Kraksa

Posted by in nowela filmowa

Ostrzeżenie: tekst skierowany tylko dla osób pełnoletnich i o mocnych nerwach. Czytasz na własną odpowiedzialność!
Wieczór. Leżę patrząc w sufit. Myślę wciąż o tobie. Minął już prawie tydzień, przestałem sypiać, nie mam potrzeby się golić, nie mam po co żyć. Za oknem słychać ryk silników, przez niezasłonięte żaluzje wpada na chwilę do środka białe światło, na które tak lubiłem patrzeć, kiedy przemykało po twojej gładkiej skórze. W ręku mam małą szkatułkę, wewnątrz której znajduje się pierścionek. Płaczę.
Dzień. Praca pozwala mi zapomnieć o wszystkim, pozwala mi zapomnieć o tobie, pozbyć się ciebie na zawsze. Ciesze się, że mogę i cieszę się, że muszę pracować. Na dwupasmowej drodze leżą porozrzucane szczątki nierozważnego kierowcy. Część ciała kobiety – pasażerki – znajduje się nadal w samochodzie. Roztrzaskana jak melon głowa, przykryta jest tylko długimi, kasztanowymi włosami. Z nią nie będzie tyle problemów co było z tobą moja ukochana. Nad kierowcą trzeba będzie jednak popracować. Arek pytał się, co u ciebie. Powiedziałem mu, że cię zostawiłem, chociaż oboje dobrze wiemy, że to nieprawda…
Kiedy tylko policja skończy swoją pracę, zabieramy ciała do mojej pracowni, gdzie przywracamy im godny kształt, szykując do pochówku. Jestem w tym najlepszy. Na podstawie fotografii odtwarzam w wosku kształt twarzy kasztanowłosej, dłonie składam na wysokości brzucha i związuje drutem, aby zakryć dziurę w brzuchu, powstałą, kiedy silnik przebił tapicerkę. Jeśli rodzice kierowcy nie zapłacą dodatkowych pieniędzy, pogrzeb syna będzie się musiał odbyć w zamkniętej trumnie. A potrafiłbym go poskładać, wszystkie elementy mam na miejscu, wystarczyłoby tylko pozszywać, wypchać trocinami i napompować płynem balsamicznym, do tego ostrożnie i z wyczuciem, nałożyć wypełniacz, wymodelować, aby wyglądał jak żywy… Sprawia mi to ogromną satysfakcję, to jest jak sztuka, dla której galerie nie istnieją, widzowie zawsze płaczą ze wzruszenia, a dzieła moje, zamknięte w dębowej trumnie, na zawsze znikają w mroku kilka metrów pod ziemią. Makabryczne mimesis świętej pamięci.
Pamiętasz Egipt? Mumię Tutenchamona? Pamiętasz, jak piękny był orszak egipskich faraonów? Złota maska z jakże żywym spojrzeniem. Tej nocy, w hotelu, gładziłem twoje ciało tak, jak teraz gładzę wosk na twarzy kasztanowłosej. Myślałem wtedy o mojej pracy, jak o sztuce tajemnej, której sekrety przekazywanie są tylko nielicznym. Śmierć nie musi nikogo pozbawić piękna. Spójrz, jak żywo lśni porcelanowe oko, wciśnięte między woskowe brwi. Piękny fałsz spogląda w głąb mej duszy, widzę, jak migocze spojrzenie śmierci. Pochylony nad  stołem operacyjnym, zaglądam zalotnie w te jej lśniące, szklane oczy…
