Nocny motyl

Posted by in kryminał, Opowiadania

Stałem przez moment na skrzyżowaniu zastanawiając się, w którą stronę iść. Zajrzałem do płaszcza i wyciągnąłem z niego karteczkę, z której odczytałem adres. Mgła z lewej strony zrobiła się jakby przyjaźniejsza, zapraszając mnie na spacer w stronę poszukiwanego przeze mnie osiedla. Płynąłem tak przez kilkadziesiąt minut, otoczony mlecznobiałym oparem, w końcu dostrzegłem światło na końcu drogi.
Domofon był zniszczony. W dodatku całkiem niedawno jakiś bezmózgi wandal, błędnie przeświadczony o tym, że jest artystą ulicy, zamalował go brzydkim i nieczytelnym bohomazem. Długo musiałem zdrapywać farbę, jednocześnie przyświecając sobie telefonem komórkowym, nim znalazłem właściwe nazwisko. Przez chwilę miałem wątpliwości, czy to urządzenie, aby na pewno zadziała. Kilka sekund po wciśnięciu przycisku, z trzeszczącego głośnika rozległ się zniekształcony głos.
– Kto tam?
– Dobry wieczór panie Nabukowski, jestem pisarzem i pracuję nad książką o lokalnym seryjnym mordercy, tym, którego próbował pan rozpracować przed przejściem na emeryturę. Czy moglibyśmy chwilę porozmawiać?
Głośnik zatrzeszczał przeraźliwie, w dodatku jakieś sprzężenie zwrotne spowodowało pisk tak głośny, że aż musiałem nakryć uszy. Kiedy już wszystko ucichło, ponownie przyłożyłem ucho do domofonu, starając się jakoś zinterpretować niewyraźne dźwięki, układające się w słowa. Głos płynął jakby z daleka. Był to głos kobiety, która z kimś rozmawiała. Z pewnością mówili o mnie, usłyszałem bowiem wyraźnie słowo pisarz. Chwilę później ponownie rozległ się zniekształcony głos, któremu towarzyszyły trzaski i inne zakłócenia.
– Proszę wejść – dotarło do mnie z ledwością.
Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Na klatce schodowej było ciemno, a ja nie mogłem zlokalizować przycisku włączającego światło, więc wdrapałem się po omacku na pierwsze piętro, gdzie czekały już na mnie uchylone drzwi. Zapukałem, zaglądając niepewnie do środka. Z wnętrza dobiegł mnie zapach palonych kadzideł oraz dźwięk rozmów prowadzonych półszeptem. Przez chwilę miałem zamiar się wycofać i wrócić tutaj jutro rano, kiedy już wszystko się uspokoi, jednak moje plany pokrzyżował mężczyzna w garniturze, który otworzył drzwi na oścież, i gestem dłoni zaprosił mnie do środka.
– Czekaliśmy na pana – oznajmił tajemniczo i bez emocji. Miał około czterdziestu lat. Był szczupły i bardzo wysoki, a jego głęboko osadzone w czaszce oczy nadawały mu troszkę upiornego wyglądu. Chciałem zdjąć płaszcz, jednak spostrzegłem, że wieszak jest cały zawalony kurtkami. Wtedy wielkolud przeszedł mi z pomocą.
– Wezmę to, kapelusz także. Proszę się rozgościć, za chwilę do pana dołączę – powiedział uprzejmie, zabierając mi płaszcz, po czym zniknął w jednym z pomieszczeń. W kuchni, po prawej stronie, cztery kobiety przygotowywały w milczeniu jakieś jedzenie, nie zwracając na mnie uwagi. Po lewej stronie znajdował się pokój gościnny, w którym siedziało kilkanaście smętnych postaci mierzących mnie wzrokiem. Skinąłem głową i wydusiłem z siebie nieśmiałe przywitanie. Odświętnie ubrana, tęga kobieta w farbowanych włosach, przepędziła z krzesełka swoje nastoletnie dziecko, wskazując mi przygotowane w ten sposób miejsce, na którym po chwili wahania usiadłem. Uśmiechnęła się do mnie i zagadała półszeptem.
