Algorytm Ozyrysa

Posted by in Opowiadania, s/f

Wielokolorowy glitch przestrzelił nocne niebo. Poziome błyskawice cyfrowego zakłócenia pojawiły się w oknach starych kamienic, a krople deszczu zamieniły się w piksele, przez które, jak przez dziurkę od klucza, dało się dostrzec prawdziwe oblicze miasta.

Mark oparł się o żeliwny kontener na śmieci. Starał się uspokoić i złapać oddech. Gdzieś w oddali wybrzmiewały syreny policyjne, a w powietrzu czuć było zapach dymu i spalenizny. Czuł się okropnie – jakby obudził się po trzydniowej libacji amfetaminowej. Dotknął tyłu głowy, starając się rozdzielić włosy posklejane lepką cieczą, i z przerażeniem odkrył, że krwawi.
– Pomocy – ledwo wydusił z siebie i szybko wydał mentalne polecenie.
System nie zareagował. Mark spróbował jeszcze raz, i wtedy niebo znów przestrzelił wielokolorowy glitch. Tym razem usterka nie ustąpiła – gwiazdy zniknęły zastąpione cyfrowym zakłóceniem, a mgła wlewająca się do zaułka zamieniła się w biały szum. System mentalny wyświetlił komunikat o błędzie
Mark wiedział, że nie może zostać tu ani chwili dłużej, inaczej wykrwawi się, lub skończy zaszlachtowany przez uchodźców z Europy. Trzęsącymi się rękoma zarzucił kaptur na głowię i zniknął w białym szumie.

Odrapane ściany kamienic oświetlał purpurowy blask neonu dominującego nad wąską uliczką. Popękany chodnik pokryty był cienką warstwą tłustej deszczówki. Odbijały się w niej miejskie latarnie, światła przejeżdżających pojazdów i zniekształcony szyld The Maltese Falcon Motel. Poza neonami, praktycznie całe miasto było monochromatyczne. Wyblakłe kolory dało się dostrzec jedynie na szyldach reklamowych i na wystawach sklepowych. Przechodnie mieli na sobie długie płaszcze przeciwdeszczowe, mężczyźni nosili kapelusze, a kobiety chowały się pod czarnymi parasolkami.
Wszystko to było cyfrowym fałszem – filtrem noir nałożonym na rzeczywistość; niedawno kupioną aplikacją, dzięki której Mark mógł poczuć się tak, jak w starych, czarno-białych filmach z połowy XX wieku. Uszkodzony system mentalny uniemożliwiał mu wyłączenie wizualizacji.

Niektóre ściany pokryte były niebieską grafiką zastępczą, wyświetlającą informacje o błędzie. Kałuże wypełniał wielokolorowy szum pulsujących glitchy, w których można było dostrzec jedynie kontury odbijającego się przedmiotu. I jeszcze ten deszcz – zapętlona, kilkusekundowa sekwencja, która w momencie ponownego wczytania zatrzymywała się w powietrzu, aby sekundę później znów runąć w dół. Nic nie denerwowało go bardziej, niż ta przeklęta, zapętlona sekwencja.
– Dobrze się pan czuje? – Mężczyzna w tweedowym kapeluszu i szarym trenczu zatrzymał się zaniepokojony jego zachowaniem. Mark zmrużył oczy. Ubranie przechodnia było prawdopodobnie generowane losowo. Raczej mało prawdopodobne, aby facet wiedział o istnieniu nakładki noir, w której mógłby dopracować swój wygląd.
– Chyba… Chyba zostałem napadnięty. Mam uszkodzony moduł mentalny i nawigację. Może mi pan powiedzieć, gdzie znajdę najbliższy serwis?
Mężczyzna uśmiechnął się i zamknął oczy.
Stary model z wyświetlaczem podpowiekowym – pomyślał Mark – wolę już chyba tę zbugowaną projekcję noir, od widoku prawdziwego Londynu.

Dopiero teraz Mark zauważył, że mężczyzna ma ze sobą psa – niewielkiego mopsa, który sapał i plątał się pod nogami. W pewnym momencie pies podniósł nogę i zacząć sikać, a w miejscu, w które uderzył strumień moczu, pojawił się niewyraźny kontur hydrantu strażackiego. Gdy pies skończył, hydrant znowu zniknął. Zaskoczony Mark kopnął lekko w tamto miejsce, aby upewnić się, czy hydrant faktycznie istnieje, czy może cała ta scenka była tylko kolejną projekcją filtra noir.
Muszę być ostrożny – zanotował w myślach czując wyraźny opór – nie wszystkie brakujące obiekty mają grafikę zastępczą.
– Najbliższy oficjalny serwis jest dopiero w starym Londynie – odpowiedział w końcu przechodzień o nijakiej twarzy – ale niedaleko stąd jest całodobowy zakład z licencją. Musi pan skręcić w prawo, przejść na drugą stronę jezdni, i po czterystu metrach powinien być szyld.
– Dziękuję – Mark chciał już ruszyć dalej, jednak mężczyzna niespodziewanie chwycił go za rękaw.
– Zaraz. Chyba gdzieś już pana widziałem…
– Zawsze mnie z kimś mylą – odpowiedział wyuczoną formułę, wyrwał się i ruszył  szybkim krokiem w kierunku białego szumu.
– Nie! Na pewno widziałem! Pan jest tym muzykiem! – Mężczyzna zaczął wołać, wskazując palcem na znikającego we mgle Marka – Ludzie! To Mark Oblitius! Lider An Awkward Pause!

