Obsesje księdza Tymoteusza

Posted by in obyczajowe, Opowiadania

Ten pogrążony w głębokim śnie mężczyzna, o nieco owalnej, dziecięcej twarzy, to ksiądz Tymoteusz Leszczyński – proboszcz parafii pod wezwaniem świętej Joanny Klaryski z Szremowa. Tuż obok jego łóżka, na odrapanym stoliku nocnym, stoi stary, nakręcany zegarek, który za kilka sekund zacznie dzwonić, obwieszczając godzinę szóstą rano. Być może ktoś z was zapyta, dlaczego mechaniczny zegarek, a nie zwyczajny i znacznie dokładniejszy budzik elektroniczny? Czy to jakiś rodzaj ekstrawagancji naszego bohatera? Zwyczajny wymysł narratora silącego się na oryginalność? Uwierzcie mi, że kryje się za tym głębszy sens, który niebawem przyjdzie wam poznać. Na swoją obronę powiem tylko tyle, że musiałem bardzo się namęczyć, aby ksiądz Tymoteusz polubił codzienne nakręcanie zegarka; aby przedkładał wskazówki ponad wygodę ciekłokrystalicznego wyświetlacza; i wreszcie, aby wolał być budzony mechanicznym stukotem małego młoteczka uderzającego o dwa stalowe dzwoneczki, aniżeli polifonicznym, bezdusznym jękiem głośniczka zamkniętego w plastikowej obudowie. Jeszcze kilka lat temu, nim rada miejska zakazała używania kościelnych dzwonów do godziny dziesiątej (zakaz całe szczęście nie dotyczył niedziel i świąt), ksiądz Tymoteusz nie przywiązywał do tego żadnej wagi. Po wprowadzeniu zakazu strasznie denerwowały go wszystkie budziki, które kupował przynajmniej raz na tydzień, w poszukiwaniu tego idealnego dźwięku, który miałby to nieokreślone i ulotne coś, typowe dla jego ukochanych dzwonów. Dodatkową rolę w całej mojej skrupulatnie zaplanowanej farsie odegrała śmierć jego babci – świętej kobiety otoczonej tykającymi zegarkami. Nasz bohater zabrał jeden z nich ze sobą, aby poprzez ciągłe jego nakręcanie, pielęgnować pamięć o zmarłej. Ksiądz Tymoteusz nie wiedział jednak, że sprężyna naciągająca cały mechanizm jest już mocno skorodowana, i w każdej chwili może pęknąć. A kiedy się to stanie, nasz bohater prześpi poranną mszę i przyśni mu się pewien przerażający i wielce znaczący sen.
Mógłbym oczywiście sprawić, że sprężyna pęknie tu i teraz, jednak dopiero co zaczynamy naszą opowieść, a nim przejdziemy do punktu zwrotnego, musimy przecież poznać naszego bohatera, zrozumieć jego lęki, ujrzeć typowe zachowania, usłyszeć jego poglądy i zobaczyć całe otoczenie, w którym przyszło mu żyć i pracować już od ponad dwudziestu lat. Myślę, że warto poznać tego człowieka takim, jakim był przez większość swojego życia, nim całkowicie mu w tym życiu namieszany. Dajmy mu więc te kilka dni spokoju; ostatnie kilkadziesiąt godzin względnej normalności.
A więc wracając do zwyczajnej narracji, pora wreszcie powiedzieć, że budzik zadziałał prawidłowo, i w maleńkiej celi służącej naszemu bohaterowi za sypialnie, rozległ się jego charakterystyczny, metaliczny dźwięk. Ksiądz Tymoteusz wstał, przeciągnął się, zeskoczył z łóżka i padł na kolana, aby zmówić poranną modlitwę dziękczynną, skierowaną do wiszącego nad jego łóżkiem pustego krucyfiksu. Lubił żartować sobie w duchu, że brak ciała na krzyżu oznacza, iż Jezus, również wstał, i zamiast się obijać, zbawia właśnie kolejne dusze. Myśl taka zawsze pomagała mu przemóc senność i zmęczenie, które zwykle ogarnia nas kilka minut po przebudzeniu, i które niczym jakiś senny demon, gotowe jest nas opętać, jeśli tylko postanowimy poleżeć jeszcze przez chwilkę.
Zimna woda przynosiła mu ulgę po goleniu, które wraz z nieubłaganie rosnącą ilością zmarszczek, stawało się coraz trudniejszym zajęciem. Radość sprawiało mu także szczotkowanie swoich nowych, porcelanowych zębów, o które dbał lepiej, niż o te naturalne – wyrwanie już ponad rok temu, podziurawione i wielokrotnie łatane, dziś będące już tylko szorstkim wspomnieniem. Zakładanie czarnej, starannie wyprasowanej sutanny, było dla niego zawsze czymś w rodzaju rytuału. Lubił stawać na przeciw wysokiego, pionowego lustra i obserwować, jak zwykły, lekko już zgarbiony śmiertelnik, w cudowny sposón przemieniał się w dostojnego proboszcza.
– Gloria Patri, et Filio, et Spiritui Sancto, sicut erat in principio et nunc et semper et in saecula saeculorum. Amen – zmawiał krótką modlitwę, której zawsze starczało na zapięcie dokładnie trzech guzików. Prosta linia składająca się z tych guzików, odejmowała mu kilka kilogramów, a maleńki garb w magiczny sposób nagle znikał, gdy tylko Tymoteusz wkładał na szyję srebrny pektorał, który podarował mu osobiście sam arcybiskup metropolita poznański Grzegorz Pninewicz – jego rówieśnik, dobry przyjaciel i dawny współlokator w słynnym poznańskim Arcybiskupim Seminarium Duchownym. To właśnie tam, ponad czterdzieści lat temu pobierali wspólnie nauki przygotowujące ich do przyjęcia święceń kapłańskich. Teraz, stojąc przed lustrem i przyglądając się srebrnemu krzyżowi, Tymoteusz wspominał te piękne czasy, gdy grzech był jeszcze pojęciem abstrakcyjnym, którego granice należało zbadać, i dla własnego dobra, dla zwykłej wiedzy, tak bardzo niezbędnej w kapłańskim życiu, należało przekroczyć jądro ciemności, zerwać zakazany owoc poznania dobra i zła. Wiedział dobrze, że nigdy nie miałby odwagi tego dokonać, bez wsparcia swojego dobrego przyjaciela – jego płytki oddech i melodyjny szept potrafił rozpalić w nim prawdziwą namiętność i tęsknotę do Boga. Jakże cudna była taka nauka przez analogię – pomyślał – jakże namacalna była ta nasza teologia wyzwolenia, apofatyczne poznanie dobra, cnoty i świętości.