–  Szczerze powiedziawszy, nie spodziewaliśmy się pana tak szybko, ale to tylko potwierdza fakt, że on ma rację. To cudowne, że spełnia się wszystko, co zostało zapisanie. Ojciec z pewnością ucieszy się, kiedy pana zobaczy.
Skinąłem głową i uśmiechnąłem się niepewnie. Pozostali goście przestali już mnie obserwować. Siedzieli spokojnie, co jakiś czas przerywając milczenie konspiracyjnym szeptem. Byli to ludzie w różnym wieku. Dwóch nieźle zakonserwowanych staruszków, trzy małżeństwa z kilkunastoletnimi dziećmi, które właśnie siedziały na tapczanie, grając bez słowa w karty, oraz kilku samotnych panów i dwie tęgie bliźniaczki, mniej więcej w moim wieku. Wszyscy ubrani byli jak na niedzielną mszę. W pokoju panował półmrok. Poza słabą, pojedynczą żarówką wkręconą do żyrandola, wnętrze oświetlone było jeszcze tylko kilkoma świecami. Ktoś podał mi talerzyk z ciastem oraz kubek z gorącą kawą. Podziękowałem. Po kilku minutach do pokoju wszedł wielkolud, z którym miałem przyjemność spotkać się przy drzwiach. Zupełnie nie zwracając na mnie uwagi, skierował się prosto na balkon, pozostawiając jednak otwarte drzwi, jakby chciał, abym poszedł za nim. Wstałem więc, odłożyłem talerzyk, i trzymając kubek kawy w dłoni, wyszedłem na balkon.
Mężczyzna oparł się tyłem o balustradę, następnie wyciągnął paczkę papierosów, odpalił jednego i zaciągnął się z widoczną ulgą.
– Zapali pan? – zapytał, kierując paczkę w moją stronę. Dym nie różnił się wcale kolorem i gęstością od mgły zalewającej miasto. Pachniał kusząco i przez chwilę poczułem nieodparte pragnienie zaciągnięcia się. Pragnienie było tak silne, jakby od tego miało zależeć całe moje życie. Opanowałem się jednak, przypominając sobie o pięknej Joannie, która kategorycznie zabroniła mi palić, a ja przecież postanowiłem sobie kochać ją za wszelką cenę.
– Nie, dziękuję. Staram się rzucić – odpowiedziałem wbrew wewnętrznemu pragnieniu. Przez moment poczułem, jakby moja wola była mięśniem, który napiąłem dumnie z całej siły. Mężczyzna uśmiechnął się, następnie schował paczkę, i z zamkniętymi oczyma zaczął delektować się dymem, jak to zwykli robić palacze po długiej przerwie od ostatniego papierosa.
– To pusta noc. Stara tradycja naszej rodziny. Starsza nawet niż chrześcijaństwo. Ojciec się nie pomylił. Wiedział, że w końcu pan do niego przyjdzie. Szczerze powiedziawszy, ja w to nie wierzyłem.
– Czy mógłbym porozmawiać z ojcem? – zapytałem w końcu. Wielkolud spojrzał na zegarek i widać było, że się nad czymś zastanawia.
– Jeszcze kilka minut. Postarałem się, aby pan był następny, ale proszę o jeszcze odrobinę cierpliwości. Zresztą, w taką noc pośpiech jest niewskazany. Wszystko musi dziać się swoim tempem, inaczej z mgły wypełzną upiory. Pan jest wierzący?
– Kiedyś byłem. Teraz ktoś mógłby mnie śmiało nazwać ateistą.
– Co sprawiło, że przestał pan wierzyć?
– Jestem pisarzem. Sam tworzę historię, w które można by było wierzyć. Recenzje nieistniejących książek, fałszywie biografie zmyślonych ludzi. Słowa mają swoje źródło w rzeczywistości, jednak za ich pomocą można budować całkowicie fikcyjne światy i byty. To jest właśnie literatura.
– Więc dla pana wszystkie religie świata to literatura, która została przez pomyłkę uznana za prawdziwą?
– W rzeczy samej – odparłem z pełnym przekonaniem, zwilżając usta słodką kawą. Mężczyzna zgasił papierosa w glinianym wazonie z zasuszonym drzewkiem, po czym podszedł do mnie blisko i spojrzał mi prosto w oczy. W tym samym momencie z pokoju rozległ się cichy i monotonny śpiew. Cała rodzina, wszyscy zebrani w jednym miejscu goście, zaczęli mruczeć jakąś dziwaczną pieśń, której słów nie rozumiałem.
