Creed – narodziny legendy. Analiza

Posted by in analiza, Blog

Najlepiej uczyć się na cudzych błędach, dlatego też postanowiłem rozpocząć na blogu nowy cykl, w którym zamierzam analizować zabiegi/chwyty/rozwiązania scenariuszowe w popularnych filmach, które z jakiegoś powodu się nie udały. Na pierwszy ogień pójdzie film Creed – narodziny legendy, z 2015 roku. Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że artykuły te nie będą miały nic wspólnego z recenzjami filmowymi, a co za tym idzie, nie mam zamiaru oceniać analizowanych filmów. Nie ważne jest to, czy w ogólnym rozrachunku film mi się podobał, czy też nie. Ważne jest to, czego mogłem się nauczyć analizując jego strukturę narracyjną. Napisałem, że najłatwiej uczyć się na błędach, co oznacza, że będę analizował głównie filmy w jakimś sensie nieudane. Dlaczego? Myślę, że o wiele łatwiejsze i bardziej zrozumiałe jest wskazanie mechanizmu, w którym coś nie działa i pokazanie palcem, które koło zębate jest za to odpowiedzialne, niż analiza doskonale tykającej bomby fabularnej. Aby robić to drugie potrzeba wiedzy, którą wciąż jeszcze zdobywam, poza tym analiza arcydzieł to przyjemność, której nie zamierzam nikomu odbierać.

Creed to historia młodego boksera, nieślubnego syna słynnego Apollo Creeda (tego, który trzydzieści lat wcześniej, będąc u szczytu sławy, stoczył walkę z nikomu nieznanym bokserem o imieniu Rocky Balboa). Młody Adonis zwraca się z prośbą do samego Rockiego, aby ten go trenował. Chłopak chce udowodnić coś światu. Pragnie pokazać, że jest godzien nosić imię swego tragicznie zmarłego ojca – bokserskiej legendy wszech czasów. Tak prezentuje się fabuła w telegraficznym skrócie. Jak zapewne zauważyliście, Creed jest kontynuacją słynnego Rockiego, stąd też nie uniknę porównań z kultowym pierwowzorem. Powiem nawet więcej! Całą analizę oprę na porównaniu, bo okazuje się, że tam, gdzie włoski ogier z 1976 roku radził sobie znakomicie, tam czarnoskóry Adonis z roku 2015 kuleje i niedomaga, i widać to gołym okiem.

Mój największy zarzut dotyczący Creeda dotyczy dynamiki rozwoju postaci, a dokładniej mówiąc, jego hartowaniu się przy pomocy treningu. Mój problem polega na tym, że gdy dochodzi do finałowej walki, to wcale nie mam poczucia, że tytułowy bohater pokonał siebie. Mam wrażenie, że morderczy trening, przez który musiał przejść, po prostu był, ale w zasadzie każdy bokser dałby tutaj radę, a Creed w trakcie treningu niczego wielkiego nie dokonał, nie przełamał własnych słabości, nie nauczył się niczego  – po prostu dużo trenował. Wiele mówi się w filmie o pokonywaniu siebie. Pamiętacie scenę, w której bohaterowie stoją przed lustrem? Rocky mówi do młodego boksera, że to on jest dla siebie najtrudniejszym przeciwnikiem, i że to wpierw siebie musi pokonać. Problem polega na tym, że to zwykłe gadanie. W dodatku łopatologicznie powtórzone dwa, a nawet trzy razy! Zamiast gadać o pokonywaniu siebie, należało to pokazać. Nie było to trudne. Wystarczyło zrobić to tak, jak w pierwowzorze!

