Zdążyć przed deszczem

Posted by in obyczajowe, Opowiadania

Czarny asfalt lśnił w słońcu prowadząc nas w nieznane, a silnik trabanta wył tak mocno, jakby miał zaraz wylecieć spod maski. Kierowca i jego żona byli jednak zadziwiająco spokojni.
– A więc długa droga przed wami – stwierdziła staruszka, której twarz poprzecinana była taką ilością zmarszczek, że bez trudu moglibyśmy wyrysować na niej całą trasę naszej podróży.
– Planujemy dojechać jeszcze dziś wieczorem albo jutro rano. Zależy, jak się nam uda! – odpowiedziałem uniesionym głosem, próbując przedrzeć się przez ryk chroboczącego silnika.
Staruszek siedzący za kierownicą spojrzał w lusterko i kiwnął głową porozumiewawczo, następnie uśmiechnął się i wcisnął gaz do dechy. Wskazówka prędkościomierza, która wcześniej już stała pionowo, przesunęła się teraz o kilka stopni w prawo, wskazując zawrotną prędkość niemalże osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Podekscytowana staruszka chwyciła za uchwyt nad drzwiami, a ja poczułem, jak dłoń Niki zaciska się na moim ramieniu. Mknęliśmy tak w pełnym słońcu, niemalże na granicy wytrzymałości tego wysłużonego już pojazdu, a inne samochody wyprzedzały nas z taką łatwością, jakbyśmy stali w miejscu.
Spojrzałem na Nikę. Jej proste, jasnobrązowe włosy, delikatnie kręcące się tuż przy ramionach, rozwiewał pęd powietrza wpadający przez uchylone okno. Uśmiechnęła się do mnie i wtedy spostrzegłem, że jeden maleńki kosmyk przylepił się jej do ust. Strąciłem go ostrożnie kciukiem, zahaczając o wilgotną wargę, którą ona przygryzła delikatnie, patrząc mi jednocześnie prosto w oczy. Byliśmy w końcu razem i byliśmy szczęśliwy — ja i Nika, buntownicy z wyboru, wieczni autostopowicze pędzący w nieznane na przekór całemu światu.
* * *
Południe. Mała altanka gdzieś przy parku miejskim w jakimś zapomnianym miasteczku. Za altanką bezimienne jezioro.  Słońce skryło się właśnie za chmurami, przynosząc nam odrobinę wytchnienia. Siedzimy naprzeciw siebie patrząc sobie w oczy i jedząc chleb z serem. W powietrzu unosi się zapach lukrowanych pączków dochodzący z pobliskiej piekarni.
– Ciekawe, jak daleko dojechał już Banan z Elą.
– Znając ich szczęście, pewnie są już w połowie drogi. Jechali inną trasą niż my. Ja musiałem dojechać wpierw do ciebie. Dopiero gdzieś za Toruniem będziemy mieli szansę spotkać ich na trasie. Bartas ruszył godzinę po nich, dokładnie tą samą drogą. Jedzie sam, więc ma spore szanse.
– To ze mną nasze szanse są mniejsze? – Zapytała niewinnie podając mi butelkę wody mineralnej.
– Wręcz przeciwnie! Przecież bez ciebie nigdzie bym nie pojechał! – Odparłem natychmiast, jednak nie byłem zadowolony ze swojej odpowiedzi. Niki także to nie przekonało. Zamiast odpowiedzieć, sięgnęła po zawiniątko z logiem pobliskiej piekarni. Milczeliśmy przez kilka minut, delektując się świeżym pączkiem z marmoladą. Nabraliśmy gazowanej wody w usta. Dwutlenek węgla muskał nieznośnie mój język i podniebienie, sugerując jakieś rozwiązanie. W końcu zdobyłem się na odwagę i przerwałem milczenie.
 – Szczerze mówiąc, to całą tę podróż wymyśliłem właśnie z twojego powodu. Tylko po to, aby być z tobą przez te kilka dni – powiedziałem półszeptem, jednocześnie bawiąc się w dłoniach plastikową nakrętką.
