Mielizny scenariuszowe w Prometeuszu…

Posted by in Blog, film

…czyli krótka historia o tym, jak Scott przypalił kotleta w trakcie jego odgrzewania

Oczekiwania były spore, więc zawód jakiego doznałem po obejrzeniu najnowszego filmu Scotta jest wprost proporcjonalny do pokładanych w nim nadziei. Autor dwóch arcydzieł gatunku s/f zafundował nam pseudo-filozoficzny i bardzo ładnie sfilmowany film, który jest scenariuszowym potworkiem, wyglądającym jak parodia obcego, któremu spece od efektów specjalnych dorysowali kilka macek. Próba analizy fabuły przypomina próbę operowania słynnego Ksenomorfa Gigera z pierwszego filmu Scotta – gdy tylko delikatnie natniemy strukturę oblekającą całą historię, natychmiast dostaniemy po oczach kwasem banałów i niedorzeczności. Podobno w Hollywood scenariusz jest poprawiany przynajmniej 50 razy nim dojdzie do jego realizacji – tutaj w momencie rozpoczęcia zdjęć do filmu, chyba przez przypadek w ręce Scotta trafiła pierwsza jego wersja…
Dalsza część tekstu zawierać będzie spojlery, więc jeśli jeszcze nie oglądałeś Prometeusza, to nie czytaj dalej, a oglądanie sobie odpuść! Postaram się skupić tutaj na wszystkich mieliznach scenariuszowych występujących w filmie, więc pominę wpadki typowo reżyserskie, jak przykładowo całkowity brak suspensu w scenach akcji (ziewałem w trakcie sceny z burzą krzemową, a i tak to najbardziej emocjonująca scena w filmie). Nie będę też rozwodził się nad grą aktorską, efektami specjalnymi i zdjęciami, które stanowią najmocniejszą stronę filmu. Przeanalizuję tylko historię, sam scenariusz i nic więcej. A więc do dzieła. Niektóre punkty możecie uznać za zbytnie czepianie się, niektóre za znęcanie się nad autorem scenariusza. Powiem jednak szczerze – jestem wściekły, więc nie traktujcie tego wyliczenia tak poważnie, jak ja to potraktowałem w trakcie pisania!

