Scenariusz na miarę XXI wieku – recenzja podręcznika

Posted by in Blog, książki, recenzja

Często jest tak, że nawet genialny pomysł na film nie przekłada się na scenariusz. Tworzymy pewien mechanizm, wiemy mniej więcej, jak powinien działać, jednak pewne elementy układanki nie pasują, inną są zbędne, a jeszcze innych po prostu brakuje, przez co cała nasza skrupulatnie planowana fabuła zamiast chodzić, jak sobie to zaplanowaliśmy, wlecze się niezdarnie, wydając przy tym jakieś dziwne dźwięki, których nie było w naszym projekcie. Ewidentnie coś poszło nie tak. W tym momencie powinniśmy sięgnąć do podręcznika opisującego podstawy działania mechanizmów fabularnych, i właśnie takim podręcznikiem jest/stara się być (o tym poniżej) wydany na początku 2014 roku „Scenariusz na miarę XXI wieku” Lindy Aronson. Już sam podtytuł: „Obszerny przewodnik po technikach pisania nowoczesnych scenariuszy filmowych” obiecuje wiele. Czy książka ta faktycznie może stać się dla początkującego scenarzysty instrukcją, dzięki której będzie mógł on tworzyć lepsze i sprawniej działające fabuły?

Książka podchodzi do kwestii pisania scenariuszy bardzo analitycznie, dlatego zasługuje na równie analityczną recenzję. Posługując się analogią filmową można powiedzieć, że zaczyna się mocnym uderzeniem. Pierwsze trzy części to same konkrety. Na szczególną uwagę zasługuje część 2 opisująca konwencjonalne struktury narracyjne. Znajdziemy tam wszystko, czego potrzeba scenarzystom, aby dopracować swój pomysł i uczynić go jeszcze lepszym. Ta część przyda się nie tylko początkującym pismakom, ale także starym wyjadaczom. Ba! Uważam, że te wszystkie dokładnie opisane strategie rozwoju projektu (czyli Developmentu – ach, te anglicyzmy) mogą przydać się w zasadzie każdemu, kto poważnie myśli o robieniu filmów! Reżyserzy i producenci naprawdę wiele by się z tych tabelek nauczyli! Już na tym etapie mogę śmiało powiedzieć, że dla tych trzech pierwszych rozdziałów naprawdę warto kupić książkę, a to dopiero jedna trzecia całości!

Część trzecia poświęcona jest zaplataniu fabuły w praktyce, i również zawiera bardzo przydatne wskazówki. Wszystko to jest opisane niezwykle przejrzyście i opatrzone świetnymi przykładami, więc nawet jeśli ktoś ma całą tę wiedzę w jednym paluszku (zazwyczaj więcej jest ludzi, którym się wydaję, że wiedzą wszystko, niż takich, którzy faktycznie coś tam wiedzą), to i tak taka osoba może zrobić użytek z tej niezwykłej „instrukcji” konstruowania konwencjonalnych narracji i zaplatania fabuły, bo właśnie jak „instrukcję” traktowałbym pierwsze trzy części tego podręcznika – bardzo dobrą instrukcję, do której z pewnością będę wielokrotnie wracał.

Czas na danie główne, czyli czwartą część książki. Jest ona w całości poświęcona narracji równoległej analizowanej na konkretnych przypadkach. 260 stron wnikliwych analiz to dowód na to, że przymiotnik „obszerny” w podtytule książki nie jest żadnym chwytem marketingowym. Autorka dokonała własnej klasyfikacji odmian narracji równoległych, i przystąpiła kolejno do opisywania każdej z nich. Znajdziemy tutaj bardzo szczegółowe analizy filmów i nie tylko filmów (wspaniała analiza Odysei Homera!). Wraz z autorką przebrniemy przez sześć głównych kategorii narracji równoległych (wraz z ich mutacjami) i poznamy słabe i mocne strony każdej z nich. Ta część podręcznika jest tak rozbudowana i tak szczegółowa, że za pierwszym razem może wywołać zawrót głowy! W zasadzie jest to część, która nie nadaje się do czytania od deski do deski (chociaż i tak warto to zrobić). Powinniśmy raczej zapoznać się z samym początkiem, następnie dopasować typ narracji do naszego filmu i przeczytać tylko fragmenty nas interesujące. Znów ciśnie mi się na usta określenie: „instrukcja”, bo tak należy traktować ten podręcznik. To nie jest książka do przeczytania, to jest podręcznik do ciągłego używania, i jeśli tylko planujesz napisać coś, co pod względem formy uciekać będzie od standardowej narracji z trzema aktami, to możesz być pewien, że tutaj znajdziesz rozwiązanie i dokładne instrukcje, jak zrobić to porządnie.

