Wojna światów. Alternatywna historia Brunona K

Posted by in Opowiadania, s/f

Każda nieprzeczytana książka tworzy jednego psychopatę
Cytat z pewnej nigdy niewydanej powieści

Poznałem go na studiach, gdzieś na początku drugiego roku. Tak się akurat złożyło, że obaj zapisaliśmy się na ten sam fakultet dotyczący literatury Kurta Vonneguta, i na pierwszych zajęciach, zupełnie przypadkowo, usiedliśmy obok siebie. Wtedy jeszcze nie nosił tej swojej słynnej krzaczastej brody, będącej, jak sam to określił: hołdem złożonym rosyjskim anarchistom z XIX wieku. Był zwykłym młodzieńcem owładniętym rządzą pisania, ubranym w kraciastą koszulę flanelową i wytarte spodnie sztruksowe, a na głowie miał burzę chyba nigdy nieczesanych włosów. Na uczelni działała wtedy grupa literatów nazywających siebie Plagiatorami, która wydawała własny zin. Bruno, jak można było się domyśleć, był jednym z nich. Stworzył nawet cały ten nafaszerowany górnolotnymi wyrażeniami manifest, którego chyba nikt, poza nim samym, nie przestrzegał. Pamiętam, że jego pierwsze opowiadania były nieco toporne. Operował wtedy jeszcze tymi swoimi przesadnie skomplikowanymi, i aż do przesady wielokrotnie złożonymi zadaniami, które po kilkudziesięciu akapitach wypełnionych strumieniem świadomości, potrafiły naprawdę wymęczyć każdego. W dodatku same pomysły miał dziwaczne. Ledwie dało się znaleźć w jego prozie jakąkolwiek fabułę. Przypominało to raczej recenzje nieistniejących książek, czy też biografie zmyślonych postaci, najczęściej szalonych naukowców będących bardzo blisko niesamowitego odkrycia, i których zawsze spotykał tragiczny koniec. Mimo tych dziwactw, już wtedy można było w jego tekstach dostrzec wielki talent, którego ludzkości nie było dane nigdy poznać. Pamięć o Brunonie K została bowiem wymazana, wszystkie fragmenty jego opowiadań, manifestów i rewolucyjnych wierszy zostały bezpowrotnie zniszczone, a każda myśl i każde kiedykolwiek opublikowane słowo czy też w jakikolwiek sposób zarejestrowana wypowiedź, została brutalnie usunięta i zapomniana po wsze czasy. A wszystko po to, aby ta jego ekstremalna literatura nikogo przez przypadek nie zainspirowała, chociaż według mnie takie działanie pozbawione jest całkowicie sensu – jego literatura nigdy nie była groźna. Niebezpieczne było jedynie to, że pomimo jej niekwestionowanych walorów, nikt nie chciał jej czytać.

Nad pierwszą swoją powieścią pracował kilka dobrych lat, wykładając w tym samym czasie historię literatury światowej na jakimś podrzędnym uniwersytecie. Tak się akurat złożyło, że w tym miesiącu, w którym wprowadzał ostanie poprawki do swojego debiutu, wpadliśmy na siebie w tramwaju i odnowiliśmy zakurzoną już znajomość. Pamiętam, że był bardzo podekscytowany swoją książką, chociaż wcale nie liczył na wielki sukces.

– To zbyt ambitne, może nie pod względem treści, ale pod względem formy – powtarzał nieustannie, a ja męczyłem go, aby pokazał mi chociaż pierwszy szkic. W końcu udało się go namówić, dzięki czemu miałem przyjemność być pierwszym i chyba jednym z nielicznych czytelników tego nietypowego dzieła. Powieść była czymś, co autor sam określał jako surrealistyczny kryminał filologiczny. Głównym bohaterem był młody pisarz pracujący nad powieścią opowiadającą o nigdy nieschwytanym seryjnym mordercy, który w czasach jego dzieciństwa terroryzował miasto. Narracja w pierwszym rozdziale była bardzo dziwaczna – coś jak narrator podniesiony do kwadratu, mówiący o sobie w trzeciej osobie. Szybko jednak okazywało się, że ta nietypowa narracja odzwierciedlała stan psychiczny bohatera i pojawiała się tylko wtedy, gdy nie znajdował się on pod wpływem swoich leków psychotropowych. Tak więc, poza rozdziałem pierwszym, środkowym i ostatnim, reszta pisana była znacznie przystępniej – w pierwszej osobie.