1. Zaproszenie. Cały lot Prometeusza i cała ta idea zaczyna się w momencie, w którym archeolodzy odkrywają w różnych kulturach, które nie mogły się ze sobą kontaktować w żaden sposób, identyczny obrazek. Oto wielkolud stojący pośród ludzi, wskazuje palcem na układ gwiezdny, który można z ziemi dostrzec tylko przy pomocy potężnych teleskopów. Archeolodzy odczytują to jako zaproszenie od swoich stwórców nazywanych Inżynierami. Kiedy jednak docierają na miejsce, okazuje się, że planeta na której wylądowali, nie jest domem tych istot, tylko czymś na wzór instalacji militarnej stworzonej na niegościnnej planecie. Dlaczego więc Inżynierowie wskazywali na to miejsce? Jaka jest idea tego całego zaproszenia?
2. Geolog i jego szczeniaki. Mamy faceta, który posiada urządzenia do tworzenia dokładnej mapy miejsca, w którym znaleźli się bohaterowie. Jest on specem od tych urządzeń, nazywa je pieszczotliwie swoimi szczeniakami i z ich pomocą robi dokładną mapę budynku. Kiedy więc buntuje się i postanawia wrócić na statek, nie spodziewamy się, że to właśnie on zabłądzi w drodze powrotnej!
3. Jest czym oddychać, więc zdejmujemy skafandry! To, co bardzo podobało mi się w pierwszej części obcego, to bardzo poważne potraktowanie kwarantanny. Dlatego tamten klasyczny film można śmiało nazwać fantastyką naukową. Tutaj, kiedy bohaterowie znajdują się w budynku Inżynierów i odkrywają, że jest czym oddychać, natychmiast ściągają szklany hełm, narażając się na kontakt z obcymi mikrobami. Kiedy okazuje się, że jeden z bohaterów zachorował, nagle prawa kwarantanny zaczynają obowiązywać i pani kapitan robi wielką aferę, nie chcąc wpuścić tego człowieka na pokład (później traktuje go miotaczem ognia). Nie ma jednak żadnych problemów z wniesieniem na pokład głowy Inżyniera.
4. Ożywienie głowy Inżyniera! Leżąca jakieś 2 tysiące lat głowa Inżyniera, która powinna być już skamieliną, zostaje cudownie ożywiona przez wsadzenie jej czegoś do ucha! Mało tego, coś idzie nie tak, i głowa dostaje za duże napięcie. Urządzenie chyba utknęło w uchu, bo nie da się go wyciągnąć i głowa eksploduje! Bo eksplodujące głowy są fajne i efektowne!
5. Jestem w trzecim miesiącu ciąży! Oto, jak czas i przestrzeń zostaje zagięta w sposób całkowicie absurdalny. Dzień przed, główna bohaterka spędza wieczór ze swoim mężem. Rozmawiają o życiu i mamy piękny, telenowelowy dialog, poruszający problemy niepłodności:
– Przecież wiesz, że ja nie mogę zapoczątkować nowego życia!
– Ależ kochanie, nie to miałem na myśli…
Później zaczynają się kochać, bo to najlepszy sposób, aby pocieszyć kobietę i wyładować emocję (jestem pod wrażeniem – wreszcie coś psychologicznie konsekwentnego). Facet jest już zarażony obcym DNA, następnego dnia rano ginie, kobieta mdleje i okazuje się, że jest w trzecim miesiącu ciąży! Kto by się spodziewał!
6. Technologia tylko dla mężczyzn. Na statku znajduje się coś w rodzaju łodzi ratunkowej, pomyślanej w szczególności dla pięknej pani kapitan Vickers (świetnie zagranej przez Charlize Theron). Na końcu znajduje się super mega-nowoczesny, automatyczny stół operacyjny, który potrafi dokonać każdej operacji. Kiedy nasza ciężarna bohaterka prosi o cesarskie cięcie, okazuje się jednak, że jakiś tłumok nie wczytał programów do operowania kobiet i stół może ciąć i leczyć tylko mężczyzn. Wpadki zdarzają się najlepszym, na szczęście nasza bohaterka zna obejście problemu i zupełnie ignorując fakt posiadania macicy, poddaje się męskiej operacji brzucha…
7. Aborcja, spinacze i cuda nowoczesnej medycyny. Jakoś udało się naszej bohaterce przeprowadzić operację. Laser poprzecinał jej mięśnie brzucha, wyciągnął obcego, szybko załatał, zszył spinaczami. W tym czasie nasza bohaterka zaaplikowała sobie taką ilość środków przeciwbólowych, że już dawno powinna stracić przytomność, ale nadal trzyma się i walczy. Jeszcze kilka godzin po tej nieprawdopodobnej operacji będzie biegać, skakać, walczyć… Ja rozumiem, że technologia może pójść do przodu w sposób nieprawdopodobny, ale chyba reakcje naszych organizmów w przyszłości nadal pozostaną taki same? I jeszcze jedna ciekawostka: nasza bohaterka wyrywa się androidowi, któremu widocznie zależy na tym, aby zamrozić ją do dalszych badań. Ucieka aby poddać się operacji, a nasz android David zupełnie olewa sprawę i nawet nie próbuje jej zatrzymać.