Trening w obu filmach pokazany jest w zestawieniu z życiem codziennym głównych bohaterów, dzięki czemu tworzy się paralela między życiem rozumianym jako walką i pojedynkiem bokserskim. W pierwowzorze mamy nieśmiałą dziewczynę i nieznanego boksera, który się w niej podkochuje. Obserwujemy rozwój ich związku, który przeżywa lepsze i gorsze chwile. Historia jest prosta, bez nadmiernego dramatyzmu, a jednak chwyta za serce. Ciężar fabularny położony jest właśnie na tym romansie i zbliżającej się walce. Te dwa wątki się przeplatają i doskonale uzupełniają. W filmie z 2015 roku także mamy romans. Tutaj główny bohater poznaje tracącą słuch wokalistkę. Ich związek przeżywa chyba tylko jeden poważny kryzys, w dodatku z błachego powodu – główny bohater zataił przed dziewczyną, że jest synem legendarnego Apollo Creeda. W pierwowzorze mamy trenera, który nie stroni od alkoholu, jednak jego wątek jest ledwie zarysowany – nie przeszkadza historii miłosnej, nie wychodzi na pierwszy plan, jedynie wspomaga bohatera w dążeniu do celu. W nowej odsłonie mamy podstarzałego boksera/trenera – Rockiego – który, jak się okazuje, ma raka. Wątek ten zajmuje sporą część filmu, a relacja między tymi bohaterami jest w głównym zamyśle scenarzysty zaprawą trzymającą cały film w ryzach. Wygląda na to, że scenarzysta wziął sobie do serca złotą zasadę sequeli – szybciej, więcej, mocniej. Tylko, czy w filmie, który próbuje pokazać normalne życie w realistyczny sposób zdaje to egzamin? Dlaczego nie postawiono na realizm? Tracąca słuch dziewczyna, która jest wokalistką? Poważnie? W dodatku rozbicie uwagi widza między tracącą słuch dziewczynę (wątek miłosny) i chorego na raka Rockiego (wątek główny) powoduje, że oba te wątki trącą, szczególnie wątek miłosny, który siłą rzeczy znalazł się w cieniu, który rzuca Sylwester Stallone. Wszystko to powoduje, że wątek miłosny sprawia wrażenie napisanego na siłę (scenarzysta odhaczył i poszedł dalej), bo historia miłosna musi być. W dodatku niepotrzebnie ją zdramatyzowano sztampowym pomysłem, który, jakby tego było mało, nie doczekał się fabularnego rozwinięcia (co z jej słuchem? Jest jakaś nadzieja? Operacja? Jakieś alternatywne hobby?). Z tego powodu obie relacje (Creed/dziewczyna i Creed/Rocky), rozpisane są na pół gwizdka. Jeszcze jedna postać została zmarginalizowana z tego samego powodu. Pamiętacie postać Apolla w Rockim? Główny antagonista miał znacznie więcej czasu ekranowego, niż przeciwnik Creeda, którego po obejrzeniu filmu nie pamiętamy wcale. Dlaczego główny antagonista jest tak słabo rozpisany? Zwyczajnie zabrakło na to miejsca, które zabrały dwa poprzednie wątki. Odhaczono go tylko tak, jak wątek romantyczny i trening, bo każdy film musi mieć antagonistę. Problem polega na tym, że dobre filmy mają zapadających w pamięć antagonistów. W Creedzie zwyczajnie zabrakło na to miejsca.

