Ostanie zlecenie braci Sisters – recenzja fabularyzowana

Posted by in Blog, książki, recenzja

Siedział naprzeciw mnie i niemalże pożerał sałatę z dodatkiem smażonej marchewki – danie zupełnie nieprzystające do jego postury. Pomimo złej sławy ciągnącej się za nim i jego bratem, wyglądał bardzo niepozornie. Rzekłbym nawet, że sprawiał wrażenie niezdarnego. Ot, zwykły, pucułowaty osiłek z niewinnym uśmiechem na ustach.
– Czy to jakiś rodzaj diety? – Zapytałem, aby jakoś zacząć naszą rozmowę.
– Nie twój interes – odparł, mierząc mnie niespodziewanie złowrogim spojrzeniem. Przełknąłem głośno ślinę i wytarłem rękawem spocone czoło. Wiedziałem, że z braćmi Sisters nie ma żartów.
Kiedy Eli skończył swój posiłek, oparł się wygodnie i bez żadnego ponaglania z mojej strony, zaczął opowiadać o swojej pracy. Mówił językiem prostym, czasem miałem nawet wrażenie, że aż nazbyt prostym. Szybko jednak uświadomiłem sobie, że to ja po prostu zbyt wiele od niego oczekiwałem. Miałem nadzieję usłyszeć jakiś oryginalny dialekt pełen soczystych określeń typowych tylko dla tej niesławnej profesji. Liczyłem też na masę historii o spektakularnych strzelaninach i bohaterskich pojedynkach w samo południe. Zamiast tego, ten słynny zabójca snuł swoją niespodziewanie zwyczajną opowieść lekko i bez pośpiechu, skupiając się na rzeczach z pozoru błahych i nic nieznaczących.
Przypomniałem sobie historię innych słynnych braci, którzy byli synonimem prawdziwego męstwa i kwintesencją dzikiego zachodu, a skończyli zastrzeleni przez jednookiego starca i małą dziewczynkę. Powiedziałem o tym mojemu rozmówcy.
– Tak. Rzeczywistość jest bezlitosna – odparł, patrząc mi prosto w oczy – nie ma w niej ani grama poezji. Chlelibyśmy słuchać tylko o strzelaninach i rewolwerach wyciąganych z kabury w pół sekundy, a tak naprawdę większość z tych bohaterów dzikiego zachodu kończy gdzieś w rowie ze skręconym karkiem, lub gnijącą ręką, której cyrulik nie zdołał uciąć na czas. Kojarzysz Krwawego Sama?
Pokiwałem przecząco głową.
– Jeździł kiedyś w okolicach Meksyku ze swoją dziką bandą i plądrował pociągi. To była prawdziwa legenda! Mówiło się, że najlepiej strzela, kiedy jest kompletnie zalany tanią Brendy. Był tak sprytny, że wykiwał pół Meksyku i Amerykańską armię, a wiesz, jak skończył?
Nie czekał na moją odpowiedź.

– Jeden z jego kompanów, skuszony pięciocyfrową nagrodą, zastrzelił go w trakcie snu. Aż rzygać się chce na samą myśl. Ale właśnie tak to wygląda. Zawsze tak to wygląda.
Eli zamilknął. Siedzieliśmy przez kilka minut w ciszy, wpatrując się w okrągły stolik, na którym stały przyniesione przed chwilą dwie filiżanki czarnej kawy. Poczułem nagłą sympatię do mojego rozmówcy. Dopiero po tej krótkiej wymianie zdań zacząłem dostrzegać w nim człowieka wartościowego, uwięzionego w skorupie osiłka z plakietką słynnego zabójcy. Było w nim coś lirycznego, co przyciągało mnie jak magnez. Pewnego rodzaju niezgoda na brak piękna w całym tym życiu pełnym gęstej krwi, taniego alkoholu i brudnych pieniędzy.
– Był taki gość. Wołali na niego Alias – zacząłem niepewnie – Trzymał z Kiddem na krótko przed jego śmiercią. Kiedy wszystko się schrzaniło, chwycił za gitarę i zaczął grać. Może to kojarzysz? Mama, put my guns in the ground. – zacząłem nucić półszeptem – I can’t shoot them anymore. – Eli dołączył się po chwili – That long black cloud is comin’ down. I feel like I’m knockin’ on heaven’s door. – śpiewaliśmy razem z zamkniętymi oczyma i przez moment odniosłem wrażenie, że nawiązało się miedzy nami pewnego rodzaju metafizyczne porozumienie.
– Wiem, o co chcesz mnie zapytać. Dlaczego z tym nie skończę? Tak?
Pokiwałem twierdząco głową.
– Chciałbym. Wierz mi, że chciałbym. Mam takie marzenie. Mały sklep w jakiejś niedużej mieścinie i kapelusze. Tysiące kapeluszy. Każdy w końcu potrzebuje co jakiś czas zmienić kapelusz, prawda?
Nie zdążyłem już mu odpowiedzieć, gdyż za naszymi plecami rozległo się stukanie w szybę. Wysoki i dobrze ubrany mężczyzna o spojrzeniu prawdziwego zabójcy, wzywał ponaglająco mojego rozmówce do siebie. Tuż za nim stały dwa osiodłane i przygotowane do dalekiej podróży konie.
– To Charlie. Mój brat. Muszę jechać dalej. Nasza robota czeka, a to robota z gatunku tych, które mogą nam uciec.
– Dziękuje za rozmowę – odparłem wyciągając dłoń w jego stronę – chciałbym jeszcze wiedzieć, dokąd jedziecie.
– Nie mogę ci powiedzieć – ścisnął moją dłoń i spojrzał mi prosto w oczy – gdybym to zrobił, mój brat musiałby cię zabić – dodał zakładając kapelusz, po czym ruszył w stronę wyjścia zostawiając mnie z niezapłaconym rachunkiem.
Zegar wybił dwunastą. Braci Sisters nie było już w mieście. Jechali w kierunku Kalifornii, aby za garść dolarów zabić jakiegoś biednego głupca. Ulice na powrót wypełniły się krzykiem dzieciaków bawiących się w kowbojów, kobiety wywiesiły pranie, a ich mężowie podnieśli wreszcie głowy, i szczerząc dumnie zęby, ruszyli z ulgą w stronę saloonu.
Fabularyzowana recenzja mojego autorstwa, powstała na bazie:
Patrick DeWitt, Bracia Sisters, Wydawnictwo Czarne, 2013.