8. Zupełny brak psychologii i ciągłe, bardzo denerwujące zmiany w motywacji bohaterów. Inna kobieta spaliła ci męża miotaczem ognia – nie musisz mieć żadnych pretensji i żalów. Zarysowany problem świadomości androidów zdeptany przez jedno-liniowe działanie Davida, w którym coś niby pęka, a jednak ulegle godzi się na to, że jest tylko bezduszną maszyną. Raz dodaje tajemnicze DNA do drinka jednego z członków załogi, później mówi jej żonie, że jest mu przykro, że to musiał być on (tej samej, która była w ciąży), na koniec pomaga jej wydostać się z planety – kobieta oczywiście przyjmuje to wszystko ze stoickim spokojem. Inżynierowie stworzyli ludzi, później chcą ich zniszczyć i w zasadzie już dawno by to zrobili, gdyby nie pewne problemy z ich własną bronią. Do tego wszystkiego dochodzi pierwsza scena z Inżynierem, który świadomie popełnia samobójstwo… Dlaczego? Jak?
9. Instynkt samozachowawczy. Jeśli spada na ciebie coś wielkiego i podłużnego, to oczywiście uciekasz wzdłuż tego, zamiast przeturlać się kilka metrów w bok. Tak samo, kiedy pierwszy raz spotykasz się z obcą formą życia, to bawisz się w jej oswajanie, w końcu macki są słodkie… Dochodzi jeszcze poświęcenie załogi, ale to w punkcie 13…
10. Obcy rośnie sam z siebie. W pierwszej części obcego jego nagły wzrost tłumaczony był potrzebą dokonania skrótów w całej opowieści. Scott chciał przedstawić stadia rozwoju ksenomorfa i jakąś pozostałością tego jest w tamtym filmie scena znalezienia skóry zrzuconej przez obcego. Poza tym wszystko to dzieje się tam w dłuższym czasie. Widzowie już wtedy łyknęli ten skrót, więc tutaj twórcy poszli na całość. Mały płód wyciągnięty z ludzkiego brzucha w trakcie „akcji aborcja” (patrz punkt 7), zamknięty w ciasnym pomieszczenie staje się po kilku zaledwie godzinach, ogromnym potworem z potężnymi mackami. Jeśli jeszcze w pierwszej części obcego można było to jakoś wytłumaczyć – ksenomorf na statku mógł żywić się szczurami, miał dostęp do wody, mógł też dobrać się do pożywienia załogi i szybko urosnąć na bazie tych pożywnych substancji, to w Prometeuszu potworowi z mackami wystarczyło tylko powietrze, aby zwiększyć swoją masę tak gdzieś dwudziestokrotnie.
11. Przekombinowany cykl rozwoju obcych. Kiedyś było to proste – z jaja wychodzi poczwarka i przykleja się do nosiciela, w którym składa jajko. Z brzucha nosiciela wykluwała się forma dorosła. Teraz wygląda to tak: Wystarczy kropla czarnej „spermy” zjedzona przez przedstawiciela jakiegoś gatunku, później musi dojść do kopulacji między zarażonym osobnikiem, a innym osobnikiem z jego gatunku. Później mamy błyskawiczną ciąże, ale zamiast dorosłego osobnika, dostajemy poczwarkę, która musi przylepić się do twarzy kolejnego nosiciela i dopiero z niego wykluwa się forma dorosła. Proste nie?
12. Gdzie są obcy? Baza Inżynierów została zaatakowana przez obcych, którzy jakby na to nie patrzeć, byli ich własną bronią. Inżynierowie sobie z nimi nie poradzili i widzimy sterty ciał z brzuchem rozerwanym od środka. Gdzie zatem są ksenomorfy? Gdzie chociażby ich jaja oczekujące na nowych nosicieli?
13. Podróż z prędkością światła (ten punkt zrozumie tylko ścisłe grono humanistów i wszyscy fizycy, więc możesz sobie odpuścić). Najbliższa ziemi gwiazda (poza słońcem) to Alfa Centauri. Odległość miedzy nami to 4,22 lata świetlne. Znaczy to, że lecąc z prędkością światła, dolecimy tam za 4,22 lata według perspektywy załogi statku. Szybciej lecieć się nie da, ponieważ prędkość światła jest największą możliwą prędkością i w zasadzie niemożliwą do osiągnięcia (aby rozpędzić ciało posiadające masę do prędkości światła, potrzeba nieskończonej ilości energii). Nawet zbliżając się do połowy prędkości światła mamy do czynienia ze zjawiskiem dylatacji czasu. Dylatacja jest tym większa, im bliżej prędkości światła się znajdujemy. Tłumaczy to w pewien sposób brak kontaktu z ziemią, na której minęło już pewnie kilka tysięcy lat, nie tłumaczy jednak tego, że zebrano na statku grupę ludzi, którzy nie mieli pojęcia, że ze względu na dylatacje czasu, jest to misja bez powrotu! Aby było ciekawie, układ, do którego nasi bohaterowie polecieli, nie był widoczny z ziemi, więc musiał znajdować się dużo dalej, niż 4 lata świetlne. A dolecieli tam po niecałych trzech latach! No i jeszcze na końcu Inżynier rusza statkiem w stronę ziemi, aby ją zniszczyć, kiedy prawdopodobnie ona już nie istnieje. Nie przeszkadza to jednak kapitanowi statku oddać życie, rozbijając Prometeusza o statek Inżyniera, co jest także całkowicie pozbawione instynktu samozachowawczego (patrz punkt 9).
14. „Nie wiem, jak to wszystko powiązać teraz w spójną całość, więc nie będzie żadnych odpowiedzi, zamiast tego dam otwarte zakończenie”. Tak pewnie pomyślał sobie scenarzysta, kiedy pod koniec zrobił sobie rachunek sumienia, chcąc podsumować całą „fabułę”. W efekcie w filmie nie ma żadnego twista, żadnych odpowiedzi, żadnej logiki. Nic. Jest tylko zapowiedź kolejnej części – mam jednak nadzieję, że takowa nie powstanie nigdy. Trudno byłoby wybrnąć nawet najgenialniejszemu scenarzyście z tych wszystkich absurdów, które zrodził ten film.