Sekwencje treningu są słabo przemyślane i kiepsko rozpisane. Brakuje im dynamiki. Dlaczego nie widzimy postępu w treningu Adonisa? A dlaczego w pierwowzorze widzieliśmy postęp? Spójrzmy na scenę łapania kurczaków. W obu filmach trenujący bokser ma zadanie złapać wszystkie kurczaki. W oryginale po jakimś czasie Rockiemu się to udaje, a co z Creedem? Dlaczego z tego zrezygnowano?  Trening w takim filmie powinen być rozpisany na trzy fazy: 1 – rozpoznanie trudności i trening jako sposób na jej pokonanie. 2 – przełom i pokonanie trudności. 3 – tryumf, radość z kolejnego małego zwycięstwa i spojrzenie na kolejne stopnie; kolejne trudności, które trzeba pokonać. W Rockim działało to znakomicie. Sceny treningu przeplatane były scenami z życia, gdzie bohaterowie świętowali swoje małe tryumfy. Tam postęp był namacalny. W Creedzie sceny treningu są napisane tak, że spokojnie można by zabrać sekwencję treningu z końca filmu i wsadzić ją na początek, i widz nigdy nie zorientowałby się, że coś jest nie tak. Odniosłem wrażenie, jakby scenarzysta napisał: „bohaterowie trenują”, i czasem taką sekwencję treningową wypełnił prostą sceną dialogową (jak ta przed lustrem). Są jeszcze dwa miejsca, które osłabiają znaczenie treningu, czyniąc go w Creedzie błahymi sekwencjami nieprowadzącymi nigdzie. Pamiętacie Rockiego boksującego w chłodni; uderzającego pięściami w zamrożone płaty krowiego mięsa? Ta scena idealnie pokazywała trudności, z którymi musi się zmierzyć biedny bokser, i ukazywała jego determinacje w dążeniu do celu. Rocky kontra zamrożone mięso to metafora walki ze swoją pozycją społeczną. W Creedzie główny bohater zmienia salę gimnastyczną na taką, w której trenują ludzie z nizin społecznych, i to wszystko. Banał.

I w końcu scena z wbieganiem po schodach i tryumfalnym unoszeniem dłoni w górę, która w Creedzie została zastąpiona sceną z motocyklistami i boksowaniem powietrza. W pierwowzorze wspinaczka była metaforą trudnej drogi, którą bohater musiał przejść. Rocky, gdy w końcu wbiega na schody i unosi w górę tryumfalnie dłonie, jest sam. Wiemy, że właśnie pokonał siebie! Jego trening jest zakończony, teraz jest gotów zmierzyć się z Apollem. Creed biega po płaskim terenie w otoczeniu bandy motocyklistów (w dodatku aktor kuleje na jedną nogę). Co to znaczy? Czyżby autorzy chcieli powiedzieć, że w końcu zdobył upragnioną atencję? Poważnie? Myślałem, że oba filmy są o walce z samym sobą, o próbie pokazania światu, że dzięki ciężkiej pracy i determinacji udaje się człowiekowi osiągnąć coś wielkiego. Ta scena, chociaż wydaje się błacha, w dodatku nie ma w niej żadnych dialogów, mówi nam wiele o bohaterze, o drodze, którą przebył, o jego charakterze. Dobry scenarzysta rozpisując taką scenę powinen myśleć o jej znaczeniu. W Rockim się to udało. Creed oferuje nam więcej, szybciej, efektowniej, ale bez znaczenia, dlatego oglądając Rockiego wbiegającego na schody mamy ciarki na plecach, a oglądając Creeda boksującego powietrze i ścigającego się z młodzieżą na motocyklach i skuterach zwyczajnie ziewamy. Oczywiście wiemy, dlaczego zrezygnowano ze schodów. Na końcu filmu Creed i Rocky odwiedzają te słynne schody, które teraz stają się metaforą walki Rockiego z chorobą. Tak to sobie scenarzysta wymyślił, i myślę, że nawet ładnie to wykombinował. Problem polega na tym, że oryginalna scena z Rockiego pokazywała człowieka, który pokonał własne słabości, a to, co otrzymujemy w Creedzie nie spełnia tej funkcji. W obu przypadkach bokserzy biegną, w obu przypadkach mamy ten sam motyw muzyczny, i w obu przypadkach dzieje się to tuż przed walką. W Creedzie zabrakło jednak najważniejszego – zabrakło znaczenia. Scena jest pusta. Oczywiście nie mówię, że trzeba było przepisać scenę jeden do jeden z Rockiego. To są inne filmy! Trzeba było jednak znaleźć taką scenę, która pokazałaby, że Creed pokonał siebie, i że teraz jest gotów stoczyć walkę.

A wystarczyło uważniej obejrzeć pierwowzór.