Zakończenie powieści przynosiło niespodziewane wytłumaczenie takiej dziwacznej formy, jednak nie odkrywało przed czytelnikiem pożądanej przez niego prawdy na temat mordercy. Ta okazywała się być ukryta w przypisach znajdujących się na samym końcu książki. Owe przypisy zajmowały jedną trzecią objętości całej książki i zmuszały czytelnika do powtórnego przyjrzenia się fabule. W przypisach zawarta była historia policjanta – komisarza Potockiego – który pragnie schwytać słynnego mordercę. Dowiadujemy się tam między innymi, że to właśnie Potocki podrzuca pisarzowi kopię teczki z aktami całej sprawy oraz inicjuje wywiad, który ma się ukazać w lokalnej gazecie, i który według jego planu, ma zwrócić uwagę seryjnego mordercy na młodego pisarza. Dziwaczne i nieprawdopodobne wydarzenia, które mają miejsce w głównym rdzeniu powieści, zostają zgrabnie wytłumaczone w przypisach. Śledzący pisarza policjant jest niezwykle blisko rozwiązania zagadki, i w końcu ją rozwiązuje, co doprowadza go do szaleństwa i tragicznego finału. Znów jednak czytelnik nie dowiaduje się najważniejszego – wciąż nie wie kim jest morderca! Zamiast odpowiedzi, dostaje tylko kolejny trop, który każe mu raz jeszcze przejrzeć przypisy, aby znaleźć taki, który nie ma swojego odnośnika w tekście. Dopiero tam znajduje się oczekiwane rozwiązanie – klucz do tożsamości seryjnego mordercy.

Nietypowa forma, przypominająca raczej grę z czytelnikiem, niż tradycyjną literaturę, nie spotkała się z zainteresowaniem żadnego z wydawnictw literackich. Podejrzewam, że cześć redaktorów mogła nawet odrzucić  książkę już po przeczytaniu kilku pierwszy stron, w których autor wrzucał nas od razu na głęboką wodę, stosując tę swoją dziwaczną narrację. Ja jednak wolę wierzyć w kompetencję pracujących w wydawnictwach ludzi, dlatego uważam, że książka była zwyczajnie nierówna – obok niezwykle pomysłowych, i typowych tylko dla Brunona fragmentów, znajdowało się tam dziesiątki stron narracyjnych dziwactw, których autor zwyczajnie nie miał serca wyrzucić.

Wraz z ciągłym milczeniem ze strony wydawnictw, postępowała również depresja Brunona. Dopiero po roku oczekiwania na jakąkolwiek, chociażby odmowną odpowiedź, autor zdał sobie sprawę, że nikt jego powieści nie wyda. Załamany zaczął włóczyć się nocami po mieście, rozbijając butelki i rzucając kamieniami w chowające się po krzakach koty. Pobladł zupełnie, osiwiał i schudł tak przeraźliwie, że wszystkie ubrania zaczęły na nim wisieć. To wtedy właśnie zaczął mieć pierwsze problemy z policją, które w końcu doprowadziły do zatrzymania go na dwie doby w areszcie. To prawdopodobnie tam poznał niejakiego Michała P. – znanego wśród przestępców pod pseudonimem Piroman byłego wykładowcę uniwersyteckiego, który podobno ponad dekadę temu wysadził przez przypadek całe skrzydło budynku, w którym mieściło się laboratorium. Miałem okazję poznać tego podejrzanego typa kilka tygodni później, kiedy natknąłem się na tę dwójkę pijącą tanie wina w ciemnej bramie, naprzeciw wydziału chemii. Nie wyglądali na takich, którzy by planowali coś więcej, niż wypicie kolejnej butelki. Gdybym wtedy wiedział, że moje działania będą pośrednią przyczyną późniejszych, jakże dramatycznych dla naszej cywilizacji wydarzeń, pewnie nigdy bym się nie zdecydował pomagać Brunonowi. Wtedy jednak czułem się zobowiązany, aby przekonać go do dalszego pisania. Pomimo wszystkich niedociągnięć w jego stylu oraz dziwacznych pomysłów narracyjnych, wszystkie te teksty, które do tej pory czytałem, miały w sobie coś, co sprawiało, że nie mogłem się od nich oderwać.

Kilka dni później odwiedziłem go w jego mieszkaniu. Zmarniały, skacowany i nieogolony, leżał na dziurawym materacu, przykryty dawno już niepranymi pościelami. Jego biblioteczka zmarniała wraz z nim. Poza czterema czarnymi jak noc książkami Nabokova (dwie z znakomitym tłumaczeniu Stillera) do których zawsze był bardzo mocno przywiązany, i kilkoma zbiorami opowiadań Borgesa poszarpanych wielokrotnym kartkowaniem, na półce stały już tylko nieliczne pozycje filozoficzne i akademickie: Szaleństwo i literatura Foucaulta, Tekstowy świat Nycza, Chora Derridy oraz Społeczeństwo spektaklu Deborda – książki, które trudno komukolwiek sprzedać. Wszystko to stanowiło jakiś promil jego wcześniejszej kolekcji – może nawet dokładnie tyle samo promili miał wtedy we krwi.

