Mechaniczny jabłecznik

Posted by in Opowiadania, postapokalipsa, s/f

Zawsze byłem w stanie bez problemu odróżnić prawdę od fałszu, nigdy nie pakowałem się w robotę opartą tylko na domysłach i nierealnych mrzonkach. Pieprzone legendy – więcej w nich kości i strachu niż pożytecznych gambli. Ale oczywiście Bob uważał inaczej! To dziwaczne urządzenie, które kupiliśmy na pustyni, zupełnie przewróciło mu w głowie. Ciało Boba znalazłem kilka metrów od ogniska, rozszarpane prawdopodobnie przez Nocnego Łowcę. Nie wierzycie? W takim razie co mogło wleźć do naszego najeżonego czujnikami obozu i poćwiartować mojego przyjaciela? Co było w stanie ominąć dwa wyszkolone psy oraz cztery fotokomórki? Może sam się poćwiartował? Bob pewnie by chciał, abym tam wrócił i zdobył skarb, jednak ja nie mam zamiaru gonić za jakimś mitem, szczególnie jeśli ten jest tak dobrze strzeżony. Bajki są dla dzieci, a jeśli dorośli chcą weryfikować bajki, prawie zawsze natrafiają na koszmary i tak też było w naszym przypadku. Chcecie posłuchać? Tylko nie traktujcie tego poważnie. To tylko bajka, za którą naprawdę nie warto umierać. Urządzenie przypominające mechaniczne jabłko, trafiło w nasze ręce na pustyni. Spotkaliśmy tam przerażonego człowieka imieniem Smith, który przed czymś uciekał. Siedzieliśmy wtedy przy ognisku popijając samogon zupełnie tak, jak ja siedzę teraz przed wami. Smith chciał się pozbyć urządzenia w zamian za galon benzyny i kilka konserw. Oczywiście nie byliśmy naiwni, więc wzruszyliśmy tylko ramionami. Wtedy Smith postanowił nam opowiedzieć historię o tym, w jaki sposób stał się właścicielem tego mechanicznego jabłka. Oczywiście na początku nie wierzyłem w ani jedno jego słowo, jednak później rzeczywistość miała zweryfikować moje poglądy.
 Podobno ten przestraszony obdartus, zdobył urządzenie na jednym z tych niebezpiecznych wypadów po złom. Był szperaczem współpracującym z Posterunkiem. Tacy goście zwykle wpuszczani są na pole bitwy, nim zjawią się jednostki sprzątające Molocha, aby wydrzeć blaszakowi jak najwięcej technologii. Posterunek sam nie dałby rady przetworzyć wszystkiego, więc w zamian za prawo pierwokupu, pozwalają szperać innym już wtedy, kiedy oni są jeszcze zajęci walką. Czasem uda się też coś schować przed jajogłowymi i wymienić później za zdecydowanie większe gamble. Jeden taki duży kurs ustawia człowieka na całą zimę, trzeba tylko wiedzieć, gdzie aktualnie trwają walki. A był to rok wyjątkowo spokojny, mówiło się nawet, że Moloch pełną parą szykuje coś większego i ogranicza się tylko do obrony zajętych terenów. Może dlatego posterunek zapragnął zaatakować, ograbić i następnie zniszczyć jedną z jego bardziej wysuniętych na północ fabryk. Słyszeliście kiedyś o jakiejkolwiek udanej ofensywie Posterunku na bazę Molocha? Ja także nie słyszałem i tak też miało być tym razem. Podobno już po godzinie walk, powietrze było tak gęsto wypełnione śmiercionośnymi chemikaliami, że trudno było dojrzeć coś, co znajdowało się na wyciągnięciu ręki, nie mówiąc już o wszechobecnych maszynach systemu obronnego, które pruły w powietrze ołowiem. Dwie godziny później przybyło ciężkie wsparcie w postaci Juggernautów i kilka setek Łowców kontrolowanych przez jakąś niezwykle wydajną sztuczną inteligencję. Smith wraz ze swoimi ludźmi był więc we wnętrzu fabryki niecałą godzinę, zresztą kto by planował siedzieć w takim miejscu dłużej?

