

– Ubieraj się. Naprawdę nie mam czasu.

Chwycił prześcieradło i zdecydowanym ruchem zsunął je na podłogę. Beata momentalnie poderwała się z miejsca i zakryła poduszką. Nie! Dziś nie pozwoliłaby się nikomu oglądać. Wczoraj, gdy alkohol krążył w żyłach, a oni oświetleni byli jedynie nocną lampką, wtedy mógł; wtedy nie była sobą, i on nie był sobą – ciała wampirów zupełnie inaczej wyglądają nocą. Za dnia trzeba je maskować, pudrować i kremować, a i tak trudno zakryć wszystkie ślady postępującego rozkładu.

– Ogłuchłaś, czy co? – patrzył na nią czując jednocześnie wstręt i złość.

Zaczęła się pośpiesznie ubierać. Zupełnie Innego Arka znała z wpisów, które regularnie udostępniał światu. Z wypiekami czytywała wszystkie literackie cytaty, których, jak się jej zdawało, znał tysiące, i które dobierał z chirurgiczną precyzją. Decydując się na pójście z nim do łóżka, spodziewała się mężczyzny, który swoją erudycją uratuje ją od wszechogarniającej bylejakości. Chciała intelektualnych rozmów, metafizycznych rozważań przy lampce wina, i poranków rozpoczętych filozoficzną frazą zaczerpniętą z jakiegoś czarnego kryminału. Zamiast tego dostała jedynie ostre rżnięcie wypełnione kilkoma czułymi słówkami i komendami typu: szybciej, wypnij sięmilcz suko. I chociaż nie chciała się do tego przyznać, to szczególnie to ostatnie sprawiło, że stała się wilgotna w decydującym momencie.

– Zobaczymy się jeszcze? – Sama zdziwiła słysząc własne słowa bezwolnie wydobywające się z jej popękanych ust. Zatrzymał się, podszedł bliżej, chwycił ją za kark i uniósł głowę tak, aby nie mogła uniknąć jego spojrzenia.

– Ty naprawdę myślisz… – zamilkł. Jego dłonie zacisnęły się na jej szyi.

– Ranisz mnie – wyszeptała z trudem.

Puścił. Przez chwilę zdawało się jej, że chciał coś powiedzieć,  coś niezwykle ważnego, jednak nagle zmienił zdanie, szybko odwrócił się na pięcie, i w milczeniu opuścił sypialnię. Czy to była jej wina? Beata dotknęła kciukiem swoich ust, pośliniła kciuk i starła zaschnięte resztki wczorajszej szminki, pozbywając się jakichkolwiek złudzeń. Tak. To zawsze była jej wina, a gdyby któregoś poranka okazało się, że jest niewinna, trzeba byłoby to zmienić; pozbyć się tego nieznośnego wrażenia; odetchnąć z ulgą.

Mieszkanie Arka wypełnione było setkami książek. Były wśród nich dzieła stare i pożółkłe; nowe i jeszcze pachnące drukarnią; z oprawami grubymi, starannie zszywanymi, zwyczajnie klejonymi lub zupełnie pozbawione okładek; rozlatujące się, zniszczone od wielokrotnego przeglądania, jeszcze nie rozpakowane, raz tylko przekartkowane; porzucone w łazience, wepchnięte na siłę do szafki z butami; służące jako podkładki pod kawę lub chwiejący się stół. Nawet materac, na którym spali, leżał na kilku warstwach książek, w tym na pełnym, 37 tomowym wydaniu encyklopedii Gutenberga i drugoobiegowych broszurach, które trzeba było jakoś rozprostować po trzydziestu latach leżenia w piwnicy poprzedniego właściciela.

Beata dopiła szklankę zimnej kranówki i westchnęła. Jej dłoń powędrowała mimowolnie w kierunku pokręteł z gazem. Przekręciła leciutko kurek. Ledwo słyszalny syk przyniósł ulgę. Zamknęła oczy, uniosła lekko głowę i zaczęła ocierać się łonem o zimną stal radzieckiej kuchenki gazowej. Gdy przyjemna, nieco słodkawa woń gazu, wypełniła jej nozdrza, Beata drgnęła. Jej ciało zareagowało automatycznie, uruchamiając mechanizm obronny, który kilka lat temu ocalił jej życie. Pobudzający spazm przeszedł przez uda, a na plecach poczuła ciarki.

– Jesteś gotowa? – pojawił się nagle za jej plecami, przerywając poranny rytuał umierania i zmartwychwstawania.

– Tak – odpowiedziała odwracając się i trafiając prosto w jego ramiona – możemy już iść – dodała niepewnie, starając się unikać jego spojrzenia.

– Chciałbym, abyś to przeczytała.

– Każdej dziewczynie, z którą spałeś, wciskasz jakąś książkę?

– Tylko tym, które wiedzą, co się z nimi robi.

– O czym to?

– O umieraniu.

– To smutne. Kto chciałby coś takiego czytać?

– Przecież wszystkie książki są o umieraniu.

Przyjrzała się uważnie podarunkowi. Przed sobą miała tanią, tekturową okładkę, nieudolnie udającą skórzany wolumin z XIX wieku. Tytuł znalazła dopiero na pierwszej stronie.

Syndrom Cotarda – odczytała półszeptem i zamknęła książkę. – Skoro wszystkie są o umieraniu – dodała, patrząc mu prosto w oczy – to co w takim razie wyróżnia tą?