Tego wieczoru odbyliśmy długą, przyjacielską rozmowę, w której przekonywałem go jak mogłem, aby wrócił do pracy, przestał pić i zaczął znów pisać. Z początku nie chciał mnie wcale słuchać, szczerze powiedziawszy to sam nie czułem się zbyt dobrze w roli moralizatora. Dopiero wtedy, gdy zdecydowałem się mu powiedzieć, jak wiele jego literatura dla mnie znaczy, utworzyła się między nami jakaś nieznaczna nić porozumienia, po której udało mi się dotrzeć do jego upojonego tanim alkoholem rozsądku.

– Może powinieneś zacząć od czegoś bardziej poczytnego? Prostszego w narracji? Skoro potrafisz tworzyć tak zawiłe labirynty wątków, to napisanie czegoś  popularniejszego powinno być dla ciebie bardzo łatwe – starałem się uderzyć w jego ambicję, a on chłonął moje słowa, jakby były dla niego wybawieniem – trzeba powoli dać poznawać się czytelnikom, dawkować im swój geniusz, którego mogą nie zdołać strawić za pierwszym razem. A kiedy już cię poznają, następną powieść napiszesz troszkę radykalniej, później będziesz miał czas aby dopracować i wydać w końcu Syndrom Cotarda.

– Naprawdę myślisz, że oni zwyczajnie nie są jeszcze na moją powieść gotowi? – Zapytał z błyskiem w oku. Wyglądał troszkę jak dziecko, któremu pierwszy raz tłumaczy się jakąś oczywistą i powszechnie znaną prawdę, która do tej pory była dla niego niedostępna. Kiwnąłem twierdząco głową. Miałem nadzieję, że mnie nie przejrzy; że ta chorobliwa niemalże chęć usłyszenia jakiejkolwiek pochwały jego twórczości przyćmi mu rozsądek, dzięki czemu nie pozna się na tym, że cały czas odrobinę koloryzowałem.

– I cóż takiego miałbym niby pisać? – Zapytał podnosząc się z łóżka. Spostrzegłem, że jego twarz nabrała nagle rumieńców. I chociaż nigdy nie liczył się z niczyim zdaniem, to widać było, że dziś gotów był usłyszeć moją radę.

– Najlepiej jakaś saga, ludzie uwielbiają przyzwyczajać się do bohaterów, pogardzają zaś tomami opowiadań. Może jakieś fantasy? Zobacz na Martina albo Sapkowskiego. Z opowieści o magii i mieczu wycisnęli więcej, niż ktokolwiek by się spodziewał.

– Naprawdę wyobrażasz sobie mnie piszącego o rycerzach i smokach?

– A science fiction? Przecież mamy Lema, Dicka albo znakomitą sagę Herberta. Mógłbyś spróbować z science fiction zrobić w literaturze to, co Kubrick zrobił z tym gatunkiem w kinie.

– Albo Vonnegut. Pamiętasz? Przecież poznaliśmy się na fakultecie dotyczącym jego literatury – widać było, że zapalił się do tego pomysłu. Wziął głęboki oddech i kontynuował dalej, coraz bardziej podekscytowany: – Tak. Vonnegut to interesująca ścieżka. Przecież science fiction daje mi niesamowite możliwości wyrazu. Można tam przemycić znacznie więcej, niż w zwykłym fantasy. Kontemplacja nad kondycją ludzkości, która pokazuje swoje prawdziwe oblicze w momencie, w którym musi skonfrontować się z czymś, co ją przerasta. Coś jak wojna światów, ale na zupełnie innej płaszczyźnie! Zetknięcie się skończonego rozumu z nieskończonością kosmosu, lewitujące w próżni mózgi Boltzmanna, wszechwiedzące demony Laplace’a, tworzące się na granicy horyzontu zdarzeń! Czy też idąc bardziej w stronę Borgesa: wszechświat jako wola i zakurzony labirynt; nad-literatura zbudowana z cząstek elementarnych, która nieczytana staje się nieoznaczona jak u Heisenberga!

Tego wieczoru znów dane mi było dostrzec tego genialnego Brunona, którego zawsze podziwiałem. Opętany nowymi pomysłami, poruszony spływającym na niego natchnieniem, które niczym jakaś potężna siła, nie dawało się zatrzymać, i które znalazło upust w ciągłym gadaniu, nieustannym planowaniu, wydeptywaniu szklaku między lodówką a łóżkiem, między fikcją a rzeczywistością. Przez moment sprawiał wrażenie proroka wygłaszającego przepowiednie końca ludzkości, początek wojny światów, która wydawała się tego dnia więcej niż pewna, a ja chłonąłem każde jego słowo tak, jak uczeń chłonie nauki swojego mistrza.