Dalsza część jego historii brzmi tak bardzo nieprawdopodobnie, że po dziś dzień, nawet po tym wszystkim co mnie później spotkało, trudno mi jest w to uwierzyć. Trzyosobowy oddział Smitha dostał się do samego serca fabryki i trafił tam na dziwne pomieszczenie, na środku którego znajdował się olbrzymi, stalowy sarkofag. Dookoła pomieszczenia, przy zielonych terminalach siedziało siedem zmutowanych karłów z wielkimi głowami, które rozpryskiwały się jak dynia, po każdym celnym strzale. W sarkofagu leżała ona. Cudownej urody kobieta z długimi, kruczo czarnymi włosami, ubrana jedynie w czarną luźną sukienkę, przez którą widać było dokładnie jej białą jak śnieg skórę. Wyglądała jak zanurzona w syntetycznym śnie, śpiąca królewna z dziecięcych opowieści. Jedynie jej dłonie były przerażające – zamiast palców miała ogromne, stalowe pazury w których trzymała to dziwne urządzenie – stalowe jabłko z guzikiem zamiast ogonka. Zupełnie zdezorientowani ludzie Smitha, przyglądali się jak zahipnotyzowani tej pogrążonej w głębokim śnie, zabójczej piękności. Wtedy jedyny ocalały karzeł dorwał się do terminala i szybko coś wystukał swoimi długimi paluchami. Światło zgasło, wypełniając pomieszczenie nieprzeniknioną ciemnością. Smith opowiadał, że słyszał krzyki swoich kompanów i przerażający śmiech. Czuł już zimną stal przy swojej szyi, kiedy do pomieszczenia wbiegł oddział Posterunku wyposażany w lampy i karabiny. Widok był straszny. Wszędzie leżały ciała jego towarzyszy i zmutowanych karłów. Ani śladu po kobiecie. Dzień później Smith znalazł w swoim plecaku mechaniczne jabłko.
Na początku miał zamiar sprzedać urządzenie jakiemuś baronowi w Appalachach, jednak gdy wszyscy w jego towarzystwie zaczynali ginąć w tajemniczych okolicznościach, chciał już tylko pozbyć się przeklętego przedmiotu. Tutaj zaczyna się moja historia. Jakiś czas później znalazłem go na pustyni, gdzie za galon benzyny i kilka konserw sprzedał mi to cholerne jabłko. Nie sądzę, aby jeszcze żył. Już wtedy wyglądał jak strzęp człowieka, a transakcji dokonaliśmy raczej pod wpływem wrażenia jakie wywarła na nas jego opowieść, niż z czystej chęci posiadania jabłka. Szczerze powiedziawszy, potraktowaliśmy jego historyjkę jak zwykłą bajkę, której wysłuchanie sprawiło nam przyjemność. Tydzień później, w jakiejś przyfrontowej mieścinie, znaleźliśmy list gończy wystawiony przez Posterunek, na którym widniał wizerunek tego przerażonego obdartusa. Podobno wykradł jajogłowym jakąś cenną technologię i zamordował z zimną krwią kilku oficerów. Bob, jak zawsze ciekawski, od razu wyszperał z tyłu samochodu jabłko i zaczął się nim bawić. Kiedy nacisnął na guzik znajdujący się w miejscu ogonka, wtedy to coś zaczęło wibrować, a na powierzchni pojawiło się światełko, które niczym strzałka od kompasu wskazywało wciąż jeden kierunek – wschód. Wtedy Bob wymyślił tę teorię, którą oczywiście musieliśmy zweryfikować – jabłko jest mapą, która na pewno wskazuje coś wyjątkowo cennego – jakąś zaawansowaną technologię Molocha, albo ukryte zdobycze Posterunku. Zapakowaliśmy więc górę sprzętu, wymieniliśmy leki na ołów i ruszyliśmy w podróż.