***

Tego wieczoru katedrę odwiedziło wyjątkowo wielu użytkowników. Przybyli, aby napawać się wirtualnym cudem. Petabajty danych krążące nad głowami zgromadzonych zaczęły od kilku miesięcy układać się w tęczową mgiełkę, która niemalże wylewała się przez łącza, wypełniając swym pulsującym sygnałem każdy gigabit połączenia. Anastazja, chociaż nie do końca wierzyła w całą tę historię o zmartwychwstaniu, to łapała się na tym, że spędzała w katedrze coraz więcej czasu. Uwielbiała spokój tego miejsca. Zupełnie nie czuło się, że przebywa tu w jednej chwili około miliarda zalogowanych wiernych. W trakcie tych nieregularnych, kilkunastominutowych wizyt, jej świadomość rozpływała się i łączyła ze świadomością pozostałych użytkowników, tworząc coś w rodzaju cyfrowej meta-świadomości. Jakże przyjemnie było zapomnieć o trudach codzienności i rozpłynąć się w wirtualnym tłumie. Przez chwilę miała nawet wrażenie, że katedra chce jej coś powiedzieć. Olbrzymie kolumny podtrzymujące cyfrowe niebo zaczęły wibrować, i niespodziewanie wydarzyło się coś, co nigdy wcześniej nie miało miejsca – w jej głowie rozległ się ledwo słyszalny szept; katedra przemówiła.
– Słyszę… Słyszę go! – Anastazja poczuła dreszcze przechodzące przez każdą komórkę jej fizycznego ciała, i gdy już myślała, że za chwilę połączy się z cyfrowym absolutem i osiągnie stan najwyższej ekstazy, na ekranie niespodziewanie pojawił się komunikat informujący o przerwanym połączeniu.
– An! Słyszysz mnie!? – Leland, szczupły mężczyzna o szczurzej twarzy  i farbowanych włosach podsuwał jej pod buzię plastikową miskę. Nagłe wyrwanie umysłu z katedry i wrzucenie go prosto w szarą rzeczywistość prawie zawsze kończyło się fizjologicznym szokiem. Jej szef doskonale zdawał sobie z tego sprawę, a jednak zrobił to z premedytacją. Anastazja chwyciła za miskę i zwymiotowała.
– Potrzebuję cię na sali za pięć minut! – dodał bez cienia emocji i wyszedł.

***

Mark znajdował się w obskurnym gabinecie całodobowego serwisu Bridgeman-tech. Na wybielonych wapnem ścianach, w wyeksponowanym miejscu, wisiał dyplom niezidentyfikowanej prywatnej uczelni, a biurko zawalone było używanymi mikroprocesorami, buteleczkami z dziwnymi płynami oraz narzędziami o wątpliwej jakości i sterylności. Zwisający z sufitu mechanizm urządzenia serwisowego wyglądał na wielokrotnie przerabiany: luźno wiszące kable, brak osłon na płytach głównych, wentylatory montowane przy pomocy taśmy klejącej oraz mechaniczne ramiona zespawane z kilku modeli – wszystko to sprawiało wrażenie, jakby miało się rozsypać zaraz po uruchomieniu. Jedyne, co wyglądało tu profesjonalnie, to mechaniczny, skórzany fotel, na którym Mark siedział. Dodatkowo, tuż nad jego głową, znajdował się dysk do rezonansu magnetycznego, który, ku zadowoleniu Marka, wciąż miał plombę gwarancyjną.

Doktor Leland Bridgeman, z tych Bridgemanów, jak sam się z dumą przedstawił, zakładał właśnie silikonowe rękawiczki, gdy pomieszczenie wypełniła delikatna woń różanych perfum i przyjemny stukot obcasów. Nie wszystkie kobiety potrafiły poruszać się z takim rytmem i gracją, a Mark, jako muzyk, był pod tym względem szczególnie wyczulony.

Zatrzymała się przy półce z medykamentami, trzymając w ustach gumkę i splątując w kitę swoje czarne, kręcone włosy. Musiał się mocno wychylić, aby ją ujrzeć. Miała typowo romski typ urody – pełne usta, zgrabny nos, okrągłą twarz z lekko wystającymi kościami policzkowymi oraz duże zielone oczy. Urody dodawały jej także cztery pieprzyki na lewym policzku układające się w linię znikającą tuż za uchem. Jej długie i zgrabne nogi ozdobione były czarnymi rajstopami z modnym ostatnio wzorem losowych pikseli. Mark przetarł oczy. Przez chwilę myślał, że łydki pielęgniarki są kolejnym wytworem filtru noir, jednak szybko przypomniał sobie, że filtr nie działa w zamkniętych pomieszczeniach. Ich wzrok na chwilę się skrzyżował. Dziewczyna drgnęła.
Czyżby mnie rozpoznała? – pomyślał.
– Zaraz zobaczymy, co tam się dzieje – doktor uruchomił mechanizm fotela serwisowego. Skórzane pasy zacisnęły się na czole, klatce piersiowej, brzuchu i udach Marka, a fotel przechylił się o dziewięćdziesiąt stopni do przodu.
– Proszę przywrócić do działania moduł komunikacyjny! Więcej teraz nie potrzebuję.
Leland nie odpowiedział. Odgarniał już posklejane zakrzepłą krwią włosy pacjenta, i gdy tylko ujrzał kark, zamarł w bezruchu. Szyja na przestrzeni dwóch centymetrów kwadratowych była dokładnie wygolona i nosiła ślady niedbale przeprowadzonego zabiegu chirurgicznego. Dziura ustawiona była precyzyjnie pod takim kątem, aby trafić w przestrzeń między móżdżkiem a płatem potylicznym. Leland nigdy jeszcze nie widział czegoś podobnego, jednak łatwo mógł się domyśleć jaki cel przyświecał oprawcom.
– Ma pan jakieś układy amplifikacyjne? – zapytał lekko drżącym głosem.
– Dwa trzeciej generacji, jeden piątej i jeden siódmej – Mark opadł zgodnie z prawdą. Leland w tym czasie uruchomił tomograf i rozpoczął skanowanie.

Dwa pierwsze układy zainstalowali Markowi rodzice. Było to w czasach, gdy na amplifikację mózgu pozwolić mogli sobie tylko najbogatsi, i to właśnie tej decyzji zawdzięczał swój wielki sukces. Trzeci układ wszczepił sobie po wydaniu pierwszej płyty, a czwarty dwa lata temu, gdy na rynku pojawiła się siódma generacja taktowana zegarem o zawrotnej prędkości 512 petaherzów.

Układy amplifikacyjne były procesorami naśladującymi działanie mózgu, jednak cechującymi się znacznie lepszą wydajnością. Mózg, po zbudowaniu połączeń niezbędnych do komunikacji z układem, traktował go jak część siebie, z tą różnicą, że ta konkretna część działała znacznie szybciej. Okazało się to niezwykle ważne przy ustalaniu osobistych priorytetów. Jeśli przykładowo zajmowałeś się rysowaniem, i było to dla ciebie najistotniejsze, to mózg zapisywał całą aktywność związaną z tą umiejętnością w najwydajniejszym miejscu, jakie miał do dyspozycji, czyli w układzie amplifikacyjnym.