Przez kolejne kilka miesięcy odwiedzałem Brunona regularnie, chociaż czasem był tak zajęty pisaniem, że zdawał się mnie nie zauważać – dzwonił później nad ranem aby się upewnić, czy nie byłem przypadkiem jakąś zmorą, czy też przewidzeniem. Z wielkim trudem udało mi się go także namówić, aby wrócił na uczelnię. W międzyczasie podjąłem się redakcji dwunastu jego najlepszych opowiadań, które szybko wydaliśmy w postaci elektronicznej, dzięki czemu udało mu się spłacić jeden z kilku zaciągniętych przez ostanie miesiące kredytów. Po roku od naszej pamiętnej rozmowy, życie Brunona K wyglądało już normalnie. Biblioteczka wypełniała się nowymi książkami, a sam Brunon zaczął nawet dbać o siebie, i coraz częściej mówić o przyszłości. Któregoś wieczoru, po kilku butelkach porteru, zaczął opowiadać mi o swoim nowym dziele.

– Cała przewrotność polegać będzie na tym, że w mojej Wojnie światów to właśnie człowiek będzie tą złą, niszczycielską rasą. Troszkę jak z kolonizacją, tylko na znacznie większą skalę i w zupełnie innym celu. Ludzkość XXII wieku nie będzie już znać literatury ani kina, chociaż to drugie będzie istniało jedynie w bardzo użytkowej formie. Wszystko to stanie się zbędne po wynalezieniu projektora neuronowego, który umożliwia bezpośrednie przekazywanie drugiej osobie wszelkich wspomnień i doświadczeń. Pisarze przyszłości będą przypominali raczej Wernera Herzoga albo Kapuścińskiego, który wyrusza w niebezpieczne rejony, aby przeżyć ekstremalną przygodę, a następnie sprzedać swoje wspomnienia tak, jak dziś sprzedaje się książki czy też filmy. Biznes ten będzie rządzić całą naszą cywilizacją, a twórcy w pogoni za nowymi przygodami będą musieli posuwać się coraz dalej, aby coraz bardziej zadziwić odbiorców swoich dzieł. Oczywiście w grę będzie wchodziła inscenizacja, jednak ze względu na intensywność doznań, jakie oferuje ta technologia, inscenizacja będzie zbyt łatwa do wykrycia. I tutaj na scenę wkracza ambitne Wydawnictwo, które przez przypadek odkrywa planetę zamieszkałą przez pierwotną cywilizacje znajdującą się jeszcze na poziomie literatury pisanej. Wydawnictwo weźmie kilkunastu swoich najlepszych twórców i rozpocznie swoją starannie wyreżyserowaną wojnę, aby tylko sprzedać jak najintensywniejsze wspomnienia z frontu. Oczywiście świat nie będzie wiedział nic o istnieniu tej planety. Wszyscy odbiorcy produkowanych wspomnień będą przekonani, że Wydawnictwo osiągnęło nowy poziom inscenizacji, a cała ta obca cywilizacja jest zwykłą fikcją, kolejnym serialem stworzonym tylko po to, aby ich zadowolić.

– Zapowiada się interesująco – pokiwałem głową z uznaniem unosząc pokal wypełniony czarnym trunkiem – ale jak rozumiem, to dopiero zarys świata. Gdzie fabuła, gdzie bohaterowie i ich motywacje?

– Masz racje, to tylko punkt wyjścia. Tło, do opowiedzenia czegoś większego. Bohaterem będzie jeden z twórców pracujących dla Wydawnictwa – niejaki Mel Borhes. Jego imię, jak pewnie już zdążyłeś zauważyć, jest hołdem dla Borgesa i Stanisława Lema. Wróćmy jednak do fabuły. Borhes, który odgrywać będzie w całym tym przedstawieniu rolę towarzyszącego wojsku naukowca, trafi na ślad czegoś, co rdzenna cywilizacja nazywać będzie totalną biblioteką, ukrytą podobno gdzieś pośród piasków tej pustynnej planety. Biblioteka ta ma zawierać księgi z opisem wszystkich wydarzeń, które kiedykolwiek miały miejsce, będą mieć miejsce, lub mogły mieć miejsce. Cała przyszłość oraz wszystkie możliwe ścieżki które czas w całej swej rozciągłości może obrać, zamknięte w świętym miejscu, gdzieś pośrodku tej trawionej wojną planety. Oczywiście Borhes będzie z początku sceptycznie nastawiony do całej tej niedorzecznej idei, jednak jeden z szamanów, z którym spotka się potajemnie, podaruje mu fragment księgi pochodzącej rzekomo z tej właśnie biblioteki. Nasz bohater pozna w ten sposób swoją przyszłość przewidzianą na najbliższych kilka dni. Jak pewnie się domyślasz, przepowiednia spełni się co do jednego wyrazu, i od tego momentu Borhes poświęci całe swoje życie, aby odnaleźć bibliotekę, co oczywiście nie będzie się podobać Wydawnictwu nastawionemu na akcję i łatwy zysk.