Noc. Leżę patrząc wciąż w sufit; nie mogąc zmrużyć oczu, myślę wciąż o twoich słowach. Nigdy nie lubiłaś mojej pracy, miałaś mi za złe, że pachnę formaliną, że pod paznokciami wciąż mam krew. Gdybyś wiedziała, jaką byłaś inspiracją dla mnie, jak wspomnienie twojego żywego ciała i gładkiej różowej skóry, sprawiało, że z jeszcze większą satysfakcją składałem w całość tych nieszczęśników, którzy jeszcze tak niedawno mknęli z zawrotną prędkością, aż kostucha nie zamrugała do nich złowrogo, oślepiając przeznaczeniem. Być może było nam pisane w końcu się rozstać… Pamiętasz, jak się poznaliśmy? Ty i ja, dwójka studentów medycyny plastycznej, nocne kluby i rozmowa o korekcji nosa kolejnej hollywoodzkiej gwiazdy. Groteskowe dowcipy, umiłowanie do makabry. Pasowaliśmy do siebie idealnie. Kiedy zamieszkaliśmy razem, nad naszym łóżkiem powiesiłaś portret Lenina z moskiewskiego mauzoleum – szczytowe osiągnięcie medycyny plastycznej XX wieku – prawdziwy symbol naszych fałszywych czasów. Byłaś zadowolona z tej metafory. I było w tym coś awangardowego; coś, co ostatecznie pchnęło mnie do mojego zawodu…
Dom. Zakonserwowana Matka i jej zaprawy. Zupa pomidorowa i pytania. Ona bardzo cię lubiła i jest zmartwiona, że nie mogłaś przyjść. Nic jej nie powiedziałem, jednak ona chyba czuje, że się rozstaliśmy. Nie zadaje pytań, dolewa mi zupy. Mieszam łyżką w pomidorówce. Wygrzebuję ze środka kawałki kości kurczaka. Małe żeberka wyglądają jak miniaturowe żebra ludzkie. Pałętające się dookoła marchewki, wyglądają jak ręce i nogi pływającego we własnej krwi trupa. Uwielbiam zupę przygotowaną przez matkę. Uwielbiam.
Noc. Leżę przykryty tylko białym prześcieradłem, niczym całunem pogrzebowym, i patrząc wciąż w sufit, wspominam nasze upojne, spędzane wspólnie noce. Tęsknie za twoim dotykiem, za twoimi ustami, za twoimi łydkami, za twoimi włosami… Delikatnie gładzę małą czerwoną szkatułkę, zerkam na telefon, na którym zegarek wskazuje północ. Jutro miał być wielki dzień, jutro twoje urodziny…
Noc. Chyba sen. Asfalt pokryty prześcieradłem. Leżę na samym środku drogi, ustami dotykam podwójnej ciągłej linii. Na środek wbiega jeleń. Na jego prawym rogu widzę pierścionek zaręczynowy ze złota. Uśmiecham się do niego, on się nachyla i z rogu zsuwa się obrączka, która wpada wprost na moją dłoń. Jestem szczęśliwy, nie zauważam jednak dwóch świateł skradających się cicho za zwierzęciem, na którego grzbiecie dostrzegam teraz ciebie, ubraną tylko w koszulę nocną… Chcę krzyczeć! Nie mogę jednak wydusić z siebie ani słowa. Zrywam się spocony z łóżka. Dzień. Chyba pierwszy od tygodnia, kiedy nie widzę wschodzącego słońca… Może wreszcie zaczynasz stawać mi się obojętna?
Praca pozwala mi zapomnieć. Dziś policyjni przywieźli nowy samochód – wielkiego mercedesa klasy A. Właśnie zsuwają go z lawety i ostrożnie wprowadzają na sam tył mojej pracowni. Nie widzę żadnych wgnieceń, żadnej pękniętej szyby. Nic. Arek przyjmuje od nich papiery, składa na nich podpis i zaczyna pytać. Policjanci zaczynają opowiadać, a ja przysłuchuję się temu z ciekawością, ubierając biały roboczy fartuch.