– Och, mój drogi Grzegorzu – rzekł półszeptem, kierując te słowa w stronę swojego lustrzanego sobowtóra – jakże tęsknie za twymi delikatnymi dłońmi i kojącym głosem…
Pewnie bardziej przenikliwi z was zaczęli w tym momencie kręcić nosem, a niektórzy zdołali już nawet obrzucać waszego niestrudzonego i nieskończenie uczciwego narratora wiązanką przekleństw. Pragnę was jednak uspokoić. Owe grzeszki Tymoteuszowe były jak ryba, która z czasem, wraz z każdym wspomnieniem o niej, zyskuje kolejne centymetry. Wbrew temu, co nasz bohater myślał o swojej przeszłości, z ręką na sercu mogę powiedzieć, że był on człowiekiem uczciwym i niezwykle cnotliwym. Jego wspomnienia czasów seminaryjnych były zaś osobliwą mieszanką zupełnie niewinnych zabaw, nigdy niezrealizowanych pragnień, snów przepełnionych organiczną wilgocią, które wspominał teraz z wstydliwą przyjemnością, oraz zwykłego, zdrowego podniecenia, które każdy z nas przeżywa, gdy spotyka się z kimś, kogo kocha się miłością platoniczną. Doprawdy daleko było tej dwójce do grzechu sodomii, a ich eksperymenty zawsze miały charakter czysto teoretyczny, i zawsze kończyły się na słowach i tylko słowach, chociaż przyznać trzeba szczerze, że wielce znaczące były to słowa.
Należy także oddać w tym miejscu sprawiedliwość naszemu bohaterowi, albowiem zaraz po przyjęciu święceń kapłańskich Tymoteusz postanowił uciec jak najdalej od swojego umiłowanego przyjaciela i kusiciela. Okazało się jednak, że obaj byli sobą tak bardzo nienasyceni, że z roku na rok ich wspomnienia stawały się coraz bardziej intensywne. W pewnym momencie Tymoteusz nie wytrzymał, i z jego inicjatywy rozpoczęli obszerną korespondencję, która trwała przez dobrych kilka lat, przyniosła niespodziewaną ulgę i doprowadziła w efekcie do ostatecznego pojednania tych duchowych kochanków. W końcu, kiedy Grzegorz awansował na stanowisko arcybiskupa, postanowił sprowadzić swojego zagubionego przyjaciela bliżej siebie i podarować mu probostwo w małym miasteczku leżącym w zasięgu jego archidiecezji. Od tego czasu, już od ponad dziesięciu lat, spotykają się regularnie raz w miesiącu, aby oddawać się wspólnej modlitwie, oraz długim, wieczornym rozmowom, które zwykli umilać sobie grą w szachy. Nigdy jednak nie rozmawiali o tamtych grzechach z przeszłości, jakby bali się, że najmniejsze ich wspomnienie może wywołać lawinę, której nic już nie zatrzyma.
* * *
W jadalni, pochylony nad talerzem płatków śniadaniowych, siedział ksiądz Jerzy – młody, ledwie trzydziestoletni diakon o posturze opryszka, którego nie chciałbyś drogi czytelniku spotkać w ciemnej uliczce.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Kawy?
– Na wieki, wieków amen. Poproszę – odpowiedział Tymoteusz, ruszając w stronę lodówki. Ksiądz Jerzy włączył ekspres i zaczął przyrządzać ten diabelsko czarny napar, który księża zwykli rozgrzeszać odrobiną mleka.
– Jak się się spało księże proboszczu?
– Bardzo dobrze, dziękuję. Czy ksiądz Mateusz już wstał?
– Razem z panem Michałem przygotowują świątynie na poranną mszę. Wszystko zgodnie z wczorajszymi zaleceniami.
Tymoteusz nalał sobie zimnego mleka do miseczki wypełnionej płatkami kukurydzianymi, oblanymi, jak głosiła reklama na opakowaniu, złocistym miodem, i usiadł naprzeciw księdza Jerzego, który podsunął mu pod nos aromatyczny napar. Zawsze lubił patrzeć na tego wysportowanego giganta. Czuł wówczas trwogę i podziwiał Boga, któremu udało się zmusić do uległości mężczyznę wyglądającego bardziej jak wojownik, niż duchowny. Ze względu na swoją niezwykłą łagodność kontrastującą z równie niezwykłą posturą, ksiądz Jerzy cieszył się ogromnym szacunkiem wśród młodzieży, dzięki czemu był znakomitym katechetą, być może najlepszym, jakiego Tymoteusz znał. Jerzy dorobił się nawet wśród swoich wychowanków pseudonimu Samson, który przylgnął do niego na stałe. Tymoteusz czuł się bezpieczny przy tym parafialnym Samsonie i codziennie dziękował Bogu, że młody diakon trafił właśnie tutaj, do Szremowa.
– Będziemy dziś mieli jakichś ministrantów?
– Prawdopodobnie przyjdzie ten blondynek od Bokowskiego oraz Janek Pośpieszalski. Msza jest w intencji jego dziadka, więc z pewnością jej nie opuści.
– Bardzo dobrze. Nim zadebiutujemy w niedzielę z nowym układem, musimy wszystko dobrze przećwiczyć. Szczególnie chłopcy zyskają na znaczeniu, ponieważ to oni dadzą ostateczny sygnał do rozpoczęcia mszy.
– Myślę, że na Janka można liczyć. To ogarnięty chłopak.
– Dokończy zatem śniadanie i bierzmy się do pracy.