– Mogę zadać czysto teoretyczne pytanie?

– Pytaj.

– Czy istnieje możliwość, aby Borhes został oszukany przez tę obcą cywilizację? Mam na myśli to, że przecież oni mogli dać mu księgę, a następnie zainscenizować wszystko to, co wcześniej w niej opisali. Chodzi mi o coś w rodzaju użycia przeciw Wydawnictwu jego własnej broni, mianowicie fikcji i inscenizacji. Albo to może samo wydawnictwo… – przerwałem zamyślony.

Brunon oparł się wygodnie na fotelu i uśmiechnął się do mnie tajemniczo.

– Zawsze ceniłem sobie twoją przenikliwość przyjacielu, i tym razem się nie zawiodłem. Trafiłeś w samo sedno. Na to pytanie jednak odpowiedzieć nie mogę. Sam powinieneś się przekonać.

Tego wieczoru wróciłem do domu gdzieś w okolicach czwartej nad ranem, niosąc w kieszeni płaszcza kartę pamięci z pierwszym szkicem nowej powieści Brunona. Mimo późnej godziny i stanu stosunkowo mocnego upojenia alkoholowego, postanowiłem włączyć komputer i otworzyć plik, aby chociażby na niego spojrzeć. Była tam cała powieść. Dwadzieścia cztery rozdziały, ponad milion znaków rozrzuconych na czterysta szesnastu niesformatowanych jeszcze stronach. Wyglądała dumnie, i po dzisiejszej rozmowie z Brunonem czułem ogromną chęć zagłębiania się w całą tę fantastyczną treść. Tej nocy położyłem się spać, zostawiając jednak włączony komputer, abym mógł śnić o obcych cywilizacjach i nieskończonych bibliotekach ukrytych gdzieś pośród krzemowej pustyni, na nieznanej planecie krążącej wokół nieznanej gwiazdy w nieznanym układzie słonecznym.

Tydzień później, kiedy czytałem ostanie słowa Wojny Światów Brunona K, wiedziałem już, że mam do czynienia z prawdziwym arcydziełem. Tym bardziej więc zdziwiła mnie postawa samego autora, który nie spieszył się z wydaniem powieści.

– Cierpliwości – mówił, uśmiechając się do mnie – najpierw ukończę drugi tom, potem wezmę się za poprawienie pierwszego. Czuję, że muszę pisać dalej, historia sama mnie ciągnie, a wciąż jestem świadomy, że kilka rzeczy muszę poprawić w pierwszym tomie.

– I chcesz, aby to cudo leżało w ciemnych zakamarkach twojego komputera?

– Dojrzewało – poprawił mnie niczym belfer korygujący swojego ucznia na sprawdzianie – sam jestem jeszcze podekscytowany tym, co napisałem. Muszę ochłonąć i spojrzeć na całość bardziej krytycznym okiem. Spokojnie, za rok poprawię i wyślę.

– Trzymam cię za słowo. Dla mnie to dzieło wybitne! Musisz to ukończyć i wydać za wszelką cenę.

– Wiem – odparł, klepiąc mnie po plecach. W jego głosie dało się wyczuć pewność graniczącą niemalże z zuchwałością. Wiedział dobrze, że stworzył arcydzieło i tylko pycha pomieszana z pewnego rodzaju zawiścią wywołaną wcześniejszymi niepowodzeniami literackimi, kazała mu trzymać tę cudowną książkę z dala od czytelników przez cały kolejny rok. A może była to zwykła ostrożność? Trudno mi teraz ocenić. Jedno jest pewne. Ta decyzja miała się okazać największym błędem w jego życiu.

Dokładnie rok później spotkaliśmy się na sympozjum poświęconym tematowi alternatywnych rzeczywistości w filmach Krzysztofa Kieślowskiego. Brunon aż tryskał pozytywną energią, zarzucając nas setkami interesujących anegdot z pogranicza nauki i fantastyki – mimowolnie stał się bowiem ekspertem w tych tematach. Pod koniec sympozjum udało mi się złapać go w korytarzu, kiedy akurat wychodził z lekko już podchmieloną i całkiem przyjemną doktorantką, którą poznał ledwie kilka godzin temu. Oczywiście nie mogłem powstrzymać się przed pytaniem o stan powieści.