Mężczyzna, szef dużej firmy i ojciec dwójki dzieci, wracał nocą do domu z ważnego spotkania biznesowego. Przed jego oczyma nagle mignęło coś jak jakieś zwierzę, sarna albo młody jeleń. Poczuł mocne uderzenie i zahamował szybko. Kiedy wysiadł z samochodu, zaczął szukać jakiegoś śladu krwi; spodziewał się znaleźć ciało odrzucone gdzieś na poboczu. Szukał długo z latarką w dłoni, jednak nic nie znalazł. Samochód też wydawał się w porządku. Żadnego wgniecenia, żadnych śladów po uderzeniu. Mężczyzna wsiadł więc z powrotem do środka i pojechał do domu. Nad ranem, jego dwie córeczki zbiegły do garażu, wyprzedzając ojca, który jak zwykle miał je zawieźć do przedszkola. Cała podłoga zalana była krwią ściekającą spod maski silnika, a między światłami brakowało kratki od chłodnicy. Mężczyzna wygonił dziewczynki z powrotem do góry i otworzył maskę, wtedy jego oczom ukazał się makabryczny widok. W trakcie uderzenia kobieta musiała czołgać się po ziemi lub poruszać się na czworaka. Policjanci stwierdzili tylko lakonicznie, że była prawdopodobnie pijana. Kiedy poruszający się z ogromną prędkością samochód w nią uderzył, ta wbiła się w chłodnicę i w całości zniknęła – została wchłonięta pod przykrywę silnika, pożarta przez wielki samochód i połączona z jego ogromnym, sześciocylindrowym silnikiem.
Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że jest to najdziwniejszy wypadek samochodowy, jaki kiedykolwiek widzieliśmy… Szkoda, że nie mogłaś widzieć ich min. Arek pokwitował odbiór, podobno biznesmen płaci za poskładanie dziewczyny. Ciekawe, czy będzie jeszcze chciał kiedyś jeździć tym samochodem? Ja nadałbym mu twoje imię i nocami rozpędzał się do 200 kilometrów na godzinę i mknął przez pustą drogę, na granicy życia i śmierci…
Mówię Arkowi, że czeka nas sporo pracy z tą dziewczyną. Jednak Arek przeprasza i informuje mnie, że będę musiał się tym samemu zająć, albowiem on jedzie na już od dawna zaplanowane wakacje. Wygląda na to, że będę musiał zarwać nockę, trzeba to poskładać, nim zacznie gnić… Wtłaczam do pracowni chłodziwo i ubieram kombinezon. Telefon w mojej kieszeni zaczyna wydawać znajomy dźwięk. Rzucam wszystko i siadam, aby odczytać wiadomość od ciebie. Mam nadzieje, że ta wiadomość jest od ciebie. Uśmiecham się i czytam. Podobno wygrałem nowego mercedesa. Odnajduję w telefonie twój numer i po chwili wahania, usuwam go bezpowrotnie. Pozbywam się ciebie na zawsze.
Noc. Wracam ciemną uliczką do domu. Czuję się okropnie. Wymiotuję. Widzę twój złamany paznokieć; widzę, jak na plastikowej obudowie akumulatora próbujesz wydrapać swoje ostatnie myśli. O czym mogłaś wtedy myśleć? Co czułaś, kiedy silnik rozrywał twoje jelita i plątał je wokół rozrusznika? Jak długo jeszcze żyłaś? Kim byłaś i kim się stałaś? Dlaczego nie mogę o tobie zapomnieć? Dlaczego wciąż o tobie myślę? Z pewnością kogoś mi przypominasz, kogoś o kim staram się zapomnieć.
Drzwi świątyni są lekko uchylone, ze środka widać delikatne światło. Dziesięć lat nie było mnie w kościele. Wchodzę. Przestrzeń wypełnia woń kadzideł i wosku. Dookoła znajdują się rozłożone świecie, które powoli już się wypalają. Dookoła widzę krew. Ciało umęczone, ciało biczowane, ciało, w które Rzymianin, z makabryczną satysfakcją, wbija wielkie gwoździe. Widzę krew ściekającą po licach martwego proroka, widzę całe jego cierpienie, otaczające kościół, wiernie odtworzone przez bezimiennego artystę, aby budzić trwogę. Krucyfiks jest piękny. Mięśnie opadły, ścięgna w ramionach zerwane. Wierne, niemalże naukowe odtworzenie śmierci przez ukrzyżowanie, zaklęte w dębowej desce, z namaszczeniem co roku ściągane i konserwowane pachnącym balsamem. Ten zapach unosi się wokół, ten zapach łączy mnie w cierpieniu z tym martwym bogiem.