– Wiem – odparła krótko i uśmiechnęła się tryumfalnie, jakby właśnie takiej odpowiedzi ode mnie oczekiwała. Słońce na moment wychyliło się zza dominujących na całym niebie cumulusów. Snopy światła przenikające przez korony drzew jak przez sito, poprzecinały przestrzeń parku miejskiego, trafiając także do naszej altanki. Nika zamknęła oczy i przechyliła głowę do tyłu, aby ogrzać twarz w ciepłych promieniach słonecznych. Jej gładka szyja lśniła na tle błyszczącej tafli spokojnego jeziora majaczącego gdzieś za jej plecami. Siedziałem tak przez kilka minut wpatrzony w nią jak w obrazek, który właśnie na trwałe zapisywał się w mojej pamięci. Po jakimś czasie słońce znów zniknęło za chmurami, przerywając ten niemalże oniryczny widok i sprowadzając mnie z powrotem na ziemię. Momentalnie wstałem i założyłem plecak.
– Gotowa? – wyciągnąłem w jej stronę dłoń – musimy ruszać dalej, jeśli chcemy dojechać na mazury przed zachodem słońca.
– Zatem w drogę – odpowiedziała chwytając mnie za rękę.
* * *
Ten burzliwy początek wakacji wypełniony był poczuciem gdzieś umykającej nam wolności i potrzebą pośpiesznego jej chwytania, póki wciąż było to możliwe. W połowie drogi do Torunia, tuż przy ruchliwej trasie prowadzącej na obwodnicę, staliśmy z wyciągniętymi dłońmi i kciukami uniesionym w górę. Wiatr rozwiewał nam włosy, zmęczenie dawało się we znaki, jednak uśmiechy nie znikały z naszych twarzy.
– Spójrz na te chmury – Nika wskazała palcem przed siebie.
– Tak. Widzę! – Zawołałem zagłuszony nagłym świstem przejeżdżającej tuż obok nas ciężarówki. – Obserwuję je już od jakiegoś czasu – dodałem, gdy już zrobiło się spokojniej – wygląda na to, że poruszają się na północny wschód, zupełnie jak my. Za każdym razem, gdy dojeżdżamy do jakiegoś miasteczka i szukamy trasy wylotowej, one nas doganiają. Kiedy łapiemy kolejnego stopa, to znów znikają gdzieś za drzewami.
– Myślisz, że w końcu nas złapią?
– Mam nadzieję, że albo zmieni się kierunek wiatru, albo chmura wypada się cała, nim nas dogoni. Póki co, biegniemy za słońcem. Damy radę. Zaraz pewnie coś złapiemy.
W tym samym momencie, jak na zawołanie, zatrzymał się nam na poboczu kolejny samochód. Chwyciłem za śpiwory, Nika złapała za namiot i pobiegliśmy uradowani w kierunku pojazdu. Z wnętrza pojazdu słychać było głos McFerrina śpiewającego, aby nie przejmować się niczym i być szczęśliwym.
– Do Torunia! – młody kierowca zawołał przez otwarte drzwi.
– Doskonale! Jedziemy co prawda dalej, ale to po drodze! – odpowiedziałem wrzucając bagaże do środka i wchodząc do samochodu. Ruszyliśmy. Ciemne chmury za naszymi plecami znikały z każdym kilometrem. Nasz pościg za słońcem trwał dalej i właśnie wypracowaliśmy sobie znaczną przewagę.
– Jestem rastamanem, ale musiałem ściąć dready ze względu na pracę. Zazdroszczę wam tej podróży, naprawdę świetny pomysł – kierowca aż tryskał radością. Dowiedzieliśmy się, że gnał właśnie do szpitala w Toruniu, ponieważ kilka godzin temu urodziła mu się córeczka.
– Jestem szczęśliwy – powtarzał kilkukrotnie – w tej chwili jestem chyba najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi – dodawał, a my gratulowaliśmy mu przy wtórze klasycznego reggae płynącego z wysłużonych już głośników.
* * *
Będąc w Toruniu zdaliśmy sobie sprawę, że dziś nie dojedziemy na miejsce. Byliśmy dopiero w połowie drogi, zmęczenie dawało się nam już mocno we znaki, poza tym zaczynało się robić coraz ciemniej. Idąc przez niesamowicie długi most przecinający rzekę Wisłę, postanowiliśmy, że znajdziemy jeszcze tylko trasę wylotową do Olsztyna, złapiemy ostatniego stopa, i każemy się wysadzić gdzieś po drodze, w miejscu, gdzie byśmy mogli bezpiecznie rozbić namiot i przenocować.