Część piąta opisuje filmy z problemami strukturalnymi, czyli przypadki, w których scenarzyści nie poradzili sobie z narracją równoległą. Jest to chyba najsłabsza część książki, i zupełnie nie rozumiem, dlaczego została wydzielona w postaci osobnego rozdziału, kiedy z powodzeniem można było umieścić te przykłady w części czwartej. W ten sposób książka zyskałaby na przejrzystości, i biorąc „na tapetę” dany typ narracji równoległej, nie musielibyśmy kartkować niepotrzebnie kolejnego rozdziału w poszukiwaniu przykładu negatywnego. No cóż, widocznie nie wszystko musi być idealne.

Na deser dostajemy zaledwie 30 stronicowy rozdział poświęcony „przenoszeniu historii na papier”. Jest to część bardzo konkretna, jednak w porównaniu do reszty podręcznika, ma się wrażenie, że temat został ledwo zarysowany przez autorkę. Owszem, znajdziemy tu kilka ciekawych analiz dialogów i treatmentów oraz garść przydatnych porad, z których każdy zrobi użytek, ale w porównaniu z wnikliwością autorki zaprezentowaną w poprzednich rozdziałach, całość wypada blado, jakby ta część została napisana na siłę, aby tylko czymś zakończyć podręcznik.

Osobny akapit postanowiłem poświęcić polskiemu wydaniu książki, bo jest o czym pisać. Przygotujcie się jednak na zmianę nastroju tej recenzji, bo polskie wydanie jest bardzo słabe (chociaż sprawia pozory konkretnego). Ale od czego by tu zacząć? Może od okładki, chociaż mówi się, że nie powinno się po niej oceniać książek. Warto tutaj wspomnieć, że strony są drukowane na grubym papierze bardzo dobrej jakości, jednak okładka jest niewiele grubsza od pojedynczej strony, i to generuje mnóstwo problemów. Różnicę próbowano zniwelować dodając skrzydła, które nieznacznie pogrubiają okładkę, jednak nie rozwiązało to podstawowego problemu, mianowicie zniekształcania się grzbietu podręcznika. Pomysł, aby oszczędzić na okładce, nie oszczędzając na papierze wewnątrz książki, jest totalną porażką. To tak, jakby konstruując samochód zadbać o skórzane obicia tapicerki i elementy chromowane, a karoserie zrobić z taniego plastiku. W dodatku okładka jest brzydko tekturowa i posiada nieestetyczną fakturę złożoną z wielu małych kropek. Tył i grzbiet są pomalowane na czarno, a czarny tusz nałożony na tanią tekturę ma tendencję do ścierania się, i co najgorsze, ten starty tusz natychmiast łapie biały przód okładki. Jakby tego było mało, to marginesy stron w całym podręczniku są również pomalowane na czarno. Wystarczy przekartkować książkę i już mamy drobinki tuszu na palcach, które następnie nieświadomie wcieramy w biały przód okładki! Po jakimś czasie wygląda to tak, jakby książkę miała w swoich łapach osoba wcale nie myjąca rąk. Oczywiście po pierwszym przeczytaniu nie jest aż tak strasznie, jak to opisuję, ale problem jest widoczny (chociaż należę do ludzi dbających o książki i czystość dłoni). Dziwi to tym bardziej, że książka z uwagi na swoją treść jest przeznaczona do wielokrotnego użytku.

