Miłość w drugim obiegu

Posted by in nowela filmowa

Zima roku 1981 dała się nam wszystkim we znaki. Hasła „Solidarności” na murach, po wprowadzeniu stanu wojennego, były skrupulatnie zamalowywane przez milicję. Pozostawały po nich tylko łaty, na których zacząłem wtedy rysować kwiaty przy pomocy białej kredy. Pewnego zimowego poranka, siedziałem w swoim biurze wraz z dwudziestoma innymi urzędnikami i znudzony stukałem bezmyślnie w maszynę do pisania. Za oknem, widać było od czasu do czasu krążące czołgi, które zostawiały na topniejącym śniegu, charakterystyczne brudne ślady. Przywykliśmy już do tego widoku, stan wojenny wprowadzono kilka miesięcy temu, więc wojsko na ulicy nie robiło na nikim najmniejszego wrażenia. To nie był dobry czas na miłość, jednak pomimo swej wrodzonej ostrożności, dokładnie tego poranka, dałem się oczarować kobiecie o kasztanowych włosach, która w ogromnym zamieszaniu, trafiła do naszego urzędu.
Zapowiadał się leniwy i pracowity dzień. Stół zawalony był szarymi teczkami, wypełnionymi po brzegi nowymi dokumentami przeznaczonymi do analizy. Wtedy z magazynów dobiegł nas wszystkich podejrzany hałas. Grupa studentów uciekała przez korytarz, trzymając w rękach beczułki z nowym tuszem oraz świeże bryzy papieru biurowego. Na początku staliśmy jak wryci, zupełnie nie wiedząc, co zrobić. W końcu przeszywający wszystko głos Alfreda – czterdziestoletniego, wrednego szefa naszego wydziału, przywołał nas do porządku i kilku chłopaków rozpoczęło pościg za złodziejaszkami. Wściekły Alfred rzucił się w stronę telefonu, kiedy z magazynu wybiegła jeszcze jedna postać – młoda, piękna dziewczyna o kasztanowych włosach spiętych gumką. Biegła niemalże bezgłośnie, trzymają w dłoniach taśmy z wkładami od maszyn do pisania. Chciała przekraść się niezauważona do wyjścia ewakuacyjnego, skrywając się między naszymi biurkami, jednak Alfred niemal natychmiast ją wypatrzył i z pianą na ustach, rzucił się w jej stronę. Nie miała szans. Spojrzała  na mnie tymi swoimi cudownymi oczyma, po czym zrezygnowała i opuściła głowę. Alfred obwinął jej ręce taśmą, posadził na krześle i rozkazał mi jej pilnować, a sam poszedł zadzwonić na milicje i dopilnować, aby pozostałe złodziejaszki zostały schwytane.
Siedziała tak z rozpuszczonymi włosami, patrząc w stronę okna. Była piękna i nie widziałem w jej oświetlonej bladym światłem twarzy, ani cienia strachu – raczej zdecydowanie i pewnego rodzaju dumę z tego, co robi. Dzięki panującemu dookoła zamieszaniu, byliśmy zupełnie sami. Zacząłem zadawać jej pytania. Zajmowała się z przyjaciółmi drukowaniem zakazanych książek oraz ulotek dla „Solidarności”. Wiedziała, że grozi jej za to więzienie, oraz wyrzucenie ze studiów. Bardziej martwiła się jednak o swoją matkę, która pokładała w niej wielkie nadzieje. Po chwili namysłu, sięgnąłem do biurka po nożyk do papieru. Rozglądając się uważnie, przeciąłem taśmę, która krępowała jej ręce. Złapałem ją za dłoń i wyprowadziłem na korytarz wyjścia ewakuacyjnego.
– Ale co z tobą będzie? Przecież szef cię wyrzuci z pracy, lub oskarży o współudział – wyczuwałem troskę w jej głosie.