Słyszę skrzypnięcie. Czarna postać zamyka drzwi od zdobionego konfesjonału. Zaprasza mnie do spowiedzi; chcę usłyszeć o tobie ukochana. On chce wiedzieć, co tkwi w głębi mojej duszy. Pokażę mu prawdziwego grzesznika… Przyjmuję wyzwanie i ruszam z uśmiechem na ustach w jego stronę, aby paść przed nim na kolanach i wyspowiadać się ze wszystkich moich grzechów, których i ty byłaś udziałem.
Opowiadam mu o naszych nocnych igraszkach, o cudzołóstwie, o kłamstwie, o wszystkich moich grzechach, jednak on wydaje się nie być niczym zaskoczony. Opowiadam mu więc historię mojego pierwszego prawdziwego grzechu, który miał miejsce, gdy ją poznałem. Ksiądz gubi się w moich wstydliwych wspomnieniach, decyduje się przemilczeć fakt, że nie chodzi mi o ciebie, tylko o nią – o śmierć… Opowiadam mu, jakie podniecenie wywołał we mnie ten wieczór, kiedy byłem nastolatkiem szukającym swojej drogi. Kraksę otaczał wówczas tłum ludzi, wraz ze znajomymi próbowaliśmy się przedostać na sam środek, aby ujrzeć chociaż skrawek tajemnicy życia i śmierci, aby spojrzeć jej prosto w oczy. Nazywała się Eliza i mieszkała w moim bloku. Była piękna. Masturbowałem się, wspominając jej gładkie łydki, które podglądaliśmy, kiedy wchodziła w spódnicy po schodach. Teraz jej łydki leżały na pasach, porozcinane przez zimną stal samochodu osobowego. Krew zalewała okolicę, rozczłonkowana Eliza patrzyła martwym wzrokiem prosto w moje oczy, chyba wiedziała, o czym myślę, kiedy kładę się spać. Tej nocy wspominałem ją bardzo intensywnie…
Ksiądz wygląda na zniesmaczonego, pragnie podarować mi wizytówkę jakiegoś psychologa, jednak jego przeciągłe ziewnięcie wskazuje, że nawet ta historia, nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Wtedy szeptem, mówię mu, że zataiłem jeszcze jeden, największy grzech. Morderstwo! Ksiądz okazuje zainteresowanie, więc opowiadam mu, jak trzymałem cię za głowę, czekając na samochód. Opowiadam mu, jak półprzytomną, rzuciłem cię wprost na nadjeżdżającego mercedesa i jak zniknęłaś pożarta przez blaszaną bestię. Opowiadam mu, że wcale tego nie żałuję, że to ty mnie opuściłaś i że naprawdę cię kochałem, dlatego musiałem to zrobić. Nie chcę rozgrzeszenia, pragnę tylko z ust jego usłyszeć kojącą historię, opis piekła, gdzie czeka mnie tysiące, niekończących się tortur. Obiecuję mu, że niedługo wrócę, muszę tylko dojrzeć do pokuty. W ten sposób zaoferowałem mojemu spowiednikowi spowiedź jego życia. Wiem, że będzie teraz co wieczór mnie oczekiwał, tak jak ja teraz oczekuję ciebie.
