Muzyczny Embrion

Posted by in Blog, muzyka, recenzja

Niełatwo o obiektywną ocenę czegoś, do czego powstania się w jakimś stopniu samemu przyczyniło, więc z pewnością trudno będzie ten tekst nazwać recenzją, ale spróbuję. Na początku roku 2013, Robert Lewiński ukrywający się pod pseudonimem Morsmores, wydał swój pierwszy album zatytułowany Embryo. Tak się akurat złożyło, że Robert poprosił mnie o wykonanie okładki oraz całej wkładki do tegoż albumu, co też uczyniłem z wielką przyjemnością, korzystając z okazji, aby podszkolić się w obsłudze Gimpa. Zresztą o powstaniu tej, a także innej okładki (do wcześniejszej EPki) wspominałem już wcześniej na tym blogu.
Pod tą grafiką kryje się jednak sedno tego wpisu, czyli muzyka, do której postaram się teraz jakoś ustosunkować. Morsmores wziął na warsztat trudny (chociaż z pozoru wydaje się być bardzo łatwym) i mało popularny gatunek muzyczny, mianowicie ambient, czy też jak chce sam autor, mroczny ambient (chociaż przymiotnik ten nie do końca oddaje klimat panujący na płycie). W warstwie dźwiękowej wyczuwalne są inspiracje takimi wykonawcami jak późny i już zdecydowanie bardziej „przyjazny dla słuchacza” Lustmord, wczesny Biosphere, Coil z ambientowego okresu swej twórczości, czy też Marc Broude (inspiracja objawia się szczególnie w tych hałaśliwych fragmentach albumu), jednak trzeba przyznać szczerze, że bardzo daleko jeszcze Robertowi do dokonań tych gigantów muzyki (określenie nie dotyczy tego ostatniego).
Początek płyty jest dziwny, i stanowi najsłabszą część albumu. Po krótkim wstępie mamy dwa utwory, które pasują do reszty albumu tak, jak przysłowiowa pięść pasuje do nosa. Szczególnie w drugim utworze „i fell you there (so)” początkowy mocny i sprężysty dźwięk, który jest zwyczajnie kiczowaty, raczej odstrasza potencjalnego słuchacza, niż zachęca do dalszego odsłuchu. W następnym utworze jest już troszkę lepiej, ale wciąż nijak ma się to do dalszej zawartości albumu.
Właściwa część zaczyna się dopiero od numeru 4 zatytułowanego „i’ll tell you a story”. Morsmores pokazuje tutaj, że potrafi zbudować ciekawy klimat. Początkowe plamy dźwiękowe nie zapowiadają niczego nadzwyczajnego, jednak powoli, z każdą minutą, rozkręcają się, aby w samym środku zamienić się w syntetyczne smyczki, przywodzące na myśl ścieżkę dźwiękową Vangelisa do Blade Runnera, za co należą się muzykowi wielkie brawa!
Tutaj jednak ujawnia się pewna reguła dotycząca rzeczonej muzyki. Morsmores nie zna do końca umiaru i często potrafi popsuć dobrze zapowiadającą się kompozycje, przez jakiś fatalnie brzmiący wtręt. Tak dzieje się czasami w utworze „with a pain”, gdzie ciekawie brzmiące dźwięki przypominające wichurę szalejącą nad miastem, czasem stają się przesadnie przesterowane. Najgorzej jest jednak w utworze „about a reason”. Naprawdę, chciałbym poznać przyczyny, które doprowadziły muzyka do zniszczenia tak świetnie zaczynającego się utworu, poprzez to straszne rzępolenie (przeprasza, innego słowa znaleźć nie mogłem), które zaczyna się od środka i towarzyszy nam już do samego końca. Dlaczego nam to zrobiłeś?! Wychodzi tutaj chyba kolejny wielki minus muzyki Roberta – chociaż jest on dobrym, powiedziałbym nawet, że bardzo dobrze zapowiadającym się kompozytorem, to jeśli chodzi o samą grę na instrumencie (środek tego utworu psuje właśnie solówka na klawiaturze midi), musi się tutaj jeszcze naprawdę wiele nauczyć.
Dalej jest już lepiej, o ile muzyk znów nie zaczyna walić w przypadkowe klawisze. Znakomity „at the world” z niepokojącym plumkaniem i fantastycznym tłem, to najlepszy utwór na całej płycie. Ma on chyba tylko jeden minus – jest stanowczo za krótki! Oby więcej takich perełek! Przedostatni  – „in unknown future” – to także bardzo porządna i interesująca kompozycja. Bardzo klimatyczny ambient przerywany co jakiś czas przez hałaśliwe trzaski, które powoli zaczynają dominować nad kompozycją, aby dokładnie w środku (to kolejny element przewidywalności w utworach Roberta – zawsze w środku coś się musi wydarzyć) znów się uspokoić i dalej płynąć w nieznane.
Koniec to znów wisienka na torcie, chociaż pod względem estetyki Morsmores wraca tutaj do esencjonalnego początku albumu. Znów mamy coś mocniejszego, chociaż nie aż tak, jak w koszmarnym „i fell you there (so)”. Zakończenie jest tutaj przefiltrowane przez ambientową burzę i całe szczęście dla słuchacza, który kończy właśnie przygodę z tym albumem!

Ogólnie, należałoby wziąć pod uwagę fakt, że to pierwszy album Roberta, jednak niczego takiego nie zamierzam robić – żadnej taryfy ulgowej. Tak samo nie będę sztucznie zawyżać oceny ze względu na to, że wykonałem okładkę do tej płyty. Wygląda więc na to, że chyba udało mi się ocenić obiektywnie Embryo. Tak więc czas na podsumowanie.

Morsmores odwalił kawał niezłej roboty i naprawdę warto zapoznać się z jego muzyką. Pomimo słabszym momentów i pewnych formalnych niedociągnięć jest to zwyczajnie dobra (w sense jakościowym, zdecydowanie nie moralnym) i klimatyczna muzyka. Przestrzegałbym jednak przed tym tworem wszystkich tych, którzy nigdy w życiu nie słuchali niczego z gatunku ambient! Embryo nie jest bowiem dobrym sposobem na zaznajomienie się z tym gatunkiem muzycznym! Jednak ci, którzy wiedzą co w trawie piszczy (czy też w opuszczonych jaskiniach) znajdą na tej płycie kilka naprawdę interesujących momentów.

Płytę można ściągnąć całkowicie za darmo z tego miejsca.
Miłego odsłuchu.