Tutaj naszym czytelnikom należy się krótkie wyjaśnienie powyższego dialogu. Skorzystajmy zatem z chwili wytchnienia, dajmy tej dwójce posilić się w spokoju i powiedzmy sobie dokładnie, o co chodzi. Otóż doskonalenie procesu eucharystii od zawsze było ulubionym zajęciem księdza Tymoteusza. Był on zwolennikiem przywrócenia mistycyzmu i piękna tradycyjnej mszy świętej, o której tak wiele mówiło się za czasów pontyfikatu Benedykta XVI, wiec gdy tylko otrzymał własną parafię, natychmiast przystąpił do reżyserowania doskonałego przedstawienia, wprowadzając stopniowo dziesiątki z pozoru niewidocznych poprawek, które w ogólnym rozrachunku zmieniły wszystko. Każdy, nawet najmniejszy element musiał być dokładnie przemyślany i starannie opracowany, aby w każdej sekundzie czuć było dostojeństwo i trwogę. Śmiało można powiedzieć, że msze w jego wykonaniu, w ciągu kilku lat stały się niezwykłymi przedstawieniami pełnymi splendoru, i robiącymi piorunujące wrażenie na wiernych. Czegóż tu nie było? Chóry nastoletnich dziewczynek, dziesiątki rodzajów dzwonów i gongów, melodeklamacje, nowe stroje dla księży i ministrantów, oraz szczególnie umiłowane przez naszego bohatera kadzidła, których woń wypełniała całą świątynie. Wszystko to cieszyło niezmiernie naszego bohatera, toteż z wielkim smutkiem przyjął informację o wyborze Jezuity na tron papieski. Pontyfikat Franciszka przekreślał bowiem wszystkie jego dokonania w tej  materii. Trzeba było ograniczyć przepych i podkreślić prostotę – zlikwidować ozdoby, zmniejszyć ilość chórów, zrezygnować z długich interludiów, tak cudownie granych na kościelnych organach przez niezwykle uzdolnionego, młodego muzyka. Tymoteusz szybko jednak stwierdził, że nowe podejście to tak naprawdę nowe wyzwanie – w jaki sposób, przy minimum dostępnych środków osiągnąć maksimum piękna i dostojeństwa? Słusznie zauważył, że skromność i pokora to po prostu nowe nuty, które musiał opanować, aby dalej grać swoją rolę; nowe filary, wokół których musiał zbudować swój kościół. Oczywiście już miał całą głowę pełną pomysłów. Pierwszy z nich dotyczył samego początku mszy, a dokładniej pięciu minut przed jej rozpoczęciem. Chciał już w najbliższą niedzielę sprawdzić, jak ten pomysł zadziała, dlatego właśnie dziś zaplanował pierwszą próbę generalną.
– To będzie cudowne! – mówił do Samsona, gdy kierowali się w stronę świątyni – nikt nie odważy się siadać po wejściu do kościoła. Gdy tylko nas zobaczą, to od razu padną na kolana. Będą z pokorą wpatrywać się w ziemię, i bić w pierś, nim msza się rozpocznie.
* * *
Do wnętrza nieoświetlonej świątyni wpadały długie smugi pomarańczowego światła, podkreślone jeszcze mocniej przez kurz, który wzbił się w górę, gdy tylko kościelny – Michał Bokowski – otworzył ciężkie wrota. Do porannej mszy pozostało jeszcze jakieś piętnaście minut. Za dziesięć minut zaczną zbierać się pierwsi wierni, których liczba o tej godzinie zwykle nie przekracza kilkunastu. Na ostateczne przygotowania pozostało więc ledwie pięć minut. Kościelny Michał – chudy jak patyk i wysoki jak brzoza, zaczął zapalać świecie znajdujące się w okolicach prezbiterium. Michał był typowym, świeckim pracownikiem kościoła, który przez całe dzieciństwo służył do mszy jako ministrant, aż w końcu doczekał się zwykłego etatu, z normalną, comiesięczną wypłatą. Pełnił tutaj funkcję woźnego, pomocnika i złotej rączki, kiedy tylko jakiś złośliwa rzecz martwa odmawiała posługi. Był wprost stworzony do tej pracy: sumienny i pracowity, a zarazem skromny i małomówny, utrzymywał całą plebanię w fizycznej czystości, pozwalając Tymoteuszowi, Samsonowi i Mateuszowi zajmować się duchową stroną całego przedsięwzięcia. Michał nigdy na nic się nie skarżył, rzadko prosił księży o dodatkową pomoc, a w pracę na rzecz kościoła zaangażował nawet swoją żonę, która zastąpiła starą gosposię i codziennie gotowała wszystkim obiady, a także swojego synka – małego blondyna, który idąc w ślady ojca, zawsze o siódmej rano stawiał się w zakrystii, aby służyć Bogu i parafii jako jeden z kilkunastu ministrantów pełniących regularną posługę przed ołtarzem.
Sam kościół należał do jednych z najstarszych w okolicy. Ilość miejsc siedzących w głównej części obliczona była na zaledwie dwieście osób. Do tego dodatkowe pięćdziesiąt osób zajmowało otaczające świątynie tarasy, które pierwotnie przeznaczone były dla szlachty i mnisich chórów. Surowy wystrój zdradzał klasztorne pochodzenie budynku, i rzeczywiście, nim miasto w trakcie swojej kilkusetletniej rozbudowy dotarło do tego miejsca i wchłonęło całą okolicę, znajdował się tu kompleks klasztorny, z którego dziś ostała się jedynie świątynia. Stare, dębowe ławki wymagały już od dawna odświeżenia, zresztą tak, jak i drewniana, nierówna podłoga oraz sypiący się sufit. Tymoteusz jednak unikał tych napraw, wciąż tłumacząc się, że istnieją ważniejsze sprawy. Ławki przystrajał tymczasowo w koronkowe ozdoby, a podłogę nakrywał podarowanymi mu dywanami. Ogromne organy znajdujące się za plecami wiernych otoczone były rusztowaniem już od ponad dwóch lat, więc wszystko sprawiało wrażenie, jakby wciąż trwały tu prace remontowe. Ksiądz Tymoteusz nauczył się tej sztuczki od proboszcza pewnej ogromnej parafii w Bieszczadach, gdzie terminował swego czasu jako diakon. Idea permanentnego remontu świetnie działała na wiernych i ich portfele. W skrócie, polegało to na utrzymywaniu kościoła w stanie ciągłych prac remontowych, które należało nieustannie przeciągać w miarę możliwości. Po wyremontowaniu jednego elementu, należało zacząć remont kolejnego, ważne jednak było to, aby prace remontowe odbywały się na oczach wiernych. W tym celu pomagały właśnie rusztowania i pozostawianie prac wyraźnie nieukończonych. Świetnym przykładem tej metody był jeden z tarasów, którego balustrada pękła trzy lata temu i trzeba było poddać ją renowacji, na którą jak zwykle nie starczyło pieniędzy. Do dziś taras wciąż nie został pomalowany, strasząc wiernych szarym i szorstkim betonem, a z górnej części wystają stalowe zbrojenia, które Tymoteusz kazał przyozdobić sztucznymi kwiatami. Drewniane obicia tarasu, z pięknymi, zdobionymi ornamentami, leżą wciąż w piwnicy plebani, czekając, aż zakończy się renowacja organów kościelnych. A jeśli któryś z wiernych zapyta się o stan prac nad tarasem, ksiądz proboszcz szybko odpowiada, że aktualne rozwiązanie jest tylko i wyłącznie rozwiązaniem prowizorycznym, a na właściwy remont wciąż potrzeba dodatkowych funduszy, i oczywiście ma zamiar się za to zabrać, kiedy tylko zakończy renowację organów.