Noc. Wciąż gapię się w sufit, wspominając ciebie. Twój pieprzyk znajdujący się zaraz przy pępku, kruczoczarne włosy i śmiech twój, który zawsze potrafił wyrwać mnie z tego podłego nastroju. Wiesz, że ćwiczyłem sposób, w jaki miałem tobie podarować ten pierścionek? Teraz pędzę z zawrotną prędkością przez jednopasmową drogę ekspresową. Dookoła las; dwie dziewczynki, moje wyimaginowane córeczki, uśmiechają się do mnie i pytają o mamę. Pokazuję im palcem na celownik zamontowany na samym przodzie samochodu. One zaczynają krzyczeć entuzjastycznie, przeczuwając zbliżającą się, utęsknioną kraksę. Wciskam gaz do samego końca. Uderzenie. Moja głowa ląduje na miękkiej poduszce. Wszystko zatrzymuje się w miejscu. Jest przyjemnie. Moje wyimaginowane córeczki w swoich dziecięcych sukienkach, jak dwa małe aniołki, lewitują nad moją głową. Machają mi na pożegnanie i wylatują przez przednią szybkę, w stronę światła, prosto w twoje ramiona. Jestem szczęśliwy, kładę głowę na poduszkę i zasypiam…
Dzień. Wschodzi słońce. Budzę się wtulony w twoje kruczoczarne włosy. Nie widzę twojej twarzy, jednak wiem, że jesteś naga. Idziesz do łazienki, lecz ja wiem, że jesteś tylko zjawą, gdyż nie widzę twego odbicia w lustrze. Wstaję i zaczynam szykować się do pracy, bowiem tylko ona pozwala mi zapomnieć…
Mechanizm, skóra, klucz francuski, śrubokręt, skalpel. Oddzielam mięso od zimnej niemieckiej stali. Oddzielam kości od tłoków, żyły od kabli, skórę zdejmuję z obudowy, szukam zębów twoich w misce olejowej, delikatnie gładzę twoje kruczoczarne włosy. Na połamanej miednicy twej, dostrzegam strzępy koronkowego materiału, który ściągam z namaszczeniem i odkładam na stół, na którym leżą już dwie nogi. Gładzę twoją łydkę, wcierając w nią balsam. Wielką igłą zszywam wszystkie rany, które następnie zaklejam specjalną taśmą maskującą blizny. Jeden skrawek skóry nie pasuje do reszty. Posiada dziwne wgłębienie na samym środku – to musi być twój pępek – poznaje po pieprzyku znajdującym się tuż przy nim. Uśmiecham się na wspomnienie, kiedy z ogromną pasją zagłębiałem w nim mój język, a ty zaczynałaś wiercić się ze śmiechu. Chcę zrobić to znów, jednak dźwięk dzwonka wyrywa mnie ze wspomnień i powstrzymuje od tego zamiaru.
Policjanci są zawsze dla nas bardzo mili. Zdejmuję zakrwawiony fartuch i proponuję im kawy. Razem z nimi jest znany mi lekarz medycyny sądowej – Jędrzej – kolega ze studiów. Podobno istnieją podejrzenia, jakoby kobieta została zamordowana, policja zdobyła dwie, niezależne poszlaki, wskazujące, że ktoś ją wrzucił pod koła nadjeżdżającego samochodu. Zastanawiam się przez chwilę, czy ksiądz nie złamał przypadkiem tajemnicy spowiedzi, jednak bardziej zastanawia mnie druga poszlaka. Dowiaduję się, że dwadzieścia minut przed wypadkiem, fotoradar zarejestrował pędzący z nadmierną prędkością samochód. Na zdjęciu podobno widać ofiarę idącą wraz z jakimś mężczyzną w stronę miejsca, w którym doszło do wypadku; podobno trzyma on kobietę za ramię, jakby ta była całkowicie pijana. Jędrzej mówi także o jedynej możliwości, w której samochód mógł całkowicie pochłonąć ciało do środka – mężczyzna musiał trzymać ją mocno za szyję i rzucić wprost na nadjeżdżający samochód. Dzięki temu pędowi przebiła się przez chłodnice, znikając całkowicie pod pokrywą silnika.