– Nalegam jednak, aby bez względu na wszystko, uszanował pan naszą tradycję. Nie musi pan wierzyć, ja w sumie też w to wszystko nie wierzę, ale mojej rodzinie na tym zależy. Jeśli więc chce się pan spotkać z ojcem, proszę się dostosować.
Przełknąłem ślinę i przytaknąłem głową. Dziwaczna pieśń dobiegająca zza moich pleców sprawiała, że powietrze wokół jakby wibrowało. Cały ten tajemniczy obrządek, którego nie rozumiałem, zaczynał mnie powoli intrygować. Było w tym wszystkim coś przerażającego i poetyckiego zarazem. Staliśmy tak przez jakiś czas w milczeniu, czekając nie wiadomo na co. Miałem wrażenie, jakby czas stanął w miejscu, a słodka kawa zmieszana z pieśnią oczyściła mój umysł i rozgrzeszyła ciało. Z tego chwilowego transu wyrwało nas pukanie w szybę, dobiegające z ciemnego pokoju, znajdującego się tuż obok balkonu. Podskoczyłem przestraszony, wielkolud zaś uśmiechnął się, jakby właśnie na ten sygnał czekał, po czym poklepał mnie po plecach.
– Już czas. Chodźmy.
Przeszliśmy przez pokój przy wtórze magicznej pieśni. Znów wzrok wszystkich gości skierowany był w moją stronę, jednak miałem wrażenie, że teraz patrzyli na mnie bardziej przyjacielsko, jakby w końcu oswoili się z moją obecnością, lub jakbym został z jakiegoś nieznanego mi powodu zaakceptowany. Stałem się częścią ich dziwacznego obrzędu, którego sensu nie rozumiałem. Czułem się nawet przez chwilę jak w trakcie pierwszej komunii, kiedy kierowałem się w stronę ołtarza, aby wraz z opłatkiem otrzymać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Kapłan, będący dziś wielkoludem, wyprowadził mnie na korytarz. Zatrzymaliśmy się przed drzwiami prowadzącymi do pokoju obok, i wtedy pieśń ucichła wypełniając mieszkanie nieznośnym milczeniem. Mężczyzna zapukał trzy razy. Drzwi otworzyły się, skrzypiąc przeciągle i złowrogo. Ze środka wyszła czterdziestoletnia kobieta, która uśmiechnęła się do nas w sposób troszkę wymuszony,  po czym oznajmiła, że teraz nasza kolej. Weszliśmy więc razem do tego ciemnego pokoju, zamykając za sobą drzwi.
Wnętrze pachniało stęchlizną i woskiem. Na samym środku znajdował się stół, na którym paliły się trzy wielkie świece. Na stole leżała otwarta trumna ze zwłokami staruszka. Wielkolud wskazał mi krzesełko znajdujące się pod ścianą. Usiadłem.
– Przecież on nie żyje… Mówiliście, że… Mówiliście o nim tak, jakby żył, że się z nim spotkam – protestowałem, jednak mężczyzna uciszył mnie gestem dłoni, po czym nachylił się nad moich uchem.
– Nasza tradycja nakazuje w noc czuwania mówić o zmarłym tak, jakby wciąż żył – wyszeptał – dzięki temu jego dusza do czasu pogrzebu krąży po domostwie i każdy ma czas na to, aby się z nim pożegnać. Będzie pan tutaj czuwał godzinę, później otrzyma pan swoje odpowiedzi. Ojciec zapisał coś panu w swoim testamencie, więc jeśli chce pan to dziś otrzymać, proszę wypełnić obowiązek czuwania. Godzina. Tylko tyle.
Skinąłem głową. Wielkolud wyprostował się i poklepał mnie po ramieniu. Już miał otworzyć drzwi i wyjść, gdy spostrzegłem leżący na taborecie obok mojego krzesełka drewniany kołek zaostrzony z jednej strony oraz duży gumowy młotek. W ostatniej chwili chwyciłem go za rękaw.
– A to co? – Zażądałem wyjaśnień, wskazując palcem na ten dziwaczny ekwipunek. Mężczyzna przymknął drzwi i ponownie nachylił się nad moją głową.