– Wysłałem – odpowiedział półszeptem – wczoraj zapakowałem dwadzieścia pięć paczek i wysłałem do największych polskich wydawnictw. Drugi tom jutro z samego rana wyśle ci mailem. Pracuję już nad trzecim.

– To cudownie – starałem się go jeszcze zatrzymać  – na pewno będą się bili o to, aby ją wydać.

– Mam taka nadzieję. A teraz wybacz, ale pani czeka – pożegnał się ze mną, po czym jeszcze na odchodne dodał – musimy wyskoczyć któregoś dnia na piwo. Do zobaczenia przyjacielu! – i wyszedł.

Dokładnie trzy dni po tym spotkaniu, cały nasz świat został wywrócony do góry nogami. Był to pamiętny kwiecień, roku zerowego. Słońce co jakiś czas wychylało się zza ogromnych cumulusów, przyjemnie grzejąc przechodniów popędzanych przez ich codzienne sprawy. Pamiętam, że powietrze tego dnia było nienaturalnie naelektryzowane. Klamki w drzwiach, włosy oraz ubrania raziły lekko prądem, gdy tylko się je dotknęło. Wychodziłem właśnie z piekarni, trzymając w dłoniach chleb pachnący świeżością, gdy całe miasto nagle i niespodziewanie zamilkło. Pierwsza dostrzegła ich mała dziewczynka w żółtej sukience, która przystanęła na samym środku chodnika i wskazała palcem na niebo. Później dostrzegliśmy ich wszyscy, i nagle wszystko przestało mieć jakiekolwiek znacznie. Ogromne, latające spodki unosiły się nad miastem, wibrując lekko i wydając z siebie przyjemny dźwięk podobny do brzmienia stłumionego flażoletu. Chwilę później cały świat opanowała masowa histeria pomieszania z niepewnością. Jedni, z kolorowymi transparentami witali obcych, inny wykupywali w panice podstawowe produkty spożywcze i zamykali się w specjalnie przygotowanych na wypadek wojny piwnicach. Armie całego świata zostały podniesione w stan całkowitej gotowości bojowej, oczekując najgorszego. Całe szczęście, najgorsze nie nadeszło. Kosmici okazali się pokojowo nastawiony istotami o wzroście karła, srebrnej skórze, dziecięcych oczach i włochatej czuprynie. Z radością podzielili się z nami swoją wiedzą oraz niezwykle zaawansowaną technologią, rozpoczynając w ten sposób nową erę w dziejach ludzkości. Nie byliśmy już sami we wszechświecie. Od teraz mieliśmy kompanów, których pokochaliśmy praktycznie od ich pierwszego, publicznego wystąpienia telewizyjnego.

Dziś, z perspektywy czasu śmiało można powiedzieć, że byli oni najlepszym, co mogło się przytrafić naszej cywilizacji. Oczywiście, póki wszystko się nie spieprzyło. W roku drugim nowej ery, dzięki zastosowaniu ich korektorów energetycznych, zyskaliśmy praktycznie nieskończone źródło energii. W roku trzecim zniknął problem głodu na świecie, a wojny, zaledwie kilka tygodni od pamiętnego lądowania, stały się przeszłością. Wszelkie podziały znikały w magiczny sposób wraz z postępującym procesem wprowadzania nowych, kosmicznych rozwiązań technologicznych. Sami przybysze natychmiast rozpoczęli terraformowanie Marsa, który szybko stał się ich nowym domem. Pod koniec trzeciego roku nowo powstały Rząd Światowy podpisał z Marsjanami wiekuisty pakt międzyplanetarnej przyjaźni. Na Ziemi i na Marsie zapanowała niezwykła radość. Powstałe w tak krótkim czasie nadwyżki jedzenia i energii pozwoliły Rządowi Światowemu na ogłoszenie roku integracji, czyli największego karnawału w dziejach naszej cywilizacji, w trakcie którego praktycznie nikt nie musiał pracować. Sami Marsjanie otworzyli na Ziemi dwanaście teleportów, dzięki którym mogli dołączyć do zabawy, a ludzkość, mimo początkowych obaw Rządu Światowego, przywitała ich z otwartymi rękoma na każdej długości i szerokości geograficznej.

Przyznam szczerze, że przez ten czas nie miałem czasu praktycznie na nic. Zamiast zatracić się w wielkim świętowaniu, rzuciłem się w wir pracy. Jako światowej sławy językoznawca, który w przeszłości przyczynił się do rozszyfrowania metodą algorytmiczną kilku antycznych języków, zostałem zaproszony przez Rząd Światowy do kierowania oddziałem odpowiedzialnym za komunikację z Marsjanami. I chociaż nasi nowi przyjaciele od samego początku dysponowali urządzeniem tłumaczącym, dzięki któremu mogliśmy komunikować się bez przeszkód, to my wciąż żyliśmy nadzieją, że uda nam się rozszyfrować ich niezwykły język, aby któregoś dnia móc porozmawiać bez użycia dodatkowych urządzeń. Wstyd się przyznać, jednak o leżącym na mojej skrzynce pocztowej drugim tomie powieści Brunona, jak i o samym autorze, najzwyczajniej w świecie zapomniałem.

