Moja wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa

Posted by in Blog, książki, nauka

Właśnie skończyłem czytać trzecią już książkę Richarda Dawkinsa – Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa. Autor posługuje się w niej interesującą metaforą – w naturze istnieją tak niesamowite zależności i niezwykle skomplikowane rozwiązania, że trudno nam uwierzyć, iż powstały one w wyniku ewolucji z pomocą doboru naturalnego. Wygląda to tak, jakbyśmy spoglądali na szczyt nieprawdopodobieństwa, nie dowierzając, że można wspiąć się po jego pionowych ścianach. Tymczasem ewolucja pokazuje nam inną drogę na ten szczyt – niemalże poziome zbocze, którym można dostać się na samą górę, jednak zajmie nam to zdecydowanie więcej czasu.
Tak właśnie jest z odpowiedziami na wszystkie skomplikowane pytania. Zawsze patrzymy na nie stojąc przy pionowej ścianie i patrząc na sam szczyt. Chcielibyśmy rozwiązania najprostszego i najszybszego. Chcielibyśmy, aby jakiś złotowłosy anioł z białymi jak śnieg skrzydłami zjawił się nagle przy nas i pomógł nam dostać się na szczyt góry nieprawdopodobieństwa w mgnieniu oka. Wymyślamy sobie takiego anioła i zaczynamy nawet w niego wierzyć (w końcu niby jak inaczej można dostać się na ten szczyt, jeśli nie przy pomocy jego skrzydeł?) – aniołem tym jest metafizyka, która daje nam szybkie i proste odpowiedzi, pełne poetyckiego piękna i religijnych metafor, jednak pamiętajmy, że są to odpowiedzi fałszywe. Oślepieni boskim światłem niedostrzegany tego, że z drugiej strony naszego szczytu znajduje się łagodne zbocze – z pozoru mało ciekawe w porównaniu do pionowej ściany, nie tak poetyckie i będące w dodatku drogą wielokrotnie dłuższą, jednak to właśnie tym łagodnym zboczem biegnie ewolucja!
Przedwczoraj wdałem się w filozoficzną dyskusję na temat nas samych, sensu życia i innych takich zagadnień. Wiele tych zagadnień w ustach mojego rozmówcy przypominało próbę szarżowania szczytu nieprawdopodobieństwa, przy pomocy jakiejś metafizyki, magii i religii. Mojego rozmówcę darzę wielkim szacunkiem, jednak trudno mi jest wytłumaczyć mu, że jego pytania i jego odpowiedzi są zmyślonymi konstrukcjami, przy pomocy których może i wyobrazi sobie jakoś ten szczyt, jednak nigdy na niego nie wejdzie! Nigdy nie otrzyma prawdziwych odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się stało, że jako gatunek dotarliśmy aż tutaj i co z tego wynika! W mojej dyskusji musiałem ograniczyć się tylko do dyskredytowania metafizyki, albowiem stałem na straconej pozycji – aby wytłumaczyć mu mój punkt widzenia, musiałby on z własnej woli wyruszyć ze mną na długą podróż po łagodnym zboczu. A przecież w burzliwych dyskusjach nigdy nie ma na to czasu, więc tkwiliśmy pod tą stromą ścianą i próbowałem go przekonać, aby poszedł za mną, a on uparcie wypatrywał blasku…
Tak to wygląda i zrozumiałem to dzięki Dawkinsowi i jego metaforze szczytu nieprawdopodobieństwa. Zrozumiałem, że naukowe podejście to długa droga po łagodnym zboczu, prowadząca nas na samą górę. Metafizyka zaś to uparte siedzenie pod pionową ścianą i spoglądanie na szczyt w oczekiwaniu na anioła, który nas tam zabierze. Trzeba też nieporównywalnie większej wyobraźni, aby zrozumieć każdy krok wędrowca szukającego odpowiedzi, a także wielkiej pewności siebie i samozaparcia, aby wyruszyć w tę długą i trudna podróż (ścieżka na szczyt nieprawdopodobieństwa często bywa bardzo kręta). A ile trzeba, aby do końca życia siedzieć pod szczytem i upierać się przy jednym rozwiązaniu, nie przyjmując nawet do wiadomości, że może być ono fałszywe? Jak na moje oko, bardzo niewiele – jednej świętej księgi i kilku regułek powtarzanych za każdym razem, gdy ktoś proponuje tobie podróż, która mogłaby zmienić twoje życie…