– Nasza rodzina wierzy, że jeśli zmarły był złym człowiekiem, wtedy w jego ciało wciela się zły duch i nieboszczyk powraca do życia jako upiór, aby mordować i pić krew każdego, kogo napotka. Pilnowanie zmarłego jest więc także obowiązkiem zapewniającym rodzinie bezpieczeństwo. Według tradycji, te trzy świece umieszczone nad trumną paraliżują na chwilę złego ducha. Kiedy upiór powstaje, świece zaczynają kolejno gasnąć. Czuwający ma więc niewiele czasu, aby wbić kołek w serce. Ale pan chyba w to nie wierzy? Prawda?
Przełknąłem ślinę i zorientowałem się, że wciąż trzymam kurczowo jego rękaw. W końcu puściłem, pozwalając się mu wyprostować. Mężczyzna ukłonił się i wyszedł bez słowa, zostawiając mnie sam na sam ze zwłokami poszukiwanego przeze mnie Włodzimierza Nabukowskiego. Jego stare, pomarszczone ciało, przykryte czarny woalem śmierci leżało bez ruchu w trumnie, z rękoma złożonymi na pasie. Staruszek ubrany był w galowy mundur policyjny z przewieszonym przez ramię, charakterystycznym sznurem splecionym w warkocz. Podniosłem się, aby dokładniej przyjrzeć się jego twarzy. Na wszelki wypadek trzymałem w ręku młotek z drewnianym kołkiem i co jakiś czas spoglądałem na świece. Mógł mieć około siedemdziesięciu lat. Siwiejąca grzywka, starannie przeczesana na lewy bok, przysłaniała mnisią łysinę zaczynającą się od samego środka głowy. Gęsty wąs z daleka sprawiał wrażenie szarego, jednak po dokładnych oględzinach widać było, że czarne włosy przemieszane były z tymi całkowicie białymi. Twarz miał okrągłą, policzka zapadłe, a usta sine. Był zdecydowanie i bezsprzecznie martwy, a ja musiałem spędzić z nim kolejną godzinę.
Pokój był czymś w rodzaju pośpiesznie wysprzątanej pracowni. Na ścianach wisiały ramki z poprzyklejanymi do kartki, starannie opisanymi motylami. Pod jedną ze ścian znajdowało się biurko z wielkim szkłem powiększającym zamocowanym na ruchomym ramieniu. Na biurku leżał zestaw narzędzi w skórzanym pokrowcu zapinanym na zamek, oraz gruba książka w twardej oprawie zatytułowana Motyle nocne Polski, Macrolepidoptera, część I. Pod książką znajdowała się jedna z ramek, nad którą nieboszczyk musiał pracować krótko przed śmiercią, o czym świadczyła leżąca obok tubka kleju oraz kawałki taśmy, którą zlepiony był tył ramki. W samej ramce znajdowało się dwanaście ciem ułożonych w trzy rzędy i podpisanych łacińskimi nazwami. Były to te dobrze nam znane, odpychające owady, które zwykły wpadać nam do mieszkań, aby ginąć w zetknięciu z rozgrzaną żarówką. Większość z nich miała szare skrzydła z plamami służącymi im za kamuflaż oraz wielkie, włochate czułki. Spośród nich wyróżniała się na pewno biała ćma z żółtym odwłokiem, podpisana jako Spilosoma lubricipeda. Wyglądała dostojnie, jak jakaś biała dama w futrze zwieńczonym puchowym szalem. Jeszcze inna – Lomaspilis marginata – miała na skrzydłach wzór przypominający atramentowe plamy ze słynnego testu Rorschacha; kolejna zaś – Mimas tiliae – posiadała kamuflaż jakby żywcem skopiowany z wojskowych uniformów. Nigdy nie sądziłem, że istnieje tak wiele gatunków ciem, w dodatku tak bardzo się od siebie różniących. Rozglądając się po pokoju spostrzegłem, że cała ta kolekcja została podzielona na dwie części, które zajmowały dwie, przeciwległe ściany. Po lewej stronie od okna znajdowały się motyle nocne, po prawej stronie zaś motyle dzienne. Staruszek miał bardzo egzotyczną pasję, którą systematycznie i z wielkim zaangażowaniem kultywował aż do śmierci.