W całym kościele, jedynie drewniany Jezus wiszący nad ołtarzem, poddawany był regularnej konserwacji, jednak na to ksiądz Tymoteusz nie miał już żadnego wpływu. Była to lokalna tradycja tak stara, jak mury tej świątyni. Naturalnej wielkości krucyfiks powstał prawdopodobnie w czasach oświecenia, kiedy zaczęto przywiązywać niezwykłą uwagą do wszystkich szczegółów anatomicznych. Piękne, dębowe ciało Jezusa prezentowało się dzięki temu wspaniale. Każdy mięsień był zarysowany z niezwykłą pieczołowitością, każde ścięgno było wiernie oddane. Tymoteusz zdawał sobie doskonale sprawę, że z takimi krucyfiksami zawsze wiązała się historia jakiegoś biedaka, najczęściej zwykłego bluźniercy skazanego na stos, który będąc jeszcze żyw, służył włoskiemu rzeźbiarzowi za wzór. Ten, uwieczniony w drewnie nieszczęśnik, pomimo swojego lichego wzrostu, był bardzo dobrze zbudowany i cudownie umięśniony. Nawet Samson zerkał czasem na jego ciało z pewnego rodzaju zazdrością.
Raz do roku, w Wielki Czwartek, Jezus był ściągany z krzyża i składany w symbolicznym grobie stawianym na środku kościoła. Wieczorem, krótko przed zachodem słońca, w świątyni pojawiały się zakonnice ze słynnego żeńskiego klasztoru Klarysek, znajdującego się na drugim końcu miasta. Mniszki przynosiły ze sobą wonne olejki i przystępowały do ostatniego namaszczenia, które trwało aż do wschodu słońca. W tym czasie nikt, poza zakonnicami, nie miał wstępu do kościoła, jednak Tymoteusz od kilkunastu lat miał w zwyczaju zakradać się na jeden z nieoświetlonych tarasów, aby w ukryciu obserwować pracujące i wznoszące modły kobiety. Z początku nie mógł się otrząsnąć z szoku, jaki wywołał na nim widok obrzędu, z czasem jednak uzależnił się od jego oglądania, i co roku czekał z niecierpliwością na tę niezwykłą chwilę.
Cóż takiego robiły w tym czasie mniszki? Jak wyglądał obrzęd, którego tradycja liczyła sobie prawdopodobnie ponad dwieście lat, jak nie więcej? Muszę tutaj ostrzec mniej wrażliwego czytelnika i polecić mu, aby opuścił sobie kolejny akapit, albo lepiej całe to bluźniercze opowiadanie. Mój drogi, oburzony czytelniku, możesz na mnie bluzgać, pluć w monitor, bić w klawiaturę, rzucać klątwy i mi złorzeczyć – nic nie szkodzi – ja się nie obrażę. Jeśli jednak nie bierzesz sobie moich ostrzeżeń do serca to wiedz, że nie odpowiadam za twoje odczucia względem tej opowieści, albowiem zostałeś wyraźnie ostrzeżony. Jeśli jednak obrażają cię te słowa, jeśli sądzisz, że to wszystko łgarstwo, złorzeczenie i pewnego rodzaju prześladowanie, to wiedz, że według słów samego Jezusa wypowiedzianych w Kazaniu na górze, jesteś w tym monecie błogosławiony, a nie urażony. Zapewniam cie jednak, że obrażanie kogokolwiek nie jest moją intencją. Ja pragnę tylko opowiedzieć wam historię księdza Tymoteusza, który jest przecież zwykłym człowiekiem, i jak każdy człowiek, może w końcu ulec jakimś naturalnym, ludzkim pokusom, czy też dziwacznym obsesjom.
Otóż wyobraźcie sobie kościół oświetlony tylko kilkoma świecami, wypełniony dymem z kadzidła i przepięknym żeńskim śpiewem. Wyobraźcie sobie drobne dłonie, które obsesyjnie masują umięśnione ciało Chrystusa. W trakcie tego procesu, który z pewnością doskonale konserwował drewno, na ich twarzach zawsze pojawiał się grymas podniecenia, a około północy, kiedy wciąż narastający śpiew osiągał apogeum, ciała zakonnic opanowywały ekstatyczne spazmy przerywane cichymi jęknięciami całkowicie ginącymi w dźwiękach modlitwy. Był to ten niezwykły rodzaj uświęconego orgazmu, który atakuje całe ciało bez potrzeby wcześniejszego dotykania się w miejscach nieprzyzwoitych. Ksiądz Tymoteusz doskonale znał to uczucie, albowiem już wielokrotnie, w trakcie gdy przyglądał się temu obrzędowi, było mu dane doznać tego błogosławieństwa. Wystarczyło, że wpatrywał się w umięśnione ciało Jezusa dostatecznie długo, aby po jakimś czasie doznać niezwykłej łaski, i w cudowny sposób samemu poczuć na sobie delikatne dłonie mniszek. Czy widział w tym coś złego lub zdrożnego? W żadnym wypadku. Według naszego bohatera, i pewnie też według tych zakonnic, był to prawdziwy cud, który sam Pan zsyłał im jako podziękowanie za rok wiernej służby; ich osobisty cud, o którym nigdy nie ośmielili się nikomu wspominać. Prawdziwie przyjemna, uświęcona milczeniem tajemnica…
Teraz, ten drewniany Jezus wisiał na swoim miejscu i spoglądał na trzech kapłanów pełniących posługę w kościele pod wezwaniem Świętej Joanny Klaryski z Szremowa. Kościelny Michał stał przy zamkniętych drzwiach, czekając na sygnał od proboszcza. Samson tłumaczył ministrantom, co mają robić.
– Stoicie odwróceni plecami do ołtarza. Ty Będziesz śpiewał cały czas w kółko Veni Sancte Spiritus – zwrócił się do młodszego – a ty Janku – odezwał się do drugiego chłopca, wpatrzonego w niego jak w obrazek – będziesz włączał się co drugą strofę i śpiewał razem z nim. Będziesz także pilnował godziny. Dokładnie trzy minuty po siódmej lekko szturchniesz go w ramię. To będzie znaczyło, że ma odśpiewać Veni Sancte Spiritus ostatni raz. W tym czasie weźmiesz gong i uderzysz w niego trzy razy w odstępach co dwie sekundy, jak na baranku. Zrozumiano? – Chłopcy pokiwali głową twierdząco.