– Zobacz, jaka ona płytka. Sam piasek i wody po kostki – powiedziana Nika wychylając się za barierkę.
– Raczej po kolana – stwierdziłem ostrożnie zerkając w dół. Pierwszy raz widziałem Wisłę. Była niesamowicie szeroka, co tłumaczyło, dlaczego droga przez most tak bardzo nam się dłużyła. Dno rzeki wysypane było czystym piaskiem podobnym do tego, którym zwykło się pokrywać plaże. Rzeka była tak płytka, że na całej jej powierzchni tworzyły się gdzieniegdzie większe wydmy wystające poza lustro wody i wędrujące powoli wraz z prądem. Będąc już po drugiej stronie, w bardziej ruchliwej części miasta, postanowiliśmy spytać się kogoś o drogę.
– Musicie się cofnąć. Przejść z powrotem przez most, i skręcić na światłach w lewo. Później będą znaki przy drodze. Na pewno traficie.
Cofnęliśmy się. Znów szliśmy przez ten przeklęty most, a wydmy na rzece poruszały się już chyba szybciej od nas. Na dodatek po naszej prawej stronie zauważyliśmy gęste deszczowe chmury, które ścigały nas cały dzień. Przyspieszyliśmy kroku.
– Punk rock, to nie rurki z kremem – Nika odczytała niewyraźny napis namalowany białym sprayem na moście. Razem wybuchnęliśmy śmiechem.
– Nasza podróż to też nie rurki z kremem. Może rozbijemy namiot na końcu miasta, gdzieś pod jakimś drzewem – zamyśliłem się patrząc na chmury – musisz być bardzo zmęczona. Pomogę ci – dodałem zabierając jej śpiwór.
Godzinę później byliśmy już na głównej trasie prowadzącej do Olsztyna. Nika siedziała na pokrowcu od śpiwora jedząc drożdżówkę z pobliskiego sklepu spożywczego (rurek z kremem nie było). Ja stałem tuż za jej plecami z kciukiem uniesionym w górę i uśmiechałem się do kierowców. Wiatr stawał się coraz mocniejszy, w dodatku pęd przejeżdżających samochodów podrywał w górę piasek, który wpadał nam prosto w oczy.
– Chyba zaczyna kropić – rzuciła Nika wycierając dłonie w spodnie i zapinając bluzę. Rozejrzałem się dookoła. Okolica nie wyglądała na bezpieczną. Kilkaset metrów od nas znajdowały się ponure blokowiska, zaś po drugiej stronie ulicy, tuż przy sklepie spożywczym, zebrało się trzech meneli, którzy chyba nie bardzo wiedzieli dokąd pójść z tymi wszystkimi butelkami dopiero co zakupionego wina.
– Jeszcze dziesięć minut, potem czegoś poszukamy. Odpocznij – odparłem kładąc dłoń na jej ramieniu. Rozważałem już w myślach spędzenie nocy w jakiejś piwnicy, jednak ze względu na tę dziewczynę, było to rozwiązanie ostateczne. Musiałem więc walczyć dalej. Nika chwyciła moją dłoń i przyłożyła ją sobie do policzka, następnie zamknęła oczy i przechyliła głowę na bok. Stałem tak chyba przez dobrych dwadzieścia minut starając się jedną ręką zapewnić jej oparcie, a drugą łapać przejeżdżające samochody. I dopiero gdy krople deszczu stały się zauważalnie większe, ktoś się nad nami zlitował.
– Nika! jedziemy! – zawołałem uradowany chwytając za bagaże. Wielki tir z dwoma przyczepami stał już na poboczu. Otwarte drzwi zapraszały nas do środka. Na dworze było już całkowicie szaro, a gdy zamknęliśmy drzwi, deszcz rozpadał się na dobre.
* * *
Wycieraczki poruszały się hipnotycznie w jedną i drugą stronę, zbierając nadmiar wody z przedniej szyby. Na zewnątrz było już całkowicie ciemno, a deszcz ścigający nas przez cały dzień, zdążył już zamienić się w potężną ulewę z malującymi się gdzieś daleko na horyzoncie piorunami. Nasz kierowca był Rosjaninem wracającym do domu po ponad dwutygodniowej podróży. Miał podkrążone oczy i trzydniowy zarost. Mówił szybko, uśmiechając się co chwila, jakby chciał się w ten sposób nieco pobudzić.