Dwa układy trzeciej generacji zawierały prawdopodobnie wszystkie jego umiejętności gry na znanych mu instrumentach i cały instynkt kompozytorski. Część tych umiejętności zaczęła już przechodzić na układ generacji piątej, którego mózg Marka nie przyjął poprawnie, zaś układ generacji siódmej był aktywny jedynie w 40%, a pełną wydajność miał osiągnąć dopiero za pięć lat, i to tylko przy uwzględnieniu kosztownej terapii komórkami macierzystymi. Wielkim minusem układów amplifikacyjnych (czy też ograniczeniem naszych mózgów), był fakt, że im starszy pacjent, tym dłużej trwała adaptacja układu.

Tomograf przeciągłym piknięciem obwieścił koniec skanowania. Rzut okiem na wyniki wystarczył doktorowi Lelandowi Bridgemanowi aby stwierdzić, że jest źle. Bardzo źle.
– An! Przygotuj pełne znieczulenie! – zawołał do swojej asystentki, po czym nachylił się i spojrzał Markowi prosto w oczy. – Mózg zaczyna obumierać. Nie przeżyje pan, jeśli natychmiast nie zacznę operować. Rozumie pan?
Cisza wypełniła na chwilę całe pomieszczenie; i była to cisza tak intensywna, że Mark miał wrażenie, jakby od ciśnienia miały mu zaraz eksplodować bębenki.
To koniec – pomyślał – marny koniec wielkiego artysty.
– Operujcie – odpowiedział z zaciśniętymi zębami.
Leland natychmiast przystąpił do działania.
– A co z moimi układami? – Mark wydusił z siebie ostatnie słowa w momencie, gdy Anastazja wbiła mu igłę w szyję. Odpowiedzi na to pytanie bał się chyba jeszcze bardziej, niż samej operacji.
– Nie ma ani jednego! – Zdążył usłyszeć wyrok, nim zapadł w głęboki sen.

***

Biało światło pochłonęło wszystko. Oczy potrzebowały kilku sekund, aby przywyknąć do oślepiającego blasku. Hala koncertowa wypełniona była echem ostatniego akordu. Gdy dźwięk ucichł, rozległy się oklaski i piski podekscytowanych fanów. Mark uwielbiał to uczucie. Na scenie był jednocześnie mesjaszem przemawiającym do swoich wyznawców i tyranem otoczonym przez armię wojowników skandujących jego imię.

Krzyki w końcu ustały, a światło zgasło, tworząc odpowiedni, starannie wyreżyserowany nastrój. Mark przez moment napawał się napięciem, które sięgało zenitu. Podekscytowana publiczność czekała na wielki finał.
Z ledwością łapią oddech – pomyślał – czas na finałowy utwór!
Pojedynczy reflektor oświetlił Marka, który przesterował elektro-saksofon na tonację c-moll, następnie przyłożył usta do instrumentu i dmuchnął. Ku jego zdziwieniu, zamiast melodyjnego dźwięku rozpoczynającego Dark River, z głośników wydobył się przeraźliwy zgrzyt. Mark zaczął kręcić regulatorami i spróbował jeszcze raz, jednak i tym razem słychać było jedynie kakofoniczny jazgot i nieznośne sprzężenia zwrotne.
Publiczność zaczęła się śmiać. Kolorowe reflektory momentalnie rozświetliły scenę, ponownie oślepiając Marka. Pisk krążył i pulsował, odbijając się od ścian hali i mieszając się z gwizdami.

Nagle wszystko ucichło, jakby ktoś wyłączył wtyczkę, do której podłączony był każdy dźwięk na ziemi. Gdy jego oczy przyzwyczaiły się do światła, zorientował się, że pomieszczenie nie było już halą koncertową, tylko pstrokato urządzonym studiem telewizyjnym.
– Chyba jednak nie jesteś w tym najlepszy! –  usłyszał denerwujący głos Jeffa Wrackinga, prezentera prowadzącego jeden z tych głupkowatych teleturniejów na kanale szóstym; i faktycznie Jeff stał na samym środku, ubrany w jaskrawą marynarkę i szczerzył wprost do kamery te swoje nienaturalnie białe zęby. Po jego prawej stronie znajdował się wielki czerwony przycisk, nad którym Jeff ustawił dłoń. Publiczność zaczęła go dopingować.
– Wygląda na to, że odpadasz! – Jeff uderzył pięścią w przycisk. Mark chciał jeszcze coś powiedzieć, krzyknąć, zaprotestować, jednak było już za późno.

Ciemność pochłonęła wszystko. Swobodnie spadające ciało tonęło w niekończącym się mroku, i jedynie nieregularny świst powietrza przypominał Markowi o tym, że wciąż spada.
Umarłem, czy może właśnie umieram? – zapytał sam siebie – ale skoro umarłem, to czym jest ten świst? Może to przebijająca się z rzeczywistego świata maszyna, przy pomocy której doktor Leland wwierca się w moją głowę? Czy może to szept? Może ktoś próbuje mi powiedzieć coś ważnego?
Mark zamknął oczy i skupił całą swoją uwagę na nieregularnym dźwięku.
– Su… Suzy… Suzanna – świst zdawał się układać w imię, którego na próżno szukał w pamięci. Jednocześnie miał wrażenie, jakby Suzy była tą właśnie pustką; tą niekończącą się przepaścią i otaczającą go ciemnością. Na samą myśl o tym wszystkim poczuł strach, który jakimś cudem, udawało mu się do tej pory tłumić. Momentalnie zaczął krzyczeć.

Wrzask rozdarł ciemność. Nad jego głową pojawił się wąski pasek, z którego lunął deszcz. Mark poczuł grunt pod nogami i typowy smród dzielnicy europejskich uchodźców. Znów był w Londynie, a dokładniej w jednej z tysiąca wąskich uliczek dystryktu Basildon.
Niebo świeciło blaskiem tysiąca glitchy. Przez sekundę miał wrażenie, że jego wzrok przeniknął atomowe chmury, pozwalając mu dostrzec błękit, którego ludzkie oczy nie widziały od końca Wielkiej Wojny. Coś jednak było nie tak z tym niebem – miał wrażenie, że wyglądało, jak sklepienie wielkiej katedry, wsparte na ogromnych kolumnach, które zdawały się lekko wibrować. Wrażenie jednak rozmyło się w mgnieniu oka. Projekcja została na powrót zastąpiona deszczowymi chmurami – przeklętą, zapętloną sekwencją, która doprowadzała go do szału.