– Kiedy ruszymy w stronę ołtarza, wtedy odwrócicie się w naszą stronę – dodał proboszcz Tymoteusz zerkając jednocześnie na zegarek – a więc do dzieła – machnął ręką w stronę kościelnego Michała, i położył się na podłodze tuż przed prezbiterium. Po jego lewej i prawej stronie, dwa metry niżej, położyli się Samson i  ksiądz Mateusz – wszyscy brzuchem do ziemi, z rękoma rozłożonymi na boki i głowami zwróconymi w stronę ołtarza. Tymoteusz widział coś takiego w pewnym starym, polskim filmie opowiadającym o zakonnicy opętanej przez siedem demonów, i bardzo mu się ten układ spodobał. Trzy żywe krzyże układające się w trójkąt, którego on sam był wierzchołkiem, leżały teraz przed ołtarzem, oddając cześć Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu. Było w tym układzie niezwykłe dostojeństwo, które tak bardzo pragnął uzyskać, połączone dodatkowo i wspaniale komponujące się z franciszkańską pokorą, która stała się wizytówką pontyfikatu nowego papieża. A gdy tylko ministranci zaczęli śpiewać, i ich wysokie, altowe głosiki, pełne niewinności i oddania, wypełniły całą świątynie, wtedy właśnie ksiądz Tymoteusz poczuł się spełniony. W sobotę – pomyślał – podczas spotkania organizacyjnego, Samson nauczy ich innej, o wiele bardziej skomplikowanej, łacińskiej pieśni, jednak nawet teraz, z prostym Veni Sancte Spiritus, czuć tę niezwykle podniosłą atmosferę, o którą właśnie mi chodziło!
Do kościoła nieśmiało weszły cztery szlachetnie pomarszczone staruszki, z twarzami zasłoniętymi kolorowymi chustami, kupionymi prawdopodobnie w tym samym sklepie, na tej samej pielgrzymce. Najwyższa, chuda jak szkapa z noweli Konopnickiej, podpierała się na kulach. Dwie tęgie, wyglądające na bliźniaczki, sapiące nawet ze zmęczenia w ten sam sposób, asekurowały ją z obu stron. Czwarta niczym się nie wyróżniała – zupełnie, jakby Bogu zabrakło pomysłów na wypełnienie jej osobowości, i postanowił stworzyć ją tak bardzo zwyczajną, że zawsze ginęła w tłumie jak kameleonem pośród liści (pod tym względem przypominała troszkę księdza Mateusza, którego twarz nie wyłoniła się jeszcze z plątaniny akapitów stanowiących budulec tej powieści. Możliwe nawet, że była z nim jakoś spokrewniona). Z początku nie bardzo wiedziały, co się dzieje. Pewnie pomyślały sobie, że trafiły na jakąś nadzwyczajną uroczystość pokutną przeznaczoną tylko dla księży, więc zatrzymały się w drzwiach, zastanawiając się, cóż czynić. Michał zareagował natychmiast i zachęcającym gestem zaprosił je do środka. Do godziny siódmej kościół wypełnił się jeszcze siedmioma osobami. Pojawiła się między innymi Lewandowska, ledwie czterdziestoletnia dewotka, która kilka lat temu straciła męża i popadła w lekki obłęd. Zjawiło się małżeństwo Rogowiejskich, jak zwykle dzielnie i z iście królewską godnością walczące ze starością. Pojawiło się także kilka osób, których Michał wcześniej nie widział – prawdopodobnie krewni biedaka, w którego intencji przeprowadzona będzie dzisiejsza msza. Wszyscy mieli zaszczyt jako pierwsi ujrzeć nowy układ rozpoczynający mszę, i wszyscy, dokładnie tak, jak przewidział Tymoteusz, widząc księży leżących na podłodze, nie ośmielili się usiąść w kościelnych ławach, zamiast tego padli na kolana i pochylili głowy, aby w zadumie oddać się modlitwie, której towarzyszyła łacińska pieśń w wykonaniu młodych cherubinków.
Nie wszystko jednak odpowiadało Tymoteuszowi. Po jakimś czasie zaczął dostrzegać pierwsze niedogodności związane z tym układem. Trzynaście minut na zimnej podłodze – pomyślał – może zaszkodzić mojemu już dostatecznie nadwyrężonemu zdrowiu. Trzeba się zastanowić, czy gra jest warta świeczki. Może wystarczy ubrać się cieplej? Ale czyż później nie spocę się za bardzo w trakcie odprawiania mszy? Nagle przypomniał sobie o elektrycznym kocu, który dostał kilkanaście lat temu od swojej świętej pamięci matki. Dziś kocyk jest już poszarpany i zniszczony, jednak stalowe grzałki znajdujące się w jego wnętrzu wciąż działają i mogą grzać, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. W dodatku, dokładnie pod nim, znajdował się stary węzeł elektryczny, który naprawiali trzy lata temu. Przypomniał sobie, że ubytek powstały w trakcie próby dostania się do tego węzła, wypełniono wtedy dwoma centymetrami gipsu. Gdyby teraz pozbyć się tej zaprawy, można by umieścić pod deskami ten jego kocyk lub same grzałki. Chciał jak najszybciej powiedzieć o tym Michałowi, aby zrealizować ten pomysł jeszcze przed Adwentem.