– Jak będę na autostradzie na Moskwę, to się wyśpię – opowiadał z tym swoim zabawnym akcentem – cegła na gaz i ciężarówka sama jedzie po koleinach, takie są głębokie – nie wiedzieliśmy, czy żartował, czy mówił to poważnie.
 Siedzieliśmy z Niką na przednim siedzeniu. Rozwiązaliśmy buty, aby ulżyć naszym stopom. Ich intensywny zapach, będący całodniową mieszanką setek przebytych kilometrów i kilkunastu odwiedzonych miejscowości, nie przeszkadzał naszemu kierowcy. Zapewne dobrze znał woń długiej podróży oraz doskonale rozumiał wszystkie związane z nią trudy.
– Zmęczona? – zapytał Niki, kiedy ta oparła się na moim ramieniu – niech ściągnie buty i się położy – wskazał na łóżko znajdujące się tuż za naszymi plecami. Nika spojrzała prosto w moje oczy i przytuliła się do mnie jeszcze mocniej, mrucząc coś pod nosem. Kierowca wybuchnął śmiechem.
Droga w wielu miejscach była remontowana, więc często musieliśmy kierować się jakimiś dziwnymi objazdami, lub stać czasem nawet po kilkanaście minut na przejazdach z ruchem wahadłowym. Po jakiejś godzinie znaleźliśmy się między gęstym lasem, a ostatnią wioskę minęliśmy jakieś pięć kilometrów temu. Wypatrywałem akurat żółtej tabliczki, która miała potwierdzić, że prawidłowo zjechaliśmy z ostatniego objazdu, kiedy to na poboczu dostrzegłem znajomą mi sylwetkę.
– Bartek! Nasz kolega! Może się pan zatrzymać i go zabrać!? – zawołałem uradowany. Rosjanin nie zastanawiał się ani przez chwilę. Momentalnie rozległ się syk gwałtownie uruchomionych hamulców hydraulicznych. Rozpiąłem szybko pasy, i kiedy tylko ciężarówka się zatrzymała, otworzyłem drzwi, wychyliłem się i zawołałem.
– Bartas! To my! Wsiadaj! – Machałem w jego stronę, a ten biegł po poboczu trzymając śpiwór nad głową i nie zważając już nawet na ogromną kałużę znajdującą się tuż pod jego nogami. To był prawdziwy cud! Noc, dookoła tylko złowrogi las, asfaltowa droga gdzieś pośrodku niczego, i jeszcze deszcz, który znacznie utrudniał podróż, a nam udało się trafić akurat na niego!
Bartek ledwo dyszał i był całkowicie przemoczony. Położyliśmy się z Niką na łóżku robiąc mu miejsce na przednim siedzeniu. Natychmiast zdjął koszulkę i zaczął wycierać się ręcznikiem wyciągniętym z plecaka.
– Przykryjcie się, aby policja was nie widziała i zepnijcie pasem – poinstruował nas kierowca, który włączył przy okazji ogrzewanie, co prawdopodobnie uratowało naszego przyjaciela przed przeziębieniem.
– Jesteście cudowni! Prawdziwi ludzie, a nie jakieś kozie dupki grzejące się całymi dniami przed telewizorami! – Wołał klepiąc po ramieniu zasypiającego już na siedząco Bartka.
Pas zamontowany na łóżku przybliżył nas do siebie. Nieśmiało objąłem Nikę i spojrzałem jej prosto w oczy. Nie spała. Zbliżyła do mnie twarz, i nasze nosy zetknęły się na moment, ledwie na ułamek sekundy, po czym odsunęła się szybciutko. Na jej ustach dostrzegłem niewinny uśmiech oraz jakieś niewypowiedziane pragnienie przygryzające delikatnie dolną wargę.
– Nie spodziewałem się, że trasa będzie tak trudna – powiedziałem półszeptem, gładząc przy tym jej policzek.