Jakieś zjawy wypełzły ze wszystkich stron i otoczyły go, odcinając wszelkie drogi ucieczki. Demoniczne postacie miały na sobie prochowce z czarnej foli, chromowane maski i dłonie tak czarne, że zdawały się być zdolne do pochłonięcia wszelkiego źródła światła przy pomocy dotyku. Chciał znów krzyknąć, jednak gdy tylko otworzył usta, foliowy cień zza jego pleców pochwycił go i zakneblował gumowym pasem. Próbował się jeszcze szarpać, jednak milczące zjawy skutecznie go unieruchomiły i powlekły do zaparkowanego nieopodal grawitowozu.
Ten symbol – pomyślał, patrząc na pojazd – czerwony trójkąt wewnątrz czarnego kwadratu. To już się wydarzyło…
Zjawy w foliowych prochowcach wrzuciły go do środka pojazdu, w którym znajdowała się w pełni wyposażona sala operacyjna – zdecydowanie za duża jak na tak małe wnętrze. Wokół krzątały się wysokie humanoidy o przeźroczystej skórze, ubrane w białe fartuchy i plastikowe czepki zasłaniające oczy. Wyglądały upiornie, a wrażenie potęgowały ich dłonie, które zamiast palców, miały stalowe igły o długości kilkunastu cali.
– Mark Oblitius! – usłyszał swoje imię, i po chwili ujrzał uśmiechniętego mężczyznę w garniturze. Jego oczy były oczyma dziecka, i zupełnie nie przystawały do trzydziestoletniej twarzy wygładzanej regularnymi zabiegami odmładzającymi. Każda rysa na twarzy mężczyzny; każdy, nawet najmniejszy gest, był dokładnie zaplanowany i wyćwiczony – wszystko po to, aby zdobyć zdobyć zaufanie rozmówcy, zahipnotyzować go pełnym ufności spojrzeniem, uśpić czujność przyjaznym tonem głosu i oszukać fałszywą aurą serdeczności.
– To nie są twoje oczy – Mark wydusił z siebie, gdy jeden z humanoidów zdjął mu knebel.
– Oczy są zwierciadłem duszy – odrzekł mężczyzna – chcesz zobaczyć moje prawdziwe oczy?
Nie czekał na odpowiedź. Z kieszeni wyjął brzytwę i zdecydowanym ruchem przekroił sobie najpierw jedno, później drugie oko. Czerwona posoka zalała jego wciąż uśmiechniętą twarz. Mark chciał odwrócić głowę, jednak poczuł, że jest ona unieruchomiona; spróbował zamknąć oczy, jednak jeden z humanoidów zamontował mu na głowie urządzenie z małymi haczykami rozwierającymi powieki. Nie miał wyjścia – musiał patrzeć. Przecięte oczy uśmiechniętego mężczyzny wyciekły z oczodołów, a na ich miejscu pojawiły się inne oczy – prawdziwe oczy. Przekrwione, zmęczone i pokryte bielmem.
Mężczyzna patrzył teraz na Marka wzrokiem stulatka; przeszywał go spojrzeniem zachłannym i nienasyconym, jakby chciał pożreć jego duszę.
– Procedura rozpoczęta – usłyszał metaliczny głos należący do jednego z humanoidów. Mężczyzna o spojrzeniu starca nachylił się i wbił zęby w szyję Marka. Krzyk wypełnił salę operacyjną, jednak nikt nie przejmował się krzyczącym. Język mężczyzny był zimny jak stal i długi, niczym język węża. Wił się wewnątrz czaszki, penetrując każdy jej zakątek.
Czy on jest wampirem? – Mark zapytał w myślach samego siebie, i wtedy oprawca zaczął kręcić językiem jeszcze intensywniej, jakby chciał w ten sposób potwierdzić jego obawy.

Nagle rozległ się przeraźliwy huk. Całe pomieszczenie zatrzęsło się, ściany pękły, a fala uderzeniowa odrzuciła wampira do tyłu. Wstrząs uszkodził stół operacyjny, do którego Mark był przypięty – cała stalowa konstrukcja runęła na podłodze, a tuż obok niego upadł stolikiem z narzędziami. Mark bez chwili wachania chwycił leżący w pobliżu skalpel i natychmiast zaatakował próbującego go powstrzymać humanoida. Kilkanaście sekund później był już wolny.
Dym i pył pochodzący z gipsowych ścian stanowiły znakomitą zasłonę. Mark ruszył w stronę światła. Jedyne, czego w tej chwili pragnął to tego, aby ten koszmar wreszcie się skończył.