Cóż takiego chciał światu przekazać przy pomocy tej dziwacznej kolekcji, otaczającej teraz jego trumnę? Być może przez całe życie był wewnętrznie rozdarty pomiędzy dobrą a mroczną stroną swej osobowości? Jak dobry i zły glina zamknięty w jednej, człowieczek skorupie; linkantrop przemieniający się w trakcie pełni księżyca w wilkołaka; albo doktor Jekyll i pan Hyde – król dnia i nocy uwięziony w ludzkiej postaci.
Przemiana poczwarki w pięknego motyla mogła dawać mu także nadzieję na zmartwychwstanie i odrodzenie się po śmierci, jako lepsze stworzenie. Uświadamiając sobie to, aż podskoczyłem z przerażenia, a serce podeszło mi pod samo gardło. Czy on może rzeczywiście przemienić się w tego upiora? Czy drewniany kokon, w którym właśnie leżał, może kryć wijącą się i czekającą na przebudzenie ćmę ludzką? Zbliżyłem się do trumny, trzymając kurczowo kołek w dłoni. Miałem nadzieję, że to tylko ta cała dziwna noc, przy pomocy tej przeklętej mgły, zasiała we mnie ziarno szaleństwa, które właśnie zaczęło kiełkować. Cóż innego mogło bowiem sprawić, że uwierzyłem w możliwość upiornego przebudzenia się staruszka? Jaka siła, jeśli nie obłęd, kazała mi podejść tam z młotkiem i kołkiem gotowym w każdej chwili do użycia? Wpatrywałem się przez kilkanaście minut w jego twarz, starając się odróżnić refleksy świetlne od oczekiwanego ruchu powieki. Wbrew sobie, logice i wszelkiemu rozsądkowi,  przekonany byłem, że mężczyzna zaraz się przebudzi, a ja będę musiał dokonać egzekucji, wbijając ten przeklęty kołek prosto w jego serce. Całe szczęście, do niczego takiego nie doszło. Znajdowałem się bowiem w powieści zupełnie innego typu – w klasycznym kryminale, który z historiami o wilkołakach i wampirach miał niewiele wspólnego.
Z całego tego pomylenia udało mi się ocknąć tuż przed końcem mojego czuwania. Usiadłem wtedy na krzesełku, i już całkowicie rozluźniony, czekałem aż do pokoju wejdzie wreszcie wielkolud, który uwolni mnie od tego ponurego obowiązku. Mgła za oknem przylgnęła do szyby, jakby chciała się wedrzeć do środka, jednak całe szczęście, okno było szczelnie zamknięte. Krople wosku z trzech świec znajdujących się nad głową nieboszczyka, spływały po nich niczym łzy po świetlistym policzku. Pomyślałem sobie wówczas, że znicze na cmentarzach ze względu na swoją konstrukcję, nie mogą płakać, ponieważ gdyby były takie, jak te płaczące świece, wtedy najmniejszy podmuch wiatru mógłby je ugasić. Dlatego też prawdziwa żałoba możliwa była tylko tutaj – w mieszkaniu zmarłego, gdzie wszystko jest pozostawione tak, jakby on wciąż jeszcze żył. Chowanie w ziemi jest zaś początkiem procesu zapominania – zamykamy wtedy ogień naszej miłości w szklanych zniczach, a grób przyozdabiany umierającymi kwiatami.
– Mam nadzieję staruszku – wyszeptałem –, że w trakcie twojego pogrzebu  jakiś nieznany nauce motyl wyląduje na martwym bukiecie, aby pożywić się słodkim nektarem pamięci o tobie.
Z pokoju obok rozległ się stłumiony śpiew, który obwieszczał koniec mojego czuwania. O dziwo, dopiero teraz i dopiero w tym miejscu, udało mi się zrozumieć pojedyncze słowa tej dziwacznej pieśni. Zupełnie, jakby śpiew był dostrojony w taki sposób, aby treść zrozumieć mogła tylko osoba czuwająca przy zmarłym. Brzmiało to mniej więcej tak:
Szeptem otulę {…} wieszczyć ja z bólem {…}
Szepcąc zawołam {…} wezwaniu podołam {…}
Do pokoju wszedł wielkolud w asyście chudego i zgarbionego mężczyzny, który przyciskał do piersi kartonową teczkę związaną sznureczkiem. Zaraz za ich plecami przecisnęła się przez drzwi kobieta w fartuchu, która na skinięcie głowy wielkoluda zaczęła ściągać wszystkie ramki znajdujące się po lewej stronie od okna. Zgarbiony wyciągnął z teczki pojedynczą kartkę i podał mi ją wraz z długopisem. Wielkolud widząc moje zdziwienie, zaczął od razu tłumaczyć.