– Nic nie szkodzi. Jest cudownie – odparła i zamknęła oczy. Chwilę później nasze usta połączyły się po raz pierwszy, i było to tak naturalnie, jak oddychanie, albo jakbyśmy odgrywali od dawna już zaplanowaną i doskonale wyuczoną scenę. Ponad dwieście kilometrów od domu, gdzieś pośrodku niczego, w pędzącej przez noc rosyjskiej ciężarówce, całowaliśmy się aż do utraty tchu. Zupełnie, jakby burza zmysłów ścigająca nas przez całą drogę dopiero teraz uderzyła w nasze języki i zelektryzowała nasze ciała. Nie musieliśmy już nic mówić. Nasze usta i nasze dłonie mówiły same za siebie.
* * *
Było już dawno po północy. Kierowca wysadził nas w samym środku Olsztyna, tuż przy dworcu PKP. Podarował nam jeszcze na odchodne rosyjską konserwę i spory kawałek twardej kiełbasy przypominającej w przekroju salami, po czym ruszył dalej życząc nam powodzenia. Oby moskiewskie koleiny poniosły go prosto i bezpiecznie do domu! My udaliśmy się w stronę dworca, rozglądając się po drodze za jakimś sklepem.
– Co za szczęście, że akurat na was trafiłem – Bartek zaczął, kiedy w końcu usiedliśmy na ławeczce, aby posilić się młodymi ziemniakami smażonymi w głębokim oleju, które kupiliśmy w pobliskiej budce z jedzeniem.
– Wysadzili mnie w lesie – opowiadał dalej – wszędzie było ciemno, i jeszcze zaczęło padać. Przez godzinę niczego nie mogłem złapać, więc postanowiłem ruszyć, aby trafić w końcu na jakąś wiochę. Idę więc przez ciemny las. Leje jak cholera. Po prawej głęboki rów, po lewej ogromna kałuża. Słyszę za plecami, że coś jedzie. Oglądam się za siebie, a tam wielki tir, przed którym nie mam już gdzie uciec. Staję więc w miejscu, zakrywam się rękoma, i kiedy przejeżdża, to obrywam z fali brudnej wody. Już chcę wołać w jego stronę: ty chuju! A ten nagle się zatrzymuje. Naprawdę, nie wiem co bym zrobił, gdybyście mnie z tej drogi nie zgarnęli.
– Miałeś szczęście. Pomyślmy lepiej, gdzie by tu się przespać – powiedziałem wyciągając paczkę papierosów i częstując wszystkich.
– Może na dworcu? – zaproponowała Nika.
– W sumie czemu nie? Jest dach nad głową. Rozłożymy sobie śpiwory, odpoczniemy, i jutro rano ruszymy dalej.
– Spójrzcie – wskazałem palcem w górę – rozchmurzyło się i widać już gwiazdy.
– Oby tak zostało – odparł Bartek, odpalając trzymanego w ustach papierosa. Po chwili niebo znów zakryły gęste, tym razem jednak nikotynowe chmury, które pęczniały z każdym naszych oddechem, wzlatywały w górę i zakrywały gwiazdy, jednak później, kiedy już skończyliśmy nasz tytoniowy rytuał, szybko rozpłynęły się w wilgotnym powietrzu, pozostawiając gdzieś na końcu języka aromatyczny posmak wolności. Ruszyliśmy w stronę dworca.
Koce, śpiwory i karimaty rozłożyliśmy na podłodze, gdzieś w pobliżu automatów z kawą. Kilkanaście metrów przed nami znajdowała się poczekalnia z wygodnymi ławeczkami, jednak zajęta była przez grupę bezdomnych, do których nie chcieliśmy się zbliżać. Umówiliśmy się z Bartkiem, że ja będę czuwał przez pierwsze trzy godziny, a później go obudzę i zamienimy się rolami. Siedziałem więc oparty o ścianę, pijąc kakao z automatu i rozmyślając nad kolejnym wierszem, a Nika leżała tuż przy mnie, trzymając głowę na moim udzie, przykryta dodatkowo moim śpiworem. Bartek owinięty tylko cienkim kocem chrapał kilka metrów dalej.