***

Obudził się. Anastazja czuwała przy nim prawie całą dobę. Miała nadzieję, że Mark zdąży ocknąć się jeszcze przed końcem jej zmiany. Pierwszy raz w życiu miała okazję obsługiwać prawdziwą gwiazdę, z radością więc zgodziła się na nadgodziny.
– Gdzie ja jestem? – wydusił z siebie, z trudem łapiąc oddech.
– Już dobrze. Miał pan martwicę, musieliśmy operować…
– Suzy? – Chwycił ją za rękę. Jego uścisk był silny i zdecydowany. Anastazja zaczerwieniła się.
Mark był mężczyzną około czterdziestoletnim, chociaż wyglądał młodziej, niż na to wskazywała jego biografia. Miał długie, ciemnobrązowe włosy, które po umyciu zaczęły się lekko kręcić. Był bardzo przystojny, a jego twarz miała w sobie jakiś dziki, słowiański rys. Gdy był nieprzytomny, Anastazja musiała przebrać go w coś czystego i zdążyła zauważyć, że jej pacjent jes bardzo dobrze zbudowany, co wydało się jej nietypowe (zawsze myślała, że artyści to chudzielce marnujący całe dnie na próbach i imprezach, i w zasadzie miała rację, chociaż akurat Marka ten stereotyp nie dotyczył). Największe wrażenie robiły jednak jego oczy. Były ciemne, mroczne i hipnotyzujące; przechodzące z dębowego brązu w głęboką czerń.
Piękne oczy, będące zwierciadłem równie pięknej duszy – pomyślała, i gdy uświadomiła sobie, że milczy już od dobrych kilku sekund, oprzytomniała.
– Nie… Nie jestem Suzy – wyrwała się z jego uścisku – jestem Anastazja, ale możesz mi pan mówić An. Pracuję tutaj. Opiekowałam się panem…
– Wiesz może, kim ona jest?
– Niestety…
Mark rozejrzał się po pomieszczeniu. Pokój, w którym go umieszczono, był małą klitką z popękanymi ścianami. Szpitalne łóżko było co prawda wygodne, jednak brak okien i tani panel dzienny z projekcją lasu w słabej rozdzielczości, wyraźnie podkreślał niski standard tego miejsca. Naprzeciw łóżka znajdował się naścienny telewizor, a po jego obu stronach stały dwie rośliny doniczkowe, albo sztuczne, albo dostawione tutaj niedawno, bo prawdziwe nie przetrwałyby w tym świetle tygodnia.
– A wybuch. Wiesz coś o wybuchu?
– Chodzi panu o wczorajszy zamach terrorystyczny?
– Mów mi Mark… – An zaczerwieniła się – co z tym zamachem?
– Wyznawcy proroka Ibrahima znowu coś wysadzili. Mało im, że zniszczyli całą Europę i połowę Azji…
– Wiesz może, co było celem?
Wzruszyła bezradnie rękoma. Mark stracił nagle ochotę do dalszej dyskusji. Obniżył kąt nachylenia nagłówka i zamknął oczy. Jego wyraz twarzy mówił – zostaw mnie w spokoju. Anastazja nie chciała jednak przepuścić okazji na rozmowę z prawdziwą gwiazdą. Postanowiła działać, aby odzyskać jego uwagę.
– Może będzie o tym w telewizji! – obwieściła tryumfalnie.
Mark podniósł się. An chwyciła pilot i zaczęła przeskakiwać po kanałach informacyjnych.
– Pogrzeb… – powiedział po kilku minutach – na wszystkich kanałach jakiś pierdolony pogrzeb.
– To Lord Amon Lamian!
– On był celem zamachu?
Spojrzała na niego zaskoczona.
– Nic pan… Ty nic nie wiesz? Lamian zginął tydzień temu w trakcie przelotu przez Europę. Samolot wleciał w chmurę radioaktywną, system filtrów uległ awarii i do środka wpadło mnóstwo pyłu. Pilot zmarł dwie godziny po posadzeniu samolotu. To cud, że w takim stanie zdołał w ogóle dolecieć!
– Faktycznie, coś mi się tam obiło o uszy.
– Ale chyba wiesz, kim był minister Lamian?
– Minister? Zawsze gardziłem polityką – odparł wymijająco.

Zgodnie z rezolucją Cartera z 2103 roku, Mark był zobowiązany do poruszania tylko ściśle określonych tematów, których listę otrzymywał w cotygodniowym biuletynie. Rezolucja Cartera była bardzo sprytnie skonstruowaną ustawą. Jeśli jej nie podpisałeś, nie mogłeś występować i wydawać, a wszelkie wzmianki o tobie były natychmiast cenzurowane. Fakt ten był też skutecznie ukrywany przez władzę, a każdy artysta był zobowiązany milczeć, a nawet publicznie zaprzeczać istnieniu takiego prawa. Jeśli chciałeś oprzeć swoją twórczość na wizerunku buntownika, to rezolucja przewidywała i taki scenariusz. W cotygodniowym biuletynie dostawałeś listę tematów, które mogłeś do woli kontestować, a władza pomagała nawet takim buntownikom, posuwając się do inscenizacji aresztowań. Markowi nigdy nie podobał się ten system, postanowił więc konsekwentnie milczeć w sprawach publicznych, i dla własnego bezpieczeństwa, zwyczajnie nie interesować się polityką. Zresztą takich wewnętrznych buntowników wśród artystów było więcej, a krytycy ukuli nawet termin pure-art, aby opisać pokolenie twórców tak mocno pochłoniętych tworzeniem sztuki w najczystszej postaci, że wydawali się być zupełnie oderwani od problemów codzienności. Zespół An Awkward Pause był typowym przedstawicielem tego nurtu w muzyce.

– Prosiłem, aby mnie informować o stanie pacjenta – w progu pojawił się Leland Bridgeman, uśmiechnięty i zadowolony. Anastazja natychmiast wyłączyła telewizor, odłożyła pilota i odwróciła się w jego stronę.
– Dopiero co się obudził, właśnie miałam zamiar…
– I jak się pan czuje, Panie Oblitius? – Leland zignorował tłumaczenia swojej pracownicy.
– Głowa mi pęka.
– To zrozumiałe w takiej sytuacji. An, zaaplikuj pacjentowi 5 mg morfiny.
Dziewczyna przytaknęła posłusznie i zaczęła przygotowywać zastrzyk.
– Co z moim systemem mentalnym?
– Wszystko po kolei! Dopiero co uratowaliśmy panu życie!
– Muszę skontaktować się z moim agentem, powiadomić chłopaków. Jeśli oni wycięli moje amplifikatory, to muszę zacząć natychmiast…
Anastazja wbija igłę w wenflon. Morfina wypełniła żyły przyjemnym chłodem, przynosząc natychmiastową ulgę. Odetchnął głośno. Uwielbiał to łagodne i zarazem zdecydowane działanie opiatów.
– Zajmiemy się tym – kontynuował Leland. – Na razie udało mi się zresetować system i przeprowadzić częściową procedurę przywracania. W pana stanie nie chciałem ryzykować więcej. System jest obecnie wyłączony. Ma pan jakiś numer telefonu w pamięci biologicznej?
– Wszystko w RAMie – Mark wskazał na swoją głowę – musimy się tam dostać jak najszybciej.
– Na razie bym nie ryzykował. Nie wszystko będzie działać poprawnie, a jeśli płyta główna jest uszkodzona, to usterka będzie postępować. Za chwilę się tym zajmę, ale wcześniej chciałbym uregulować kilka spraw…
Doktor Leland Bridgeman wyjął z kieszeni mały terminal z czytnikiem linii papilarnych.
Pewnie nie mógł się doczekać tej chwili – pomyślał przykładając kciuk do czytnika i wpisując czterocyfrowy kod. Urządzenie nie zareagowało. Leland uderzył lekko w obudowę.
– Mógłby pan jeszcze raz?
– Oczywiście – Mark powtórzył proces płatności.
– To na razie wszystko – Leland schował czytnik, uśmiechnął się w wymuszony sposób i zawołał do swojej asystentki – An, nim pójdziesz do domu, wejdź na chwilę do mojego biura, dobrze?