Jędrzej i policjanci przybyli z nakazem. Chcą pobrać próbki. Chcą zajrzeć pod twoje kruczoczarne włosy i poszukać śladu palców, odcisków duszenia na twojej delikatnej szyji. Chcą także, abym znalazł żołądek i przygotował próbki z zawartością. Bierzemy się do pracy. Jędrzej pyta, co u nas słychać; proponuje, abyśmy się kiedyś spotkali i powspominali stare dobre czasy. Mówię mu, że się rozstaliśmy. Nie wygląda na zdziwionego. To wszystko nie bardzo mi się podoba. Pytam, czy zidentyfikowano już tę kobietę, okazuje się, że policja nie dostała żadnego zgłoszenia o zaginięciu. Podejrzewają, że to jakaś prostytutka i wciąż czekają, aż ją poskładam, dopiero później mają przystąpić do identyfikacji. Czuję się źle. Zostawiam ich samych z ciałem i wychodzę do ubikacji aby opłukać twarz zimną wodą. To nie może być prawdą! Co się ze mną dzieje?
Wybiegam do szatni i chwytam za telefon komórkowy, nie znajduję jednak twojego numeru. Zaczynam przeglądać archiwum wiadomości i znajduję wiadomość od ciebie. Przez chwilę napawam się jej treścią, po czym zaczynam dzwonić na twój numer telefonu. Pulsujący miarowo sygnał. Cisza. Nie odpowiadasz, nie odbierasz, albo nie możesz odebrać. Rzucam się w stronę mojej kurtki i wyciągam z niej szkatułkę. Otwieram i widzę, że pierścionka nie ma. Jędrzej zachodzi mnie od tyłu – właśnie skończyli i mogę wracać do pracy.
Wieczór. Siedzę pochylony nad maską wielkiego mercedesa i powoli wyciągam z jego wnętrza kolejne elementy układanki; wyciągam ze środka twoją dłoń, poszarpane ramię i rozerwane palce. Jestem już bardzo zmęczony, kiedy nagle w ciemności rozlega się twój śmiech. Spoglądam na dłoń i dostrzegam na niej pierścionek, który miałem ci podarować. Oglądam się dookoła i znów słyszę twój śmiech, dobiegający spod stołu, na którym leżą części twojego nagiego ciała, w połowie już zszyte. Zdejmuję pierścionek z martwego palca i powoli idę w stronę stołu, aby zajrzeć pod białą kotarę. Znów słyszę twój śmiech, widzę, jak poruszasz palcem u stopy, chociaż może to tylko refleks światła, albo może ja już całkowicie oszalałem. Odsłaniam kotarę i pod stołem widzę ułożoną przeze mnie stertę zakrwawionych ubrań. Sięgam po skórzany element znajdujący się na szczycie tej sterty, w środku znajduje się zdjęcie przedstawiające dwie kobiety. W tym momencie silnik samochodu odpala, a ja odwracam się przerażony. Mężczyzna w garniturze wychodzi z samochodu i zaczyna mnie przepraszać. Chciał tylko otworzyć schowek i coś z niego wyciągnąć. To właściciel auta. Przyszedł uregulować należność za poskładanie dziewczyny. Proponuje za tę pracę oddać mi tego mercedesa. Godzę się na taki układ i z uśmiechem na ustach, podpisuję umowę. Mężczyzna prosi mnie też, abym pokazał mu ciało. Ostrzegam go, że widok może być makabryczny, jednak on się upiera. W końcu jako pierwszy ujrzał dziewczynę po otwarciu maski. Trzęsie się, widać wyraźnie, że odcisnęło się to na jego psychice. Płacze jak małe dziecko, dotyka białej płachty, którą przykryta jest górna część ciała, jakby były to włosy jego córeczki. Razem wychodzimy z pracowni, informuję go, że dziewczyna będzie poskładana pojutrze. Otrzymuję od niego kluczyki od samochodu.