Z tych przemyśleń wyrwało go mocne uderzenie w gong, które sygnalizowało początek mszy. Proboszcz Tymoteusz wstał i przyklęknął na prawym kolanie, czekając na drugie uderzenie. Przy trzecim gongu przeżegnał się i wstał. Ksiądz Mateusz i ksiądz Jerzy zwany Samsonem, ruszyli w stronę ołtarza, obchodząc go odpowiednio z lewej i prawej strony, zaś Tymoteusz ruszył do przodu. Wszyscy śpiewali „Pod twą opiekę…” W niedzielę – pomyślał – dokładnie w tym momencie, rozlegnie się dźwięk organów, który nada tej pieśni więcej dostojności. Gdy już znalazł się przed ołtarzem, Samson i Mateusz pomogli mu włożyć jedwabny ornat zdobiony złotymi i zielonymi nićmi układającymi się w coś w rodzaju pnączy. Oczywiście z tego przystrojenia własnej osoby zrobił kolejny piękny rytuał, zwiększający wrażenie niezwykłej pokory kapłana, który dopiero przed ołtarzem wkłada zdobiony strój, a na co dzień ubiera się tak skromnie, jak tylko stanowisko mu na to pozwala. I chociaż szkoda było Tymoteuszowi tych wszystkich pięknych szat wypełniających kościelne szafy, to dostrzegał pozytywne strony wszystkich zmian, które powoli wprowadzał. Jedną z nich będzie z pewnością zwiększony ogólny dochód. Kościół ubogi, przy takich samych wpływach, oznaczał znacznie więcej pieniędzy w jego prywatnej kieszeni. Już od kilku lat miał zamiar pozbyć się swojego wielkiego, używanego samochodu marki Audi, którego odkupił od swojego dobrego przyjaciela, arcybiskupa Pninewicza. Oczywiście teraz będzie musiał zdecydować się na coś zdecydowanie skromniejszego. Myślał o małym, pięciodrzwiowy Fiacie Punto, jednak tym razem, pierwszy raz w życiu, pragnął wybrać sobie całkowicie nowy samochód, prosto z pachnącego, markowego salonu, oczywiście z pełnym wyposażeniem i gwarancją producenta.
I znów widzę oczyma wyobraźni oburzonych czytelników, kręcących nosem nad takim stereotypowym przedstawieniem chciwości proboszcza Tymoteusza, chociaż i tak pewnie zdecydowanie mniej ich jest, niż wtedy, gdy opisywałem coroczny obrzęd namaszczenia ciała Jezusa. Apeluję do was po raz kolejny: opamiętajcie się! Źle postrzegacie intencję naszego bohatera! Planowana przez niego Zmiana samochodu jest przecież konieczna! Wielkie Audi powoli zaczyna się rozlatywać, poza tym ksiądz jeżdżący tak ogromnym wozem daje zły przykład wiernym, i pośrednio sprawia, że kościół postrzegany jest jako legowiska chciwych kapłanów, otaczających się złotem i luksusami. Poza tym inwestycja właśnie w nowy, a nie w używany samochód, jest czysto pragmatyczna. Mniej problemów z naprawami i przeglądami, całkowita pewność, że wóz jest sprawny i dojedzie tam, gdzie będzie trzeba dojechać, to wszystko są prawdziwe, długoterminowe oszczędności! Może troszkę nie na miejscu jest to pełne wyposażenie, o którym myślał Tymoteusz, jednak powiedzmy sobie szczerze, że po przejściu z nawet średnio luksusowej limuzyny marki Audi do małego, miejskiego Fiata, nawet najpełniejsze i najnowocześniejsze wyposażenie może się wydać niemalże ascetyczne. Mam nadzieję, że to rozumiecie, a moja dygresja jest zbędna. Poczyniłem ją jednak, ponieważ wciąż obawiam się, że część z was całkowicie zignorowała moje ostrzeżenia, i wciąż znajdują się tutaj czytelnicy święcie urażeni moimi słowami, którzy dalej, wbrew mim ostrzeżeniom, brną wgłąb tej historii. Jeśli mam rację, to powinienem zacząć obawiać się o wasze zdrowie psychiczne, które runie, gdy już skończycie czytać to okropne i bluźniercze opowiadanie. Całe szczęście nie wątpię w waszą zdolność do przebaczania i to słynne, nieskończone miłosierdzie, więc wcale nie muszę bać się o własne życie, i mogę z czystym sumieniem kontynuować moją opowieść.
* * *
Tak więc, krótko po porannej mszy, księża spotkali się w zakrystii. Odprawili szybko ministrantów, wcześniej chwaląc ich za śpiew i dopisując do książeczki kolejne parafialne punkty, które chłopcy zbierali przez cały rok, aby później wymienić je na specjalne nagrody, takie jak między innymi: obozy integracyjne, wycieczki krajoznawcze, pielgrzymki, czy też drobne upominki bożonarodzeniowe. Dodatkowo, pewnego rodzaju wisienką na torcie była niezwykle dochodowa możliwość udziału w corocznej wizycie duszpasterskiej, zwanej potocznie kolędą (dopuszczani do niej byli tylko ci ministranci, którzy zdobyli łącznie najwięcej punktów). Parafialny system punktowy wymyślony przez Tymoteusza był jego wielką dumą i osobistym sukcesem. Parafia świętej Joanny, jako jedyna w całej metropolii, mogła pochwalić się minimalnym wzrostem liczby ministrantów na przestrzeni ostatnich trzech lat. Inne parafie notowały rokrocznie ciągłe spadki, a w najlepszym przypadku utrzymywały stałą liczbę młodych chłopców chętnych do posługi przy ołtarzu, na poziomie z lat poprzednich.
– A więc, co sądzicie? – zapytał w końcu proboszcz, rozsiadając się wygodnie za biurkiem, przy którym zwykł przyjmować interesantów.
– Myślę, że jak wszystko dobrze zsynchronizujemy, to będzie z tego bardzo dobry i mocny początek mszy – odparł Samson, jednocześnie drapiąc się po karku, jak to miał w zwyczaju robić, gdy ktoś pytał się go o zdanie. – Jak u Hitchcocka! – dodał po chwili namysłu – Najpierw moralne trzęsienie ziemi, a później emocje już tylko rosną.
– Arcygenialny zabieg. Naprawdę, jestem pod ogromnym wrażeniem – rozległ się zachrypnięty głos kościelnego Michała, który akurat wszedł do zakrystii i oparł się o ścianę. – Szczególnie te dzieciaki śpiewające po łacinie, bez akompaniamentu organów, robią ogromne wrażenie. Nikt z przybyłych nie odważył się usiąść. Wszyscy padli na kolana dokładnie tak, jak ksiądz proboszcz przewidział – dokończył wychodząc z cienia i podchodząc do biurka. Tymoteusz zawsze liczył się ze zdaniem Michała, który potrafił krytycznie wypowiedzieć się o wszelkich zmianach, gdy wymagały one konstruktywnej krytyki. W dodatku Michał nigdy nie odzywał się niepytany, chyba, że coś wywarło na nim ogromne wrażenie, lub gdy okazywało się być całkowitą porażką.
– Doskonale! – odparł, pocierając dłońmi – zatem postanowione. Uroczysta premiera w niedzielę. A teraz wracamy do codziennych zajęć, według ustalonego wczoraj planu. Każdy wie co robić? Zatem idźcie z Bogiem!