***

Potrzeba była naprawdę dużo dobrej woli, aby nazwać pokój Lelanda biurem. Średniej wielkości pomieszczenie, w którego centrum znajdował się dębowy stół (syntetyk) i wielki monitor (jedyny w miarę regularnie odkurzany element wyposażenia), przypominało raczej mieszkanie jakiegoś geeka, który całe dnie spędzał podłączony do sieci. Anastazja zawsze ubolewała widząc ten bałagan.
Przy odrobinie wysiłku – myślała – mogłabym zamienić mieszkanie Lelanda w bardzo przytulne miejsce.
Sama wynajmowała ciasny pokój w hotelu robotniczym i od zawsze marzyła o przeprowadzeniu się do czegoś większego. Wielokrotnie oferowała Lelandowi swoją pomoc, jednak on był pod tym względem bardzo stanowczy. Nie życzył sobie, aby Anastazja sprzątała w części zakładu, która formalnie funkcjonowała jako jego mieszkanie. Bał się, że jakiś Kowalski albo Nowicki (z jakiegoś powodu wszyscy urzędnicy nosili polskie nazwiska), mógłby się przyczepić, że sprzątanie prywatnego mieszkania to dodatkowa praca, a ta wymagałaby oddzielnej umowy i opłacenia kolejnych składek. Leland był formalistą aż do bólu, i trudno mu było wyobrazić sobie, że ktoś może mu pomóc w czymś bezinteresownie.
– Jesteś pewna, że to on?
– Dlaczego pytasz?
– Nie odpowiadaj mi pytaniem na pytanie – zawołał zdenerwowany – jesteś pewna, czy nie?
– Tak, jestem pewna. To musi być on. Coś się stało?
Leland podał jej terminal płatniczy. Anastazja przejrzała historię ostatnich operacji, jednak nie znalazła żadnych zabukowanych na nazwisko Marka Oblitiusa. Terminal wyświetlał jedynie dwa błędy, a ostatni przelew potwierdzony był odciskiem Lelanda.
– Nie ma go w systemie, w żadnym banku. Z początku myślałem, że to błąd, ale sprawdzałem terminal na sobie i działa poprawnie.
– Co to może znaczyć?
– Ten facet nie jest tym, za kogo się podaje. To prawdopodobnie jakiś terrorysta z armii Ibrahima albo szpieg konfederatów. Widziałaś pył na jego płaszczu? Musi być jakoś powiązany z tym zamachem…
– Ale jego twarz…
– Klon, operacja plastyczna, w dzisiejszych czasach wszystko jest możliwe.
Anastazja odłożyła terminal na stole. Miała nadzieję, że to jakaś pomyłka, jednak nie mogła znaleźć w głowie przekonującego argumentu potwierdzającego tę tezę. Terminale były uniwersalnymi urządzeniami identyfikującymi obywateli; zastępowały nie tylko karty bankomatowe, ale także dowody osobiste, karty do biblioteki, karnety sportowe, bilety komunikacji miejskiej i prawo jazdy. Jeżeli kogoś nie było w systemie, to z całą pewnością przebywał na wyspach nielegalnie.
– I co zamierzasz zrobić? – Zapytała po chwili milczenia.
– Idź do domu, weź dzień wolnego. Ja zajmę się resztą. Premię za tę nockę dostaniesz trochę później. Wystawię rachunek policji, a to zawsze trwa…
– Policji? Chcesz dzwonić na policje?
– A co innego mam zrobić?
Nie znała odpowiedzi. Biorąc pod uwagę wszystkie fakty, sprawa wyglądała bardzo podejrzanie. Może faktycznie policja byłaby najlepszym rozwiązaniem dla tego biednego człowieka, kimkolwiek był?
– A jego obrażenia? Przecież sam mówiłeś, że wygląda to tak, jakby ktoś wyciął mu czipy amplifikacyjne! Gdyby był winny, to zrobiłby sobie coś takiego?
– Tym bardziej uważam, że to sprawa dla policji.
Trudno było nie zgodzić się z tym argumentem, chociaż Anastazja wciąż miała wątpliwości. Nie chciała jednak zaczynać dyskusji o swoich przeczuciach, te bowiem nigdy nie interesowały racjonalnego aż do przesady doktora Lelanda.
– Jak uważasz – rzuciła udając obojętność i ruszyła w kierunku drzwi.
– Jeszcze jedno! – Leland zatrzymał ją w progu – nikomu ani słowa o naszym pacjencie, przynajmniej, póki nie upewnimy się, kim jest naprawdę.
Anastazja uśmiechnęła się i skinęła twierdząco głową. Przynajmniej tyle mogła zrobić dla szefa, którego planowała zdradzić.

***

Mark Oblitius przeskakiwał po kanałach telewizyjnych szukając programu z powtórkami teleturniejów. Chciał trafić na Big fall-in Jeffa Wrackinga. Od chwili przebudzenia dręczyło go dziwne wrażenie, jakby wraz z amplifikatorami utracił znacznie więcej, niż tylko swoje umiejętności muzyczne. Najbardziej jednak irytował go fakt, że poza głupkowatym uśmiechem Jeffa Wrackinga, nie może znaleźć w swojej głowie nawet najmniejszego wspomnienia, które łączyłoby się z imieniem Suzy.
– Kim jesteś? – nieustannie zadawał sobie to pytanie.
– Panie Oblitius… – do pokoju weszła An. Wyglądała na przestraszoną. Na sobie miała ciężki płaszcz z popękaną warstwą chroniącą przed promieniowaniem i zaśniedziałą maską z gumowymi rurkami ciągnącymi się za plecy, wprost do topornego kolektora filtrującego. Mark ściszył telewizor.
– O co chodzi?
Anastazja podeszła, nachyliła się nad łóżkiem i zaczęła mówić półszeptem.
– Musi pan… Musisz uciekać. Nie ma cię w systemie. Leland podejrzewa, że jesteś terrorystą.
– To jakiś absurd.
– Właśnie wzywa policje. Możesz uciec przez zrzut do pralni. Tutaj, za zasłoną – wskazała na panel dzienny.
Mark prychnął, jednak dziewczyna tego nie dostrzegła. Była zbyt przejęta całą sytuacją.
– Drzwi od pralni zostawię otwarte. Na dole są też pana… Twoje rzeczy. Muszę już iść – ruszyła w kierunku wyjścia. – Gdyby Leland dowiedział, się że cię ostrzegłam, to wyrzuciłby mnie z pracy.
– Nie mógłbym do tego dopuścić.
– To nie zależy od ciebie – mówiła, zerkając ostrożnie na korytarz. – Nic już nie zależy od nas. Do widzenia Marku Oblitiusie. Do zobaczenia w katedrze.
Wyszła, nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć.
Z początku chciało mu się śmiać. Często miał styczność z podobnymi kobietami – psychofankami, które udawały, że chcą go uratować przed nim samym, gdy w rzeczywistości pragnęły zdobyć go tylko dla siebie. Jedyne, co wyróżniało Anastazję, to fakt, że oferowała mu wolność przed urojonym zagrożeniem, zamiast bezpieczeństwa, które zwykle leżało pomiędzy udami tego typu kobiet.