15. Telenowelowe potraktowanie problemu sztucznej inteligencji. Blond-włosy android Dave, i wszystkie te zbliżenia, kiedy hologram jego stwórcy mówi mu, że nie ma on duszy. Te wszystkie filozoficzne dialogi, brzmiące mniej więcej tak:
– Chciałem z nimi porozmawiać, dowiedzieć się, dlaczego nas stworzyli.
– Och, zobacz na mnie, ja mam tę szansę i odpowiedź wcale nie jest satysfakcjonująca
– Och naprawdę, ale jakiś sens być musi!
– Stworzyli was dlatego, ponieważ mieli taką możliwość. To wszystko!
– Stary, nie płacz!
– Nie mam zaprogramowanego płakania, jestem tylko androidem.
– Och!
– Ach!
Padają sobie w ramiona, później android go zabija, dając mu drinka z zabójczym DNA obcych.

16. Równie telenowelowa metafizyka i pochwała kreacjonizmu. To ciągłe ściąganie i zakładanie krucyfiksu z Jezusem. Pytania o sens życia, i o to czy można nadal wierzyć w Boga po tym wszystkim, co się widziało. „Może i stworzyli nas Inżynierowie, ale kto stworzył Inżynierów?” – pada metafizyczne pytanie o głębi równej głębokości wszechświata (jak mawiał staruszek Einstein: „tylko dwie rzeczy są nieskończone – wszechświat i ludzka głupota, chociaż co do tego pierwszego wciąż mam wątpliwości”) i pytanie to zatyka wszystkim usta! Mam wrażenie, że scenarzysta jest wojującym kreacjonistą. Wszystkie te motywy chrześcijańskie są tutaj równie nachalne jak w filmach Agnieszki Holland, a prymitywny kreacjonizm zmieszany z motywami iście scjentologicznymi leży u źródeł całej tej niedorzecznej historii.

To wszystko. Pisane na gorąco, więc pewnie gdybym się wysilił, to znalazłbym tuzin kolejnych absurdów. Jeśli zaś chodzi o sam film, to polecam zwyczajnie nie oglądać. Zakończę parafrazą z jednego z najlepszych horrorów s/f, którego reżyser został nieszczęśliwie dotknięty starczą demencją:
Po tym szoku powinienem dojść do siebie za około sześć tygodni.
Przy odrobinie szczęścia, oszczędzę wam niepotrzebnej irytacji.
Mówił Przemek,
ostatni ocalały widz Prometeusza.
Odmeldowuję się…