W ciągu dwóch tygodni naszej wędrówki, trafiliśmy na stado niebezpiecznych mutantów, które zamieniliśmy szybko na stertę gnijącego mięsa z ekstra dużymi kawałkami ołowiu. Później, aby ominąć grasujący w pobliżu gang motocyklistów, poruszaliśmy się bocznymi drogami co przedłużyło troszkę naszą podróż. Im bliżej celu się znajdowaliśmy, tym urządzenie mocniej wibrowało. Przez parę kolejnych dni poruszaliśmy się pieszo po trudno dostępnych rejonach Gór Skalistych, przepełnionych skorpionami. Wreszcie o zachodzie słońca, kiedy urządzenie zaczęło bardzo mocno wibrować i delikatnie piszczeć, a psy zachowywały się bardzo niespokojnie, dostrzegliśmy w dolinie leżącej kilkaset metrów przed nami, ogromne stalowe wrota zamontowane w litej skale. Wejścia pilnowało jednak pięć maszyn Molocha – zmodyfikowana wersja Łowcy, wyposażona w dodatkowe kolce na pancerzu oraz olbrzymie szczęki na pysku, jak u tych pustynnych mrówek, na które jestem uczulony. Cholerne jabłko pikało i świeciło i w żaden sposób nie dało się go wyłączyć, ryzykowaliśmy więc, że cholerstwo sprowadzi na nas tych blaszanych zabójców, z którymi raczej nie mielibyśmy szans. W końcu Bob nie wytrzymał i rzucił nim o ziemię. Wtedy jabłko zamilkło i rozłożyło się, obnażając przed nami jeszcze jeden przycisk. Cholerna ciekawość drzemiąca w moim towarzyszu nakazała mu, mimo moich protestów, sprawdzić co się stanie po wciśnięciu tego guziczka. Powiadam wam, że chwilę później już całkowicie zgodni, wzięliśmy nogi za pas, zapominając o całym tym wymarzonym skarbie. Stalowa brama otworzyła się z głośnym sykiem, a ze środka wypełzło jeszcze około trzydziestu pięciu Łowców oraz ogromny robot na gąsienicach. Temu ostatniemu nie mieliśmy czasu się przyjrzeć. Nim w całości wyjechał z groty, my już znajdowaliśmy się daleko za horyzontem, myśląc tylko o powrocie do samochodu i wyjechaniu stąd jak najdalej.
Tej samej nocy rozbiliśmy obóz na pustyni, dokładnie upewniając się, że jesteśmy zabezpieczeni na wypadek niezapowiedzianej wizyty. Jabłko, teraz już tylko lekko wibrujące, odebrałem Bobowi, aby znów czegoś przypadkiem nie przywołał. Kiedy obudził mnie w połowie nocy, aby zmienić wartę, był przerażony. Mówił coś o kobiecym śmiechu i stalowych pazurach lśniących w pełni księżyca. Psy były spokojne, więc zbagatelizowałem jego obawy i dałem mu proszki na sen. Następnego dnia znalazłem go rozszarpanego na strzępy, kilka metrów od obozu. Urządzenie miałem zamiar sprzedać komuś, kto będzie w stanie poradzić sobie z tymi maszynami, ale teraz chcę się go po prostu pozbyć jak najszybciej za galon benzyny i kilka konserw. Może wtedy to prześladujące mnie widmo da mi spokój i będę mógł zacząć żyć na nowo. Wiem, że nie wierzycie we wszystkie bajki opowiadane przez zwykłych obdartusów spotkanych na środku pustyni, ale może jednak weźmiecie ode mnie to cholerne jabłko w zamian za moją opowieść?
Copyright © 2012 Przemysław Pinczak. All rights reserved.