Groźba aresztowania wcale go nie przerażała, w końcu to on był ofiarą. Napadnięto go, wycięto czipy amplifikacyjne i uszkodzono system mentalny. Jakby tego było mało, to przeżył eksplozję, stracił część wspomnień i cudem udało mu się znaleźć lekarza, nim mózg odmówił mu posłuszeństwa.
Oni wszystko wyjaśnią – myślał sobie – w końcu to ich praca.
Mark planował powiadomić policję dopiero po skontaktowaniu się ze swoim agentem. Nie chciał, aby cała ta historia wyciekła do prasy. Pozbawiony swoich umiejętności stałby się nikim, albo co gorsza, zostałby upadłym muzykiem zapraszanym na bankiety z litości. Wolał zrobić sobie kilkuletnią przerwę w koncertowaniu, nie zdradzając nikomu powodów.
Gdy już odzyskam czipy – analizował swoją sytuację – będę musiał poczekać przynajmniej trzy lata, nim połączenia odtworzą się na tyle, abym mógł znów koncertować. Miles Davis też zrobił sobie kilkuletnią przerwę w karierze. Po pięciu latach ćpania uczył się grać od nowa. Zresztą mógłbym nawet udawać uzależnienie. Dobrze by to wyglądało w mojej biografii.

Na szczęście Mark miał dobrą polisę ubezpieczeniową, a także kilkanaście godzin materiału studyjnego, z którego byłby w stanie wyciąć przynajmniej trzy pełne albumy. Starczyłoby na kilka lat spokojnego życia.
Ćwiczyłbym w tym czasie grę na klasycznej trąbce – rozmyślał – zawsze chciałem opanować ten instrument w zadowalającym stopniu.
Chcąc pozbyć się natrętnych myśli, postanowił przełączył telewizor na kanał ze starymi filmami. Na ekranie pojawił się przystojny mężczyzna przytrzymany siłą przez dryblasa w brązowym kapeluszu. Tuż przed nim stał kurdupel w białej marynarce i czerwonej muszce w kropki, który wsadził przytrzymywanemu mężczyźnie nóż sprężynowy do nosa. Mark znał tę scenę i wiedział doskonale, kim był człowiek, który miał za chwilę przeciąć nos głównego bohatera.
Next time you lose the whole thing. […] Cut it off and feed it to my goldfish – Mark powtórzył kwestię wraz z kurduplem w białym garniturze. Uwielbiał ten film. Oglądał go już kilkanaście razy i nigdy nie miał dosyć. Rozsiadł się wygodnie i dał się ponieść mrocznej wizji reżysera.

***

Nie minęło nawet pół godziny, gdy na korytarzu rozległ się dźwięk dzwonka. Mark wyłączył telewizor, poprawił włosy i wziął głęboki oddech. W myślach przygotowywał sobie przemowę, którą zamierzał wygłosić przed funkcjonariuszami. Wiedział, że ma prawo zachować milczenie, zadzwonić i zażądać spotkania z adwokatem – przynajmniej tak to wyglądało w filmach.
Wszystko będzie dobrze – dodawał sobie otuchy – spędzę kilka godzin na komendzie, wytłumaczę co i jak, i wieczorem będę już w domu.

Strzał. Po chwili jęk i dźwięk upadającego ciała.
Nie, to nie było z telewizora – Mark upewnił się, że ten jest wyłączony.
Rozkaz: przeszukać każdy kąt. Kroki. Grupa ludzi wbiegających do środka.
Komenda: znaleźć i wyeliminować. Ale kogo wyeliminować? Co się tutaj dzieje? Mark nie zastanawiał się długo. Nie zamierzał ryzykować. Otworzył klapę kryjącą się za zasłoną i wskoczył do środka.
To już się zdarzyło – lecąc ciemnym tunelem przypomniał sobie nagle sen.

Lądowanie było miękkie – sterta konopnych worków z brudnym praniem zamortyzowała upadek. Pod wpływem dodatkowego ciężaru uruchomił się mechanizm automatycznej pralni, i taśmociąg ruszył w kierunku ramienia sortującego. Mark zdążył odskoczyć, nim metalowa łapa chwyciła go za głowę.
W pralni były ciemno. Czujnik ruchu uruchamiający oświetlenie zareagował dopiero, gdy Mark znalazł się na środku pomieszczenia
Nie mam czasu – pomyślał, rozglądając się dookoła – w każdej chwili mogą zorientować się, którędy uciekłem.
Na jednej ze ścian znalazł wieszaki z płaszczami wyjściowymi, które wróciły z prania parowego. Bez problemu wypatrzył wśród nich swój płaszcz (oryginalny Radiascutum), a tuż pod nim worek z rzeczami i mechanicznie wypastowane buty. Mark zaczął się ubierać. Nie był zadowolony z tego, że jego buty oddano do czyszczenia maszynowego. Swoje ręcznie szyte Crocettsy zawsze pastował samemu. W tych czasach buty z prawdziwej skóry były rarytasem i potrafiły kosztować tyle, co mały grawitowóz. Szkoda by było, gdyby pasta do syntetyków uszkodziła delikatną skórę.
Jak mogę w takiej chwili myśleć o butach? – Szybko przywołał się do porządku – muszę się spieszyć! Lada chwila znajdą właz i ruszą w pogoń.
Anastazja, tak jak obiecała, zostawiła otwarte drzwi. Mark wybiegł na korytarz ciemnej piwnicy, z której było tylko jedno wyjście – schodami w górę.
Jeśli je obstawili – pomyślał – to już po mnie.