Przejdźmy jednak do wnętrza, bo tutaj wizualnie jest lepiej, chociaż też zdarzają się drobne potknięcia. Jako bibliofil i typograf amator muszę pochwalić skład i układ graficzny tekstu, chociaż czcionka próbująca naśladować czcionki maszynowe przy dłuższym czytaniu odrobinę męczy wzrok. Nic też nie mogę zarzucić tłumaczeniu, które jest poprawne. Chyba nigdzie też nie znalazłem żadnego przerażającego anglicyzmu, czy też gramatycznych kalek językowych, po których zwykle poznajemy jakość tłumaczenia, a bezbłędne przełożenie na język polski tak obszernego podręcznika, to nie lada wyczyn! W środku znajdziemy kilka rozwiązań ułatwiających kartkowanie: w dolnym nagłówku, na nieparzystej stronie mamy tytuł danej części (rozdziału), a strony rozdzielające poszczególne części mają w przeciwieństwie do pozostałych stron, białe marginesy, dzięki czemu wystarczy spojrzeć na bok książki, aby wiedzieć, gdzie się one zaczynają. Szkoda tylko, że górnym nagłówku parzystej strony umieszczono tytuł książki, zamiast na przykład tytuł podrozdziału. Po co nam przypominać o tytule książki? Nie lepiej byłoby jeszcze bardziej ułatwić korzystanie z podręcznika (który jest wszakże instrukcją wielokrotnego użytku), umieszczając w tamtym miejscu właśnie tytuły podrozdziałów? Szczególnie mającej aż 260 stron części czwartej takie coś by się przydało. Polski wydawca nie pomyślał też o wydzieleniu tytułów filmów z indeksu, a ze względu na mnogość przykładów, na których operuje autorka, taki oddzielny spis (najlepiej na początku każdej części) byłby bardzo pomocny. No cóż, wygląda na to, że wydawca nie chciał wychylać się poza oryginalne wydanie, a szkoda, bo ostatecznie, o czym uczy nas sama autorka książki, wszystko można ulepszyć.

Ostatnim elementem, o którym muszę wspomnieć, są literówki. Setki literówek! Wygląda na to, że książka wcale nie przeszła korekty! Przez pierwsze 100 stron jeszcze jakoś udawało mi się je liczyć i wyszło średnio jedna na dwie strony, później jednak zwyczajnie się poddałem i przestałem zwracać na nie uwagę (chociaż czasem atakowały mnie znienacka). Książka aż roi się od literówek! Mam wrażenie, jakby tekst po przetłumaczeniu trafił do redakcji i został wrzucony do programów automatycznie formatujących książki (dzielących wyrazy i dodających spacje łączliwe tak, aby spójniki nie wisiały na końcu wiersza). Po tym zabiegu wystarczyło już tylko dodać pogrubienia i dzióbki w podrozdziałach (też niekonsekwentnie, bo raz jest grubiej, raz jest jeden dzióbek, innym razem dwa, raz jest z przerwą między akapitami, innym razem znów bez przerwy), ale bez zaglądania do tekstu. Całość przejrzał jeszcze grafik (oczywiście nie zaglądając w treść!), po czym książka poszła bezpośrednio do druku. Słabo, słabo, bardzo słabo!

Podsumowując: Książka „Scenariusz na miarę XXI wieku” Lindy Aronson jest znakomitym podręcznikiem, który powinien przeczytać każdy scenarzysta, reżyser i producent filmowy. To jedna z najbardziej przydatnych pozycji tego typu, skupiająca się na narracji, a nie na formacie scenariusza. Jest to konkretny i niezwykle obszerny przewodnik, znakomita instrukcja ułatwiająca konstruowanie nowoczesnych scenariuszy filmowych. Szkoda tylko, że polski wydawca poszedł na łatwiznę i wydał książkę w fatalnej okładce, z mnóstwem literówek. Jeśli jednak wam to nie przeszkadza, to polecam!

Książkę można kupić w tym miejscu.
Cena: 65 zł
Ilość stron: 568