Zapisałem pierwsze trzy wersy w moim pozbawionym okładki brudnopisie. Opowiadały one o deszczu i trudach podróży, oraz o krętej ścieżce, którą przejść musi każda kropla spadająca na szybę, nim dotknie ziemi pożądanej odwiecznym prawem ciążenia. Gdy skończyłem wers, zamarłem trzymając długopis nad kartką i po chwili wahania przekreśliłem go zdecydowanym ruchem. Cały ten mój zeszyt wypełniony był takimi właśnie przekreśleniami; nieudanymi pojedynczymi wersami i nieukończonymi wierszami skazanymi na zapomnienie. Jedynie raz na dziesięć stron znajdowało się tam coś, co postanowiłem oszczędzić z różnych powodów; co później rozwijałem i dopracowywałem do momentu, w którym stawało się to warte pokazania innym. Myślę, że takie pisanie przypomina troszkę wspominanie przeszłości — w końcu pamiętamy wybiórczo tylko to, co warte jest zapamiętania, resztę zaś staramy się skreślić, zapomnieć lub przemilczeć, zupełnie, jakbyśmy tworzyli jakieś opowiadanie zlepione tylko z najlepszych fragmentów naszych wspomnień.
Nika poruszyła się nieznacznie, następnie podciągnęła wyżej, zamruczała coś pod nosem, po czym znów pogrążyła się w głębokim śnie. Poczułem, jak krew napływa na powrót do mojej nogi, która zdążyła już mocno ścierpnąć. Musiałem wstać, rozprostować kości i ruszyć się troszkę, aby jakoś wytrzymać kolejne dwie godziny. Ostrożnie włożyłem dłoń pod jej głowę i podniosłem się bardzo powoli, robiąc wszystko, aby tylko jej nie zbudzić. To właśnie ona była tym moim wspomnieniem, które musiałem pielęgnować najlepiej, jak tylko potrafiłem.
Do końca mojej warty chodziłem w kółko, liczyłem bezdomnych i co jakiś czas doglądałem, czy aby Nika jest przykryta, i czy przypadkiem się nie zbudziła. Około czwartej obudziłem Bartka. Spaliliśmy razem papierosa w całkowitym milczeniu, po czym położyłem się obok Niki, objąłem ją ręką i zwyczajnie zasnąłem.
Około siódmej nad ranem obudził mnie dziwny hałas. Dwie sprzątaczki z miotłami owiniętymi mokrą szmatą przeszły tuż obok nas, narzekając głośno na współczesną młodzież. Rozejrzałem się dookoła. Bezdomnych już nie było, a Bartek spał na siedząco okryty kocem po samą szyję.
– Nika. Wstawaj – szepnąłem jej na ucho – musimy się zbierać – dodałem rzucając jednocześnie paczką papierosów w stronę Bartka. Spojrzała na mnie pytająco, jakby nie do końca wiedziała, gdzie się znajduje i co jest grane. Rozejrzała się dookoła i dopiero po chwili dotarło do niej, że spędziliśmy noc na dworcu. Ja w tym czasie zwijałem już śpiwór.
– Pinol. Ja jadę pociągiem – odezwał się Bartek, wyciągając papierosa z paczki.
– Tu nie wolno palić chłopcze! – zawołała jedna ze sprzątaczek, kierując na nas uwagę nielicznej grupy podróżnych czekających na poranny pociąg. Zwinęliśmy więc szybko bagaże i wyszliśmy na zewnątrz.
Pogoda była piękna. Letnie słońce grzało przyjemnie, co jakiś czas tylko znikając za gęstymi cumulusami. Przy krawężniku dostrzegłem głęboką kałużę z niesamowicie czystą wodą. Nie zastanawiając się ani przez chwilę zdjąłem buty i skarpetki, następnie zanurzyłem w niej zmęczone stopy.
– Co za ulga – usiadłem na krawężniku i zapaliłem papierosa.
– Jaki świr – skomentowała Nika siadając przy mnie i również zdejmując buty.
– Marzyłem aby zmienić skarpetki już od wczoraj. Jak cudownie. Bartas, mówiłeś coś o jakimś pociągu?
– Tak. W nocy sprawdzałem rozpiskę. Można dojechać do Mrągowa.
– Ale bilet…
– Ja jadę na gapę. Zamknę się w kiblu. Wy róbcie co chcecie. W trójkę i tak przecież nie złapiemy stopa. Spotkamy się na miejscu. Za dwadzieścia minut odjazd.