Na klatce schodowej panował półmrok. Przed nim znajdowały się schody na pierwsze piętro, po prawej był ciemny korytarz prowadzący do parterowych mieszkań, a po lewej wąskie przejście, którym można było dotrzeć do drzwi frontowych.
Tak, jak przypuszczał, główne wejście było obstawione – długie cienie uzbrojonych mężczyzn wpadały do środka, sięgając pierwszych stopni schodów.
To koniec – uświadomił sobie – jestem w potrzasku.
Niespodziewanie z pomocą przyszedł mu dziadek, który wrzucił śmieci do zsypu na półpiętrze, a następnie skierował się w stronę wyjścia. Mark skorzystał z chwili, gdy mężczyźni obstawiający front skupili całą swoją uwagę na staruszku, i wbiegł na półpiętro. Przed nim znajdował się kolejny zsyp, tym razem prowadzący na zewnątrz. Mark nie wahał się ani przez chwilę – szybko otworzył klapę i wskoczył do środka.

Lądowanie i tym razem było miękkie, jednak zdecydowanie mniej przyjemne. Upadek zamortyzowały foliowe worki, które pękły w chwili uderzenia, uwalniając fetor gnijących resztek jedzenia, pieluch i wkładek higienicznych. Markowi z trudem udało się wstać i otworzyć klapę żeliwnego kontenera. Jego buty nie wyglądały po tym lądowaniu najlepiej, ale przynajmniej był wolny.
Smoliste pyłowe chmury przykrywały rdzawe niebo. Gdzieniegdzie dało się dostrzec kilka promieni południowego słońca, które z trudem przedostawały się przez grubą warstwę atomowego pyłu. Mark mógł uciekać; pobiec na tył kamienicy i zniknąć w wąskich uliczkach Basildonu, jednak w nagłym przypływie odwagi postanowił dowiedzieć się czegoś o swoich oprawcach.
Wychylił się ostrożnie zza muru, aby rzucić okiem na frontowe wejście. Dwa czarne grawitowozy typu van stały zaparkowane tuż przed budynkiem. Przed nimi kręciło się dwóch osiłków w lustrzanych goglach, chromowanych maskach i foliowych prochowcach sięgających po kostki. Nie wyglądali na zwykłych ochroniarzy – byli znacznie lepiej ubrani i wyposażeni. Na drzwiach jednego z grawitowozów dostrzegł dobrze znany mu symbol – czerwony trójkąt wewnątrz czarnego kwadratu. Na wspomnienie wampira o oczach starca po plecach przeszły mu ciarki.
Tylko spokojnie – powtarzał sobie w duchu – najważniejsze, to zachować zimną krew.
Kolejny raz dopisało mu szczęście. Przed kamienicą zatrzymał się autobus, z którego wysiadł ponad dwudziestoosobowy tłum robotników wracających z nocnej zmiany. Mniejsza część tłumu ruszyła w kierunku grawitowozów, większość zaś poszła w przeciwną stronę. Mark postanowił wejść między ludzi i odejść jak najdalej stąd.
To świetna okazja – analizował w myślach, oddalając się od zagrożenia – pewnie nie przyjdzie im do głowy, że udało mi się wymknąć frontem.

Basildon wyglądał jak większość emigranckich dystryktów – okropnie. Stare budynki z XX wieku ginęły otoczone ze wszystkich stron ciasnymi barakami wykonanymi ze stalowych kontenerów, plastikowych komponentów i innych przetworzonych odpadów. Trash-house’y, jak je nazywano, wypełniały praktycznie każdą wolną przestrzeń i wznosiły się jeden na drugim, tworząc chaotyczne konstrukcje geometryczne powstające bez jakiegokolwiek zamysłu architektonicznego. Po Wielkiej Emigracji spowodowanej dżihadem alchemików Ibrahima, prawie cała Anglia wyglądała jak jedno wielkie wysypisko śmieci. Sam Londyn rozrósł się ponad dziesięciokrotnie, wchłaniając kilkanaście najbliższych hrabstw. Dla Marka wszystkie te dystrykty były zwyczajnymi slumsami powstałymi z konieczności, a na miano prawdziwego Londynu zasługiwało tylko ścisłe centrum, zwane dziś Starym Londynem.
Nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Poziom jego orientacji w terenie był praktycznie zerowy. Jak każdy z jego pokolenia, Mark od dziecka używał map zainstalowanych w swoim systemie mentalnym, i przywykł do tego udogodnienia w takim stopniu, że nawet gdyby znalazł się teraz sto metrów od domu, to nie wiedziałby w którą stronę iść, aby do niego dotrzeć.
Nie mam wyjścia – pomyślał – muszę go uruchomić.
Wymacał małe zgrubienie za małżowiną uszną i wcisnął je z całej siły. System startował długo. Minęło kilkanaście minut, nim wyświetlacze źrenicowe zareagowały, i kolejne pięć minut, nim ujrzał przed sobą plamkę informującą o gotowości. W czasie bootowania, wraz z podstawowymi funkcjami systemu, załadował się także filtr noir. Miasto znów stało się monochromatyczne. Trash-house’y zamieniły się w ogromne kamienice w stylu amerykańskim, na ulicach pojawiły się klasyczne samochody z połowy XX wieku, a holograficzne reklamy zastąpione zostały neonami. Przechodnie mieli teraz na sobie stylowe kapelusze i trencze z dwoma rzędami guzików. Kobiety nosiły parasolki, a wirtualny deszcz nie wypalał włosów i nie zmuszał do zakładania osłon. Wyglądało na to, że system uruchomił się prawidłowo. Zadowolony Mark wydał mentalną komendę, i wtedy wszystko trafił szlag.

Wielokolorowy glitch przestrzelił nocne niebo. Poziome błyskawice cyfrowego zakłócenia pojawiły się w oknach starych kamienic, a krople deszczu zamieniły się w piksele, przez które, jak przez dziurkę od klucza, dało się dostrzec prawdziwe oblicze miasta.

Koniec części 1