Mojego utalentowanego przyjaciela spotkałem ponownie dopiero w październiku roku czwartego. Znów błąkał się po ciemnych uliczkach z tym podejrzanym typem – niejakim Michałem P. Zalatywało od niego siarką, jakimś gospodarczym nawozem i tanim winem. Pamiętam, że chciał sprzedać mi swoją kolekcję dzieł zebranych Stanisława Lema – pisarza poprzedniej epoki, o którym ludzkość przez ostatnie lata niemalże całkowicie zapomniała. Chciałem zapytać go o Wojnę światów, jednak jakoś nie miałem odwagi, poza tym Brunon nie był zbyt trzeźwy, a pogoda stawała się coraz bardziej paskudna. Powiedziałem więc, że w przyszłym tygodniu przyjdę po tego Lema i czym prędzej wsiadłem w tramwaj. Z wizytą zwlekałem jakiś miesiąc, wciąż przekonując siebie, że jednak warto kolejny raz spróbować wyciągnąć Brunona z dołka. W końcu się przełamałem.

Obrazek był niemalże identyczny, jak kilka lat temu gdy przekonywałem go, aby powrócił do pisania. Widocznie jest coś we frazesie mówiącym, że historia lubi się powtarzać. Leżał nieogolony na materacu, dookoła walały się puste flaszki i jakieś dziwne butle, służące, jak wtedy błędnie sądziłem, do destylacji. Znów uderzył mnie zapach jakiegoś syntetycznego nawozu, którym przesiąknięte było tutaj niemalże wszystko. I tylko biblioteczka Brunona była dziwnie kompletna. Zupełnie, jakby w tych dziwnych czasach książki straciły nagłe całą swoją wartość, stając się nikomu już niepotrzebnymi reliktami poprzedniej epoki.

– Odrzucili. Wszyscy odrzucili – zawołał w moją stronę już na samym wstępie.

– Powieść? Wojnę światów? – chciałem się upewnić.

– Przeczytam ci kilka odpowiedzi, jakie od nich dostałem – odparł sięgając po wydrukowane kartki schowane pod poduszką.

– Bardzo interesujące, być może najlepsza powieść s/f jaką kiedykolwiek czytałem, ale ludzie nie chcą już czytać nic złego o kosmitach – uśmiechnął się krzywo, pogniótł kartkę i sięgnął po kolejną. – Gdyby mi pan przysłał to jeszcze rok temu, wydałbym bez wahania – zaczął się śmiać jak jakiś szaleniec – czekaj, to jeszcze nie wszystko. Mam tego więcej – dodał, pokazując kolejne, gęsto zadrukowane kartki papieru.

– Słuchaj – wydusiłem w końcu – nic na to nie poradzisz. Powieść była genialna, ale czasy się zmieniły…

– Czasy się zmieniły!? – Przerwał mi z wrzaskiem – i co z tego? Podobno literatura jest ponadczasowa. Dlaczego więc wszystkie wydawnictwa upadają? Dlaczego nikt już nie czyta? Czemu nikt już nie pisze? Wszyscy świętują przybycie naszych nowych przyjaciół, tych cudownych zbawicieli z innej galaktyki, cudotwórców, którzy uleczyli naszą chorą cywilizację! Dlaczego więc nikt nie ma już czasu na czytanie?

– Może dlatego – odparłem nieśmiało – że literatura była wcześniej właśnie lekarstwem na niesprawiedliwości całego świata, a teraz, kiedy świat został uleczony, nikt nie potrzebuje już lekarstwa.

– Zwykłe pierdolenie! – ryknął tak wściekle, że aż pojawiła mu się piana na ustach. Odsunąłem się przerażony, spoglądając w stronę drzwi. Miałem zamiar uciec, zostawić go samego na tym dziurawym materacu, aby gnił tutaj z tą swoją potarganą ambicją i zniszczoną dumą. Brunon jednak szybko się opanował. Otarł pianę rękawem dawno niepranej bluzy i powiedział już ze spokojem.

– Wybacz. Wybacz mi proszę. To wszystko chyba mnie przerasta. Masz rację. Czasy się zmieniły. Źle trafiłem z tematem. Bierz tego Lema – wskazał na wypełnioną książkami siatkę, która stała przy drzwiach – zabierz mi go z oczu. Nie mogę na niego dłużej patrzeć. Wezmę cokolwiek, możesz go nawet zabrać za darmo. Wszystko mi jedno.