– Ona, jako jedyna, mówi prawdę.

Jechali w milczeniu. Jesienne słońce wisiało nisko nad horyzontem,  przysłaniane co chwila przez miejski krajobraz. Beata przyglądała się pustoszejącym o poranku betonowym wzgórzom; nie mogła oderwać wzroku od fabryk rozpoczynających swój śmiercionośny cykl wdechów i wydechów; i patrzyła w milczeniu na cudaczne kościoły, gdzie staruszkowie składali hołd niewidzialnemu Bogu, tej hiperboli pustki i samotności. Radio szumiało i zgrzytało, mieszając zakłócenia i trzaski z popowymi kawałkami. Po kilkuminutowej walce z pokrętłem Arek postanowił wyłączyć je całkowicie. Beata wyjęła z torebki Syndrom Cotarda. Na pierwszej stronie znalazła motto, które przeczytała w milczeniu:

Zwykła książka, jest jak przygodnie poznana kobieta – po przeczytaniu, gładzisz  myślami jej grzbiet, a raz do roku ścierasz z krawędzi kurz wspomnień. Prawdziwie intrygująca jest książka, która sprawia w czytaniu pewną trudność, a między wersami skrywa dodatkowo jakiś sekret, który odkryć możemy tylko po latach obcowania z jej niewyczerpalną znaczeniowo treścią. Najgorsze są zaś książki, których nikt nie czyta. To one są powodem całego zła na świecie, albowiem jedna nieprzeczytana książka może zamienić jednego człowieka w nieświadomego swych zbrodni mordercę.

– To ma zachęcić czytelnika?

– Wiesz, że wydrukowano tego 1000 egzemplarzy, z czego sprzedało się zaledwie 40?

– A reszta?

– Autor wykupił cały nakład i oddał do spalenia. Właśnie tam je znalazłem. W kotłowni.

– Masz pozostałe 960 sztuk?

– 956. Trzy egzemplarze zniknęły, prawdopodobnie są w ręku autora. Jeden masz ty.

– Ale dlaczego je kupiłeś?

– Nie wiem. Nie mogłem się powstrzymać. Może za bardzo przypominały mi… – urwał wypowiedź.

Trzysta metrów przed nimi doszło do kolizji. Biała ciężarówka zderzyła się z luksusowym Land Roverem. Wypadek zadziałał jak kołek wsadzony w mrowisko. Światła i znaki drogowe nagle przestały obowiązywać. Piesi wchodzili między trąbiące samochody próbujące za wszelką cenę dostać się na skrzyżowanie, co natychmiast doprowadziło do jego całkowitego zablokowania. Zupełna eskalacja chaosu nastąpiła w momencie, w którym ktoś krzyknął, że ciężarówka wypełniona jest mrożonymi kurczakami, i już po chwili można było ujrzeć ludzi niosących pod pachami bryły bezgłowego mięsa owiniętego folią.

– Jak martwa sarna, którą widziałem w zeszłym tygodniu – powiedział po kilku minutach bezruchu i nieznośnego milczenia – nie miała w sobie życia, jednak życie ją otaczało. Robaki, muchy, szczury. Wszelkie cholerstwo urządzało sobie na niej ucztę.

– Jaka sarna? O czym ty mówisz?

– O tych ludziach. Popatrz, jak rzucili się na darmowe kurczaki.

– Wyjdę tutaj. – Chwyciła za torebkę, i kilka sekund później stała już otoczona przez tłum żądny kurzego mięsa, który opływał ją jak fala morska opływa zardzewiałą boję.

– Zobaczymy się jeszcze? – Zawołał przez otwarte okno, ale ona udała, że   tego nie usłyszała. Uśmiechnęła się jedynie i pokiwała na pożegnanie, po czym ruszyła w kierunku najbliższej uliczki, chcąc jak najszybciej stracić go z oczu. Czy chciała zemścić się na nim za to, że wcześniej zignorował ją, gdy zadała mu to samo pytanie? Nie, to nie było to. W jego mieszkaniu nie była sobą. Jadąc samochodem przez miasto przeanalizowała całą sytuację. Wiedziała już, a nawet była zupełnie pewna, że nie chce, aby ta jednorazowa relacja oparta na nasyceniu pierwotnego głodu, przerodziła się w coś więcej. Jedyne, czego teraz pragnęła, to zatonąć w budzącym się do życia mieście.

Miasto! O tak! Ono było jedynym, co naprawdę rozumiała, i jedynym, co naprawdę kochała; było betonowym wampirem, który w dzień karmił się krwią i potem mieszkańców, aby w nocy budzić się z letargu, ukazując swe prawdziwe oblicze. A cóż za spektakularna była to pobudka! Tysiące kolorowych lamp, mrugających neonów i surrealistycznych reklam. Jej ukochane miasto zmieniało się w jednej chwili z betonowego trupa, w żywy organizm łaknący wszystkich odmian emocji, od najwznioślejszych, po te najgorsze. Miasto co noc przechodziło chrzest moczem, śliną i alkoholem; co noc przyjmowało komunię świętą przegryzionymi wargami i obitymi pyskami; i w końcu co noc tulone było do snu jękami kochanków – tym powolnym umieraniem w objęciach nieskończenie obcych sobie istot.