– O mnie się nie martw. Alfred nikogo z nas nigdy nie rozróżniał. Traktuje nas instrumentalnie. Jeśli wyjdę razem z tobą, udam, że biegłem za jednym z was – odpowiedziałem nie będąc do końca pewien swojego planu. Po chwili znaleźliśmy się na tyłach naszego urzędu. Skierowałem ją w stronę znajdującego się niedaleko osiedla, a sam miałem zamiar udać się w przeciwnym kierunku, na główną ulicę. Uśmiechnęła się do mnie, podziękowała i lekkim muśnięciem swych ust, dotknęła moich. Jej oczy lśniły w słońcu a ten uśmiech, którym mnie obdarzyła, miałem zapamiętać na zawsze.
– Poczekaj. Czy jeszcze kiedyś się zobaczymy? – Zapytałem lekko drżąc, kiedy ona chciała już odchodzić. Wtedy wyjęła spod płaszcza małą książkę wydrukowaną na kiepskiej jakości gazetowym papierze. Z drugiej kieszeni wyciągnęła długopis i w pośpiechu namazała na tylnej okładce, swój numer telefonu. Wręczyła mi tę książkę prosząc, abym zadzwonił, następnie uśmiechnęła się i zniknęła za rogiem.
Moja sztuczka chyba się udała. Alfred czekał przy drzwiach, kiedy ja zdyszany wbiegłem do środka, obwieszczając, że nie udało mi się „go” złapać. Z początku spojrzał na mnie podejrzliwie, jednak po chwili uśmiechnął się i zupełnie nieświadomy odrzekł z dumą, że udało się nam schwytać dziewczynę, która z „nimi” współpracowała. W tym samym czasie na miejsce podjechał samochód milicji, z którego wysiadło kilku, nie do końca zadowolonych mundurowych. Pozostało nam już tylko udać się z nimi na górę,  i oczekiwać wybuchu wściekłości Alfreda, który poprawił mi nastrój.
Do domu wróciłem, kiedy było już ciemno. Specjalnie obrałem dłuższą drogę w poszukiwaniu łat, na których z wielką ostrożnością, malowałem moje kwiaty. Po drodze natrafiłem szczęśliwie na nadzwyczajnie krótką kolejkę, która stała akurat za słodyczami. Jako, że nie miałem przy sobie odpowiednich kartek, wymieniłem się z kilkoma osobami stojącymi w kolejce, na zalegające w mojej kieszeni, kartki na alkohol. Kilka godzin później byłem już w domu. Zaparzyłem sobie herbaty i otworzyłem tabliczkę zdobytej właśnie czekolady. Z nesesera wyjąłem małą książeczkę. Był to „Rok 1984” Georga Orwella. Kilka stron wylatywało z wnętrza, czcionka była niewyraźna, prawdopodobnie przy jej drukowaniu, zaczynało powoli brakować tuszu. Pomyślałem sobie, że tak pewnie wygląda typowe podziemne wydawnictwo. Odczytałem krótki numer telefonu, już chciałem zadzwonić, jednak gdy w słuchawce rozległ się głos informujący mnie, że rozmowa jest kontrolowana, zorientowałem się, że dziewczyna nie podpisała się żadnym imieniem. Byłem zły na siebie. Ryzykowałem dziś sporo, zdobyłem numer telefonu, jednak nie zapytałem jej o tak podstawową sprawę, jak jej imię. Tej nocy kładłem się spać z postanowieniem, że ją odnajdę, choćby nie wiem, co miało się ze mną stać.
Następnego dnia w pracy szef obserwował nas wszystkich podejrzliwe, co chwila wymyślając dla kogoś jakieś dziwne zadania. Dowiedziałem się, że bierze podejrzanych na rozmowy i próbuje dociec, kto z nas uwolnił wczoraj tę  dziewczynę. W końcu przyszła pora na mnie, i tak jak przypuszczałem, stary mnie nie pamiętał. Wezwał mnie do siebie pod pretekstem sprawdzenia pewnych niezgodności w dokumentacji i od razu zaczął ostro to moje nieformalne przesłuchanie.
– Ty… Jak wy się w ogolę nazywacie? – Wyglądało na to, że spotkał mnie po trzech latach wątpliwy zaszczyć przejścia z moim przełożonym na ty.
– Michał Zajączkowski. A więc co z tymi dokumentami? – Odpowiedziałem niechętnie i wymijająco.
– Wszystko wiem, ty mała gnido. Przyznaj się, że to ty ją wczoraj wypuściłeś, a może nie stracisz pracy – wycedził groźnie przez zęby.