– To pokwitowanie odbioru spadku przeznaczonego dla pisarza. Proszę podpisać na samym dole, w tym wykropkowanym miejscu.
Skinąłem głową i podpisałem dokument bez wahania. Mężczyzna wyciągnął z kieszeni reklamówkę i rozłożył ją tak, aby kobieta mogła włożyć do niej wszystkie ramki z nocnymi motylami. Na koniec wyciągnął jeszcze spod płaszcza taśmę ze starego magnetofonu szpulowego i włożył ją ostrożnie do siatki. Całość wręczył mi z poważną miną, następnie skinął na swoich towarzyszy, sugerując, aby zostawili nas samych.
– Nie należy pan do rodziny – rzekł półszeptem, kiedy tylko drzwi się zamknęły – więc nie musi pan zostawać do samego końca. Nie musi pan także pojawiać się na pogrzebie. Nocne czuwanie ma dla nas większą wartość duchową niż chowanie zmarłego. Proszę zrobić dobry użytek z tych materiałów. Mam nadzieję, że uda się panu rozwiązać tę jedyną sprawę, której nie udało się rozwiązać mojemu ojcu. A zapewniam pana, że był blisko. Był najbliżej odkrycia tożsamości mordercy ze wszystkich, którzy się tym zajmowali. Teraz pan jest jego duchowym następcą. Przy okazji, jakaś kobieta o pana pytała. Czeka na parkingu.
Wielkolud usiadł na krzesełku i wlepił wzrok w trumnę ze zwłokami Włodzimierza Nabukowskiego, pogrążając się w milczeniu. Dopiero teraz twarz jego ogarnął smutek, a łza spływająca po policzku zalśniła w świetle świec. To była jego chwila żałoby. Godzina, w trakcie której musiał pogodzić się ze śmiercią ojca.
– Proszę przyjąć moje kondolencję i dziękuję za pomoc – zerknąłem ostatni raz na trumnę ze staruszkiem oświetlonym trzema płaczącymi świecami, następnie poklepałem wielkoluda po ramieniu, starając się w ten sposób dodać mu otuchy, po czym opuściłem pokój, trzymając w dłoni wypełnioną po brzegi siatkę z tajemniczym spadkiem. Na korytarzu czekała już na mnie kobieta w kuchennym fartuchu, która podała mi mój płaszcz i kapelusz. Przed wyjściem pożegnałem się jeszcze z gośćmi siedzącymi w pokoju, jednak nikt mi nie odpowiedział, zupełnie, jakby znajdowali się jakimś transie lub półśnie. Chwilę później znalazłem się ponownie na dworze, otoczony przez tę gęstą mgłę, która swym mroźnym i wilgotnym oddechem szeptała mi do ucha kolejne zdania mojej powieści. Niespodziewanie szept ten przerodził się w głośne i wyraźne nawoływanie.
– Tutaj jestem! – rozległ się znajomy, kobiecy głos. Niewyraźne światła samochodu wskazały mi dodatkowo drogę. Ruszyłem niepewnie w stronę parkingu, rozglądając się uważnie dookoła. W końcu zatrzymałem się przy czerwonym fiacie z odpalonym silnikiem. Za kierownicą siedziała czerwonowłosa Beata, która przy pomocy zapalniczki samochodowej, odpalała właśnie papierosa.
– To od Joanny – podała mi żarzącego się ćmika przez opuszczoną szybę. Był to tani, mocny papieros, bez wątpienia jeden z tych moich trzech ostatnich, które mogłem jeszcze zapalić.
– Skąd wiedziałaś, gdzie jestem? – zapytałem, zaciągając się z wyraźną ulgą. Beata pchnęła drzwi od strony pasażera, zapraszając mnie w ten sposób do środka.