Samson wstał, przeżegnał się i ruszył w kierunku drzwi, za którymi czekał już na niego rower. Za kilka godzin miał mieć pierwsze zajęcia, przed którymi zwykł przesiadywać w miejskiej bibliotece. Kościelny Michał chwycił wcześniej przygotowaną skrzynkę z narzędziami i poszedł coś naprawiać. Jedynie ksiądz Mateusz pozostał na swoim miejscu. Wpatrzony w Tymoteusza, czekał chyba na jakąś reakcję, czy też zachętę z jego strony, Tymoteusz jednak całkowicie go ignorował. Nasz bohater nie przepadał za Mateuszem. Zawsze powtarzał, że ksiądz powinien mieć charakter, a Mateusz był go całkowicie pozbawiony. Zupełnie, jakby był jakąś drugo, a nawet trzecioplanową postacią, dla której opisu nawet najbardziej skrupulatny narrator nie poświęcił ani jednego zdania.
Mateusz był nijaki; był jakby wypadkową wszystkich mężczyzn, jakich kiedykolwiek Tymoteusz widział na oczy. Nie miał nawet sprecyzowanego koloru włosów ani określonej ich długości. Raz w słońcu, w trakcie jakiegoś pogrzebu, wydawały się być złociste, jak zborze targane wiatrem, to znów w kościele, kiedy podawał mu hostię, stawały się całkowicie czarne i krótkie, jak u wojskowego na przepustce. Mateusz cechował się także zupełnie zwyczajną budową ciała, zwyczajnym uśmiechem, zwyczajnymi i niczym niewyróżniającymi się rzęsami i równie zwyczajnymi brwiami. Żadnego pieprzyka, żadnej nierówności na twarzy, żadnej blizny – zupełnie nic, jakby był jakimś duchem, czy też platońską ideą człowieka zwyczajnego; uśrednionym bytem, posiadającym uśredniony wygląd i uśrednioną osobowość. Paradoksalnie, to właśnie ta nijakość wyróżniała Mateusza na tle innych. Spośród tysięcy wykrzywionych i pomarszczonych gęb, gdzieś w kolorowym, bezimiennym tłumie, jedynie ta Mateuszowa morda wydawała się być szczera, i uczciwa, mimo swej nijakości i odpychającej wręcz pospolitości. Ksiądz Mateusz pełen był tego rodzaju paradoksów.
– Miałem sen… – zaczął głosem tak beznamiętnym, że Tymoteusz nawet na niego nie spojrzał. – Przybyli z muzeum ludzie od ochrony zabytków, archeolodzy i dziennikarze. Chcieli zlikwidować obraz naszej świętej patronki. Zniszczyć go, zatopić w kwasie, aby zdjąć wierzchnią warstwę farby, pod którą ukryty był fragment zaginionego tryptyku autorstwa Hieronima Bosha.
Na wspomnienie nazwiska słynnego malarza, Tymoteusz jakby się rozbudził.
– Czego dotyczył ten tryptyk? – zapytał.
– Pokus cielesnych. – Mateusz odparł półszeptem.
– A dokładniej? Wiesz może, co ten obraz przedstawiał?
Mateusz rozejrzał się dookoła, chcąc się upewnić, czy przypadkiem ktoś ich nie podsłuchuje, po czym pochylił się konspiracyjnie w kierunku proboszcza.
– Przedstawiał… Dziesiątki nagich zakonnic… To znaczy, nie do końca nagich – poprawił się szybko – z welonami na głowach. Wszystkie one miały czarno-białe welony na głowach, jak siostry Klaryski. Wszystkie spółkowały z mężczyzną, który miał nad głową aureolę wykonaną z… – głos jego się załamał. Widać było wyraźnie, że słowa te z trudnością przechodzą mu przez gardło. Tymoteusz gestem dłoni zachęcił go, aby kontynuował. – Aureolę wykonaną z różowych, dmuchanych ko…ko…  – zająknął się, przełknął ślinę i spojrzał prosto w oczy swojego przełożonego.
– Z dmuchanych, różowych? Z czego? Na Boga! Mateuszu! Wyduś to z siebie wreszcie!
– Kondomów… – powiedział w końcu, i przyniosło mu to wyraźną ulgę. Proboszcz Tymoteusz oparł się na fotelu i spojrzał podejrzliwie na swojego podopiecznego. Czy to możliwe – pomyślał – aby ten chłopak w jakiś sposób dowiedział się o całej sprawie z zakonnicami? A jeśli tak, to dlaczego postanowił mu powiedzieć o tym dopiero teraz, ponad pięć miesięcy po Wielkanocy?
– To niedorzeczność – odezwał się po chwili namysłu – powinniście się wstydzić za swoje sny. Tryptyk taki nie istnieje i pewnie nigdy nie istniał. A nawet jeśli, to w XV wieku nie było gumowych kondomów. To wymysł waszej grzesznej wyobraźni, nic poza tym!
Mateusz poczerwieniał i wbił wzrok z podłogę. Proboszcz zmrużył złowrogo oczy i splótł ze sobą dłonie, zastanawiając się, cóż takiego z nim uczynić.
– Mieliście wzwód?
Mateusz poderwał się z miejsca, jak rażony piorunem.
– Ja? Wzwód? Broń Boże! Nie mogłem go mieć! Nie! Chociaż… – głos mu się załamał – może był mały, taki nieznaczny. Nie dotykałem się tam, nie sprawdzałem, więc trudno mi określić…
– Na wszelki wypadek, jako pokutę, będziesz przez cały tydzień odprawiał różaniec dwa razy dziennie. Zastąpisz mnie także w biurze parafialnym, między dziesiątą a piętnastą.
– Do jedenastej trzydzieści mam katechezę w podstawówce.
– Zatem od dwunastej. A teraz zmykaj już, udzielam ci rozgrzeszenia. W imię Ojca i Syna i Ducha świętego Amen.
– Amen. Dziękuję.
Ksiądz Mateusz zerwał się z krzesła, ukłonił się, i w pośpiechu opuścił zakrystię, pozostawiając proboszcza Tymoteusza z jego własnymi myślami. Dzień dopiero się zaczynał, a nasz bohater miał poczucie całkowitego spełnienia, jakby zrobił już wszystko, co należało dziś zrobić. Oparł się więc wygodnie na fotelu, wyjął z biurka książkę i pogrążył się w lekturze.