– Nie wiem o czym pan mówi. Wczoraj biegłem za tymi studentami. Nie pamięta pan? Wchodziliśmy razem na górę z milicjantami – powiedziałem ostrożnie, warząc każde moje słowo i obserwując jego reakcję. Widziałem, jak się w nim kotłowało. Mgliste wspomnienie mojej twarzy, kiedy kazał mi pilnować dziewczyny, mieszało się z drugim, sprzecznym wspomnieniem, kiedy zdyszany zakomunikowałem mu, że student którego rzekomo goniłem, uciekł.
– W takim razie powiedz mi, kto to do jasnej cholery był. Widziałeś coś podejrzanego? – Chwycił się ostatniej deski ratunku, jednak pomimo mojego zwycięstwa, wciąż patrzył na mnie podejrzliwe.
– Skąd miałbym to wiedzieć? Przecież byłem na dole. O tym, że jakaś dziewczyna została schwytana, dowiedziałem się przecież dopiero od pana – logicznie uzupełniałem moje kłamstwo, zwiększając w ten sposób swoje szanse. Nie wytrzymał tego napięcia, zupełnie, jakby sprzeczne informacje w jego głowie docierały się iskrząc i męcząc jego podświadomość. Odwrócił się do mnie plecami, lewą ręką rzucając ten charakterystyczny dla niego gest, informujący mnie, abym już sobie poszedł. Kiedy otworzyłem drzwi, rzucił mi jeszcze ostatnią groźbę na odchodne.
– Będę cię miał na oku. Lepiej dla ciebie, aby się przypadkiem nie okazało, że to byłeś ty. Mam wrażenie, że coś kręcisz Michale Zajączkowski – moje nazwisko zaakcentował groźnie, aż musiałem wyjść do łazienki, aby odetchnąć.
Teraz wiedziałem, że nie ma z nim żartów. Jeśli zdołał do końca naszej rozmowy zapamiętać jak się nazywam, zapamięta mnie już na zawsze i już do samego końca mojego żywota, będzie mnie śledził i kontrolował. W łazience spotkałem kolegę, który był wcześniej „przesłuchiwany”. Wymieniliśmy się opiniami na temat naszego szefa, które podziela trzy czwarte urzędników pracujących w tym budynku. Arek powiedział mi, że pewnie sam na miejscu „tego kogoś” uwolniłby dziewczynę, co dodało mi trochę otuchy. Zapytał mnie o weekend, przypominając o prywatce na którą zostałem zaproszony. Niestety ja już miałem zupełnie inne plany. Troszkę tajemniczo odpowiedziałem mu, że „muszę kogoś odszukać”.
Sobota. Jadę tramwajem czytając tę książkę, na której znajdował się niepodpisany numer telefonu. Czytam i wyobrażam sobie, że główny bohater – urzędnik imieniem Smith – to ja, a Julia, to tajemnicza dziewczyna, którą poznałem tamtego poranka w urzędzie.
Siedzimy na porośniętej trawą polanie, na szycie małego pagórka, gdzieś w lesie poza miastem. W miejscu tym prawdopodobnie, nie ma mikrofonów i jak mnie ona zapewnia, słychać stąd każdy krok z odległości stu metrów. Rozmawiamy. Pytam się jej o imię i dowiaduje się, że całe to agitowanie na rzecz partii, to tylko jej poza. W głębi serca nie cierpi rządu i ten sam wstręt, rozpoznała w mojej twarzy. Ma przy sobie czekoladę kupioną na czarnym rynku, którą mnie częstuje. Mówimy o jej zepsuciu, które mnie strasznie podnieca. Ten zwierzęcy instynkt i nieposkromiona namiętność, która mogłaby rozsadzić całą partię z Ligą Antyseksualną na czele, narasta w nas przez całą rozmowę. Nad głowami gra nam pieśń piękny drozd, który czyni tę chwilę jeszcze piękniejszą.
– Słuchaj. Im więcej mężczyzn miałaś, tym bardziej cię kocham. Wiesz dlaczego? Dlatego, że nienawidzę czystości, nienawidzę dobroci! Nie chcę, żeby