Masowałem sobie stopy między palcami, delektując się jednocześnie gęstym dymem i rozmyślając poważnie nad pomysłem Bartka. Nie chodziło tutaj wcale o mnie. Ja mógłbym ruszyć teraz z miejsca na trasę i dalej łapać stopa. Nika jednak, chociaż nie dawała tego po sobie poznać, była już mocno zmęczona.
– Chcesz jechać pociągiem? – zapytałem się w końcu, wyrzucając peta za siebie i obejmując ją ramieniem – czy może wolisz łapać stopa?
– Możemy jechać z Bartkiem – odpowiedziała potwierdzając moje obawy.
– A więc postanowione – wstałem i chwyciłem za plecak – jedziemy z tobą. Ale my kupujemy bilety. Odpoczniemy sobie w pociągu.
– Dobra. Przynajmniej dacie mi znać, kiedy mam wyjść z tego kibla.
Wysuszyliśmy stopy na słońcu, założyliśmy świeże skarpetki i ruszyliśmy w stronę kasy dworcowej. Zapowiadał się długi i pełen emocji dzień; dziś mieliśmy bowiem dojechać wreszcie do celu.
* * *
W pociągu rozłożyłem się wygodnie na siedzeniu i zasnąłem trzymając głowę na kolanach Niki. Kontroli biletów nie było, więc Bartek niepotrzebnie siedział całą drogę zamknięty w ciasnym kiblu. W Mrągowie musieliśmy się rozdzielić. My poszliśmy na trasę łapać stopa, a Bartek na miasto, aby zjeść porządne śniadanie. Z początku szło nam łatwo i pierwszy samochód złapaliśmy już po kilku minutach. Nie dojechaliśmy jednak daleko — kierowca zostawił nas na samym końcu jakiejś przydrożnej wioski. Usiedliśmy wygodnie na pokrowcach od śpiworów i zaczęliśmy wypatrywać następnych samochodów.
– Nic nie jedzie – stwierdziła po jakimś  czasie Nika.
– Kiepsko to widzę. Chyba musimy iść – odparłem podając jej dłoń. Chwyciliśmy się za ręce i ruszyliśmy przed siebie, co jakiś czas zerkając do tyłu, aby nie przegapić żadnej okazji. Droga była wąska, nie posiadała nawet pasów wydzielonych przerywaną linią. Samochody jeździły tu z częstotliwością mniej więcej raz na dziesięć minut, jednak nikt nie przejmował się dwójką podróżnych zagubionych gdzieś po środku niczego.
Po jakiejś godzinie wędrówki słońce schowało się za chmurami i zrobiło się ponuro. Spojrzałem w górę. Nad nami zbierały się właśnie ciemne chmury, z których spadły pierwsze krople deszczu.
– Aaa! Pada! – Nika zawołała jak rażona piorunem.
– Jednak nie odpuścił. Ścigał nas od samego początku, i w końcu nas dopadł.
– Co teraz zrobimy?
– Po prostu zmokniemy – odpowiedziałem rozglądając się po okolicy. Wokół nas znajdowały się same pola, a drzewa stojące przy drodze były niezbyt gęste, więc nie zapewniłyby nam dostatecznej ochrony. W międzyczasie deszcz zaczynał padać coraz mocniej. Uśmiechnąłem się do Niki, rzuciłem bagaże na pobocze, zdjąłem koszulkę i wyszedłem na sam środek drogi, unosząc w górę ręce.
– No to mamy prysznic! – zawołałem tryumfalnie – jeśli nie możesz kogoś pokonać, to się do niego przyłącz! – dodałem, po czym zacząłem wyć jak wilk i tańczyć jak jakiś szaman zaklinający pogodę.
– Chodź do mnie! Dalej!
– To czyste szaleństwo! – zawołała również ściągając koszulkę.
– A cóż innego nam zostało, jeśli nie zwariować razem! Ja już zwariowałem na twoim punkcie! – Chwyciłem ją za ręce i porwałem do tańca. Byliśmy sami. Tylko ja i Nika. Żadnych spodni, żadnych koszulek, żadnych zahamowań. Tańczyliśmy tak na środku pustej drogi przez dobrych kilkanaście minut. Chłodny deszcz pobudzał nasze zmysły, oczyszczał nasze ciała i przynosił niespodziewaną ulgę. Gdy tylko spostrzegłem, że przestaje padać, chwyciłem Nikę za biodra, przechyliłem ją lekko do tyłu i pocałowałem najlepiej, jak tylko potrafiłem. Kilka sekund później deszcz ustał całkowicie, a zza chmur wyłoniło się słońce — idealne wyczucie czasu, zupełnie, jak w jakimś romantycznym filmie.