Wyjąłem z portfela banknot dwustuzłotowy i położyłem go na stoliku. Brunon nawet na mnie nie spojrzał – jego myśli musiały już zapewne krążyć wokół tego szalonego pomysłu, który zrealizował kilka dni później. Nie miał już nic do stracenia. Zdaje się, że był jedyną ofiarą kosmitów, którzy kilka lat wcześniej przybyli na tę przeklętą planetę, aby na zawsze odmienić jej oblicze.

Kiedy wychodziłem, podniósł się jeszcze na moment i zawołał w moją stronę.

– Czekaj! – zatrzymałem się tuż przy drzwiach – powiedz mi jedno, nim wyjdziesz, i prawdopodobnie nigdy się już nie zobaczymy. Czytałeś drugi tom?

Przez moment zastanawiałem się, co mu odpowiedzieć. Chciałem go okłamać, aby mu jakoś ulżyć, jednak bałem się, że poprosi mnie o krótką opinię, której nie byłbym w stanie z siebie wydusić.

– Rozumiem – odparł w końcu, wyprzedzając moje słowa – rozumem twoje milczenie. Nie czytałeś. Nic nie szkodzi. Tak myślałem. Rzeczywistość okazała się być znacznie bardziej niesamowita od literatury, co w ostateczności doprowadziło do jej upadku.

– Zupełnie, jak w twojej powieści Brunonie – wydusiłem w końcu z siebie. W odpowiedzi usłyszałem jedynie lekkie prychnięcie, po którym wyszedłem zostawiając go samego z jego problemami. Tego dnia widziałem go po raz ostatni. Mogłem przewidzieć, co planuje, w końcu wszystkie dowody miałem przed oczyma! Zaślepiła mnie jednak radość, która wypełniła cały świat. W tych pięknych dniach pokoju i nieustannego rozwoju nie potrafiłem nawet dopuścić do świadomości faktu, że Brunon zdecyduje się zrobić coś tak okropnego i głupiego zarazem!

Trzy dni później światem wstrząsnęła informacja o zamachu dokonanym przez niezidentyfikowanego mężczyznę, który wysadził się na samym środku placu pełnego ludzi i Marsjan. W wyniku tego potwornego aktu terroru śmierć poniósł jeden z dwunastu przedstawicieli Rządu Światowego, trzech jego pomocników, sześciu wysoko postawionych dyplomatów Marsjańskich oraz czterdziestu czterech obywateli z tłumu kilkunastu tysięcy osób, które przybyły tego dnia na uroczyste obchody rocznicy podpisania międzyplanetarnego paktu przyjaźni ziemsko-marsjańskiej. Godzinę później do moich drzwi zapukał kurier, który wręczył mi paczkę zawierającą amatorsko wydrukowane trzy tomy Wojny światów autorstwa Brunona K, których nigdy nie przeczytałem.

Nawet kompleksowe wyjaśnienie sprawy oraz identyfikacja zamachowca, przy której niezbędna okazała się moja pomoc, nie zadowoliły naszych marsjańskich przyjaciół, którzy już następnego dnia zerwali pakt pokojowy, następnie wyłączyli wszystkie korektory energetyczne i odlecieli na swoją czerwoną planetę. Obecnie nie mamy z nimi żadnego kontaktu – teleporty nie działają, a ziemia pozbawiona marsjańskiej energii zaczyna powoli popadać w ruinę. Na ulicach wybuchnęły zamieszki – wściekły tłum w niemalże każdym większym mieście przystąpił do samosądów. Na stosach i prowizorycznych szubienicach giną wszyscy ci, którzy mieli cokolwiek wspólnego z literaturą. Komitet Noblowski postanowił przeznaczyć kilka milionów dolarów na ochronę żyjących laureatów nagrody literackiej, gdy trzech z nich zginęło rozszarpanych w trakcie manifestacji. Lokalne rządy zaczęły obwiniać się nawzajem, że nie wykorzystały swoich starych i sprawdzonych metod brutalnej prewencji, aby zapewnić Marsjanom bezpieczeństwo. Generałowie wrócili do swoich bunkrów, odkurzyli konsolety z atomowymi przyciskami, i na wszelki wypadek wycelowali rakiety w niebo, co z kolei nie spodobało się innym państwom, które w odpowiedzi szybko wycelowały swoje rakiety w instalacje przezornych generałów, grożąc ich natychmiastowym odpaleniem. Jeśli kosmici zdecydują się wrócić, aby nas zniszczyć, to prawdopodobnie nie będą musieli się zbytnio wysilać. Dzięki Brunonowi Wojna światów trwa, i wygląda na to, że nic nie zdoła już jej zatrzymać.