* * *
Ostatnia niedziela września była nierealnie piękna. Błękitne niebo ozdobione kłębiastymi chmurami wyglądało, jak malowane. Uśmiechnięci wierni kierowali się bez pospiechu w stronę kościoła, i można było odnieść wrażenie, jakby czas stanął w miejscu. Pomimo tłumów, w świątyni nie było wcale słychać gwaru. Chór ministrantów śpiewał przepiękny Psalm 50 – Miserere Mei, Deus, a ich głos odbijał się od ścian świątyni i zdawało się, że trafiał bezpośrednio do ludzkich dusz. Śpiewali bezbłędnie. Zupełnie, jakby od kołyski uczyli się łaciny.
Miserere mei, Deus, secundum magnam misericordiam tuam.
 Et secundum multitudinem miserationum tuarum, dele iniquiatatem meam
(Zmiłuj się nade mną, Boże, w swojej łaskawości,
w ogromie swego miłosierdzia wymaż moją nieprawość!)
Tymoteusz, Samson i Mateusz, trzy krzyże, trzy kamienie węgielne dzięki którym ta świątynia wciąż stała, leżeli przed ołtarzem z rozłożonymi rękoma, dokładnie tak, jak to ćwiczyli dwa dni temu. Było im dziś dziwnie lekko, ciepło i wygodnie, zupełnie, jakby ich gorliwa wiara pokonała twardość podłogi, czyniąc ją podobną miękkiej pościeli. Tymoteusz pomyślał, że po wszystkim będzie musiał pochwalić Samsona za wzorowe przygotowanie ministrantów. Śpiewali zupełnie tak jakby duch święty zstąpił i natchnął ich darem mowy podobnym do tego, jaki zesłał swego czasu apostołom.
Amplius lava me ab iniquitate mea:
et a peccatto meo munda me.
(Obmyj mnie zupełnie z mojej winy
i oczyść mnie z grzechu mojego!).
Wierni padali na kolana, i nikt nie odważył się powiedzieć ni słowa. Niektórzy, na widok tak wielkiego świadectwa wiary, zaczęli bić się w pierś. Część wlepiała wzrok w podłogę, jakby przygwożdżeni ciężarem swych grzechów, nie byli godni spojrzeć na ołtarz i leżących pod nim księży. Inni wznosili w górę złożone dłonie, dziękując Bogu za cud, którego mogli być dziś świadkiem. Ksiądz Tymoteusz poczuł nagle rozpalającą go dumę. Gorąco przenikało całe jego ciało, a źródłem tego ciepła była drewniana podłoga, na której leżał. W pewnym momencie proboszcz poczuł także zupełnie niespodziewanie zapach kadzidła, co bardzo go zdziwiło, ponieważ wyraźnie zarządził, aby odpalać kadzidło tylko raz na mszę, i to dopiero w momencie podniesienia hostii. Chciał podnieść głowę, aby ujrzeć, który z ministrantów się zapomniał, jednak jakaś niewidoczna siła trzymała go mocno tuż przy samej ziemi. Chór ministrantów przystąpił do śpiewania wspólnie jego ulubionego fragmentu, i wtedy Tymoteusz poczuł, że ciepło zamieniło się w wyraźne gorąco, które zaczynało go powoli parzyć.
Quoniam iniquitatem meam ego cognosco:
et peccatum meum contra me est semper.
(Uznaję bowiem moją nieprawość,
a grzech mój jest zawsze przede mną)
W świątyni rozległ się wrzask przerażonych wiernych. Szata proboszcza Tymoteusza stanęła nagle w płomieniach, a deski poczerniały, jakby tuż pod nim rozwarły się wrota piekielne. Samson zdarł z siebie szaty chcąc zadusić ogień, jednak gdy rzucił się na płomienie, Tymoteusz poderwał się i uciekł, kierując się w stronę ołtarza. Teraz, gdy padał na kolanach tuż przed obliczem drewnianego Jezusa, całe jego ciało płonęło ogniem tak potężnym, że nikt nie był w stanie podejść do niego na odległość choćby kilku metrów. Najdziwniejsze jednak było to, że przez ten cały czas ministranci ani na chwilę nie przerwali śpiewu.
Tibi soli peccavi, et malum coram te feci:
ut justificeris in sermonibus tuis, et vincas cum judicaris.
(Tylko przeciw Tobie zgrzeszyłem i uczyniłem, co złe jest przed Tobą,
tak że się okazujesz sprawiedliwym w swym wyroku i prawym w swoim osądzie)
Głos ich unosił się ponad krzykami przerażonych ludzi, i niczym trąby jerychońskie, kruszył mury świątyni. W jedną, krótką chwilę, cały kościół zaczął rozpadać się na maleńkie kawałki, odsłaniając ukryty za murami mechanizm starego zegarka. Dzwony waliły z całych sił, obwieszczając tym samym nowy dzień.
* * *
Tymoteusz zerwał się łóżka cały spocony, wyjąc z bólu i przerażenia. Szybko zrzucił z siebie kołdrę i zaczął klepać się po nagim ciele, próbując zagasić urojone płomienie. I chociaż cały był rozpalony, to jednak nie płonął. A więc po prostu zły sen? – pomyślał i odetchnął z ulgą, i w tym samym momencie uświadomił sobie, że od jakiegoś już czasu, ktoś dobija się do drzwi.
– Kto tam? Co się stało? – Zawołał.
– To tylko my! Słyszeliśmy jakieś krzyki. Wszystko w porządku? – Zza drzwi rozległ się zupełnie nijaki głos.
– W porządku. Nic mi nie jest – odparł siadając na skraju łóżka.
– Ksiądz proboszcz zaspał na poranną mszę. Odprawiliśmy ją bez księdza proboszcza. Jest już pół do dziewiątej. Proszę zejść, przygotowaliśmy księdzu śniadanie.
– Zaraz zejdę i do was dołączę! – odpowiedział, przecierając oczy i rozglądając się po pokoju. Na stoliku nocnym stał zegarek, którego nieruchome wskazówki pokazywały godzinę szóstą. Tymoteusz chwycił zegarek i potrząsnął nim mocno, aby zmusić go do działania. W tym momencie, czekający w nieznośnym napięciu, skorodowały mechanizm zazgrzytał przeraźliwie, po czym zwyczajnie pękł. Jedna ze sprężyn wyskoczyła z wnętrza, niszcząc papierową tarczę, a wskazówka minutowa opadła bezwładnie na sam dół.
– Szlag by to – Tymoteusz zaklął, jak najlepiej potrafił i cisnął zegarkiem o tapczan. Nie doszukiwał się w tym jeszcze jakiegoś większego, boskiego planu, a przecież dobrze wiecie moi drodzy czytelnicy, że powinien był…
Przemysław Pinczak © 2013