– Widzisz? Razem nawet największa ulewa nam nie straszna – powiedziałem, odgarniając z jej czoła przemoczone włosy. Oczy miała zielone i chyba piękniejszego odcienia zieli do tej pory nie widziałem. Odbijały się w nich drzewa, okoliczna łąka i moje, również zielone oczy. Widziałem w nich zapisaną całą naszą podróż, którą dziesięć lat później miałem ubrać w słowa i zamienić w to właśnie opowiadanie. Było w nich także coś więcej — uczucie, dla którego warto było przejechać prawie pół tysiąca kilometrów i zmoknąć gdzieś na środku mazurskiej drogi.
* * *
Wycierałem ręcznikiem włosy, gdy nagle zatrzymał się nam samochód. Byliśmy już przebrani i wysuszeni — gotowi do dalszej drogi. Szczęśliwie złapaliśmy stopa aż do samego Węgorzewa. Po drodze mijaliśmy ogromne mazurskie jeziora z białymi żaglówkami lśniącymi w letnim słońcu, które przecinały taflę krystalicznie czystej wody. Na miejscu szybko zlokalizowaliśmy pole namiotowe, rozbiliśmy namiot i postanowiliśmy odpocząć do czasu, aż przybędzie reszta naszej ekipy.
Pod wieczór obudził nas Bartek, który strasznie przeklinał na trudną trasę. Podobno włóczył się po mieście, szukając nas już od dobrych kilku godzin. Banana i Eli nigdzie nie widział. Ta dwójka miała dołączyć do nas dopiero jutro. Okazało się bowiem, że Ela gdzieś w połowie drogi zorientowała się, że zapomniała portfela, więc musieli zawrócić. Kiedy my spaliśmy na dworcu w Olsztynie, oni leżeli sobie na wygodnych łóżkach we własnych mieszkaniach, i dopiero następnego dnia wrócili ponownie na trasę.
– To jak? Zaczynamy imprezę? Idziemy po jakieś piwa? – zapytałem.
– Możecie iść. Ale dajcie mi chwilę odpocząć – odpowiedział Bartek wrzucając swoje bagaże do namiotu, następnie wgramolił się do środka i momentalnie zasnął. My z Niką postanowiliśmy się ruszyć na miasto. Musieliśmy w końcu coś zjeść, i kupić wreszcie kilka piw. Zbliżał się bowiem wieczór, który zamierzaliśmy przeznaczyć w całości na dobrą zabawę. Gdzieś w tle słychać było stłumiony dźwięk pierwszego zespołu, który już zaczynał stroić się na scenie. To był pierwszy dzień festiwalu.
Po zrobieniu zakupów usiedliśmy z Niką na jednym z przystanków ulokowanym na wzniesieniu i otworzyliśmy pierwsze piwo. Mieliśmy stąd piękny widok na całą okolicę. Na horyzoncie widać było zachodzące słońce, które tonęło w pobliskim jeziorze. Ogromna czerwono-pomarańczowa łuna zdominowała połowę nieba, pochłaniając przy okazji wszystkie te chmury, które przywędrowały tutaj razem z nami.
– Wiesz Nika… Cieszę się, że jesteś tutaj razem z mną.
– Ja też się cieszę. Oby tylko pogoda nam dopisała.
– To akurat mogę ci obiecać – chwyciłem ją za rękę – Podobno im piękniejszy zachód słońca, tym lepszą pogodę zapowiada. Czerwień, to coś w rodzaju widma czystego nieba. Sama zobaczysz. Przewiduję, że noc będzie dziś gwieździsta – powiedziałem, nie patrząc już wcale na niebo. Nie potrzebowałem już gwiazd, ani zachodu słońca, aby wiedzieć, że kolejne dni będą cudowne. Wystarczyły mi jej oczy, uśmiech i sama obecność. Miesiąc lipiec, Nika i Mazury. Początek tegorocznych wakacji zapowiadał się świetnie.
Copyright © 2013 Przemysław Pinczak. All rights reserved.