Noc. Leżę patrząc w sufit; nie mogę zasnąć. W dłoni mam zakrwawioną fotografię i to ty na niej jesteś. Gładzę to zdjęcie palcem, sięgam po kluczyk od mercedesa. Chwilę później pędzę przez las z zawrotną prędkością, otoczony całunem nocy. Zamykam oczy, odpinam pasy i słyszę muzykę; słyszę, jak śpiewasz; słyszę znajomy dźwięk – melodyjkę z mojego telefonu, wraz z twoim mrukliwym akompaniamentem. Uderzam w drzewo i wylatuję przez przednią szybę. Lecę przez las, mijając kobiety ubrane w białe koszule nocne, siedzące okrakiem na grzbiecie jeleni. Mijam dwie dziewczynki w zakrwawionych sukienkach, które trzymając się za ręce, wyśpiewują dziecięca wyliczankę. „Raz, dwa, trzy, dzisiaj zginiesz ty”. Budzę się, jest już dziesiąta.
Słyszę dzwonek przy drzwiach. Szybko ubieram spodnie i chowam zakrwawioną fotografię do szafki. Otwieram drzwi i widzę cię wyraźnie, i nie jesteś już zjawą – jesteś prawdziwa! Padasz mi w ramiona i przepraszasz. Ja ci wybaczam, tęskniłem za tobą. Tłumaczysz, że nie odbierałaś telefonu, gdyż okazało się, że twoja koleżanka zginęła w wypadku samochodowym, i z początku wszyscy myśleli, że zwyczajnie zaginęła, a ty pomagałaś w jej poszukiwaniach. Pytasz się, czy ktoś nie zlecił mi poskładania jej – Beaty. „Pamiętasz ją? Jest tak podobna do mnie, ma długie czarne włosy jak ja… pomyślałam, że może ktoś wam zlecił…”. Głos ci się łamie, ja zaprzeczam. Tłumaczę, że ostatnio nie było dużo pracy, gdyż Arek wyjechał na urlop i mamy przerwę w interesach, ale udało mi się wygrać samochód w loterii. Mówię tobie, jak bardzo cię kocham i wyciągam z kieszeni szkatułkę z pierścionkiem. Na ten widok zaczynasz płakać jeszcze bardziej – troszkę histerycznie i z niedowierzaniem. Obejmuję cię i uspokajam. Najważniejsze, że znów jesteśmy razem.
Kilka dni później jedziemy na jej pogrzeb tym pięknym mercedesem. Mkniemy z zawrotną prędkością po drodze ekspresowej pomiędzy drzewami. Pierścionek lśni na twym palcu. Jestem szczęśliwy. Patrzysz na fotografię na której stoisz uśmiechnięta tuż przy swojej przyjaciółce. Proponuję, abyś zostawiła zdjęcie w samochodzie, w kieszonce znajdującej się w osłonie słonecznej nad twoją głową. Ręką gładzę skórzaną gałkę od zmiany biegów, jakby było to twoje kolano. Pędzimy szybko; przeraźliwie szybko.
W kościele rodzina pogrążona w smutku. Dwie dziewczynki ubrane w białe sukienki, siedzą przy moim kliencie. Na środku otwarta trumna w niej leży piękna kobieta o kasztanowych włosach. Wchodzimy spokojnie i wszyscy patrzą na ciebie przerażeni. Siadamy w ławkach i słyszymy szepty dookoła i palce wskazujące na ciebie. Jesteś przerażona i zaczynasz płakać. Podchodzisz do trumny, aby się pożegnać z przyjaciółką i wtedy padasz na kolana przerażona. Kobieta leżąca w trumnie wygląda dokładnie jak ty. Cud medycyny plastycznej. Jesteś piękna, moja ty ukochana…
(…)
„Ciało i technologia pomieszane ze sobą,
wzajemnie uwiedzione, splecione ze sobą
              w nierozerwalnym uścisku”.
(…)
   „Tylko ciało zranione symbolicznie istnieje –
dla siebie i dla innych – „pożądanie” seksualne
    jest zawsze tylko ową możliwością łączenia,
                  krzyżowania i wymiany znaków,
                          przysługującą ciałom”.
(…)
                              Jean Baudrillard,

           Symulakry i symulacja, Warszawa 2005 

Copyright © 2010 Przemysław Pinczak. All rights reserved.