– Profesor dał mi adres. Joanna prosiła, abym odwiozła cię do domu. Martwi się o ciebie, w końcu kto wie, czy morderca właśnie teraz nas nie obserwuje? – Dziewczyna była zadowolona ze swojego żartu, jednak mnie to wcale nie bawiło. Rozejrzałem się ponownie, próbując przeniknąć wzrokiem mgłę, jednak niczego podejrzanego nie zauważyłem. Zupełnie, jakbyśmy znajdowali się sami, gdzieś pośrodku wilgotnej pustyni, patrząc na horyzont pożarty przez niewidocznie niebo. Wsiadłem pośpiesznie do samochodu i dopaliłem papierosa do samego końca. Reklamówkę wypełnioną dziedzictwem martwego policjanta położyłem ostrożnie między nogi. Zapiąłem pasy, po czym ruszyliśmy ostrożnie przed siebie. Korzystając z wolnej chwili, postanowiłem przyjrzeć się dokładniej dziwnej szpuli, którą otrzymałem wraz z kolekcją ciem.
– Co to takiego? – zapytała, patrząc mi na ręce.
– Nie powinnaś patrzeć na drogę?
– I tak nic nie widać. W dodatku jedziemy tak wolno, że rozjechanie kogoś byłoby nieprawdopodobną sztuką. A więc?
– A więc, to jest szpula! – Rzuciłem niezadowolony. Całe szczęście Beata znów skierowała swoją uwagę na drogę, więc mogłem się uspokoić i wrócić do oględzin tejże szpuli. Spostrzegłem wtedy, że plastikowa osłona z nawiniętą na nią taśmą, jest podpisana. Musiałem przyświecić sobie telefonem komórkowym, aby odczytać napis.
– Napisane jest na niej: Mój komentarz do przesłuchania Edgara P.
– Czyli znalazłeś tego swojego świadka, co go w aktach brakowało! Masz na czym to odtworzyć?
Odpowiedziałem przecząco, po czym rzuciłem szpulę do siatki zupełnie zrezygnowany. Beata uśmiechnęła się tajemniczo.
– Ja mam taki magnetofon. Możemy pojechać do mnie. To akurat po drodze. Co ty na to? – zapytała, dwuznacznie akcentując ostatnie zdanie.
– Słuchaj. Pochlebiasz mi i bardzo doceniam twoje zaangażowanie. Z pewnością jesteś miłą dziewczyną, ale ja nie jestem tego typu facetem. Szczerze powiedziawszy to mam nadzieję, że mój związek z Joanną przerodzi się w coś poważniejszego, więc nic z tego. Mam też nadzieję, że…
Nie zdążyłem nawet dokończyć mojego romantycznego monologu, gdy Beata nagle wybuchnęła głośnym śmiechem, wciskając jednocześnie pedał gazu do samego końca. Samochód niebezpiecznie przyspieszył. I chociaż zupełnie nic nie było widać przed nami, to mknęliśmy  do przodu coraz szybciej, na złamanie karku.
– Powiedz, że mnie pragniesz! Jestem przecież jak postać z twojej książki. Niebezpieczna Femme fatale, której się obawiasz, a którą tak bardzo chciałbyś posiąść! Nie kochać, tylko posiąść! Powiedz to wreszcie, inaczej rozbijemy się na najbliższym drzewie! – To było całkowite szaleństwo, zupełnie, jakby wstąpił w nią jakiś demon.
– Nic z tego! Zwariowałaś! Zwolnij natychmiast, bo nas pozabijasz!
Przez chwilę myślałem, że to już koniec, i że powieść urwie się właśnie w tym miejscu z powodu przypadkowej śmierci narratora. Po chwili jednak Beata się opanowała, zwolniła do bezpiecznej prędkości i znów zaczęła się głośno śmiać. Zrozumiałem wtedy, że igrała ze mną. Z pewnością wiedziała, że znajdujemy się na prostym odcinku, gdzie mogła sobie pozwolić na szybszą jazdę. Odetchnąłem z ulgą.
– Jesteś w porządku.  Nie musisz do mnie wchodzić, jeśli nie chcesz. Sama zniosę ci ten magnetofon.
– Nie myślałaś chyba, że ci się uda…
– Się uda? – przerwała mi lekceważąco – niby co? Gdybym naprawdę chciała, to bym cię miała już przy pierwszym naszym spotkaniu. Widziałam wtedy, jak pożerasz mnie wzrokiem. Joanna też widziała. Ale ja nie jestem taką kobietą.
– Oczywiście, że nie jesteś – odparłem sarkastycznie – nikt z nas nie jest tym, na kogo wygląda.
– Widzisz, wy faceci popełniacie trzy podstawowe błędy w ocenie kobiet. Po pierwsze, oceniacie je po wyglądzie. Po drugie, zawsze zakochujecie się w tych niewłaściwych, i w końcu po trzecie, zawsze zbyt późno to do was dociera.
– I według ciebie Joanna jest niby tą niewłaściwą kobietą?
– Ona nie jest taka, jak myślisz. Jest dokładnie taką kobietą, jaką chciałbyś, aby była. Oszukujesz się, a to dla was niebezpieczne. Ale może ty po prostu lubisz igrać z ogniem?
Beata uśmiechnęła się tajemniczo. Nie miałem ochoty ciągnąć tej rozmowy,  przymknąłem więc oczy i opierłem się o zagłówek. Po jakimś czasie zatrzymaliśmy się na chodniku, prawdopodobnie gdzieś w okolicach osiedla domków jednorodzonych. Nie miało to jednak dla mnie żadnego znaczenia, bowiem krajobraz za oknem był wciąż taki sam – biała plama mieszała się z ciemnością, tworząca obraz miejsca, które należałoby nazwać nigdzie-bądź. Równie dobrze mogliśmy stać wciąż na parkingu przed blokiem Nabukowskiego lub spać w swoich mieszkaniach i śnić o nocnej wyprawie po mieście skąpanym we mgle. Beata wyskoczyła z samochodu, informując mnie, że za chwilę wróci. Trwało to jednak dłużej, niż się spodziewałem, więc po kilku minutach oczekiwania rozłożyłem się wygodnie i chyba usnąłem.
Wielki, czarny kruk wylądował na masce samochodu, wyrywając mnie z półsnu. Ptak zbliżył się do samej szyby i postawił swoją łapę na jednej z wycieraczek, którą zaczął następnie szarpać, jakby chciał zwrócić na siebie uwagę. Podniosłem się i przysunąłem bliżej, aby zajrzeć w jego czarne ślepia. Dopiero wtedy się uspokoił. Zauważyłem, że w dziobie trzymał wielką ćmę, którą pożarł na moich oczach, po czym rozłożył skrzydła i odleciał. To była oczywista wskazówka. Włączyłem lampkę znajdującą się nad lusterkiem samochodowym i wyjąłem jedną z tych ramek, które dostałem w spadku. Chciałem się jej lepiej przyjrzeć. Ćmy, zwane też motylami nocnymi, ułożone były starannie w trzy rzędy po cztery owady, i nie dopatrzyłem się w tym niczego niezwykłego. Próbowałem czytać ich łacińskie nazwy na różne sposoby, i w najróżniejszych kombinacjach, mając nadzieję, że pierwsze litery odczytane we właściwej kolejności utworzą jakiś wyraz. Żadna ramka nie skrywała jednak tego rodzaju tajemnicy. Już miałem zrezygnować, gdy spostrzegłem leżącą na ziemi ramkę, odwróconą tyłem. To była dokładnie ta, nad którą staruszek pracował na krótko przed śmiercią – widać było jeszcze świeże ślady zaschniętego i niestartego kleju. Spostrzegłem, że na jednym z rogów, bibuła, która miała zabezpieczać tył, odstawała nieznacznie, prawdopodobnie źle docięta. Wiedziony intuicją pociągnąłem za ten fragment, zrywając ją całą. Okazało się, że między kartonem na którym poprzyklejane były owady, a bibułą zabezpieczającą tył, znajdowała się złożona wpół, pożółkła kartka. To musiał być kolejny trop. Wskazówka, której szukałem i dzięki której miałem nadzieję ruszyć dalej z powieścią. Podekscytowany rozłożyłem ją i zacząłem czytać, niemalże pożerając każdą literę…
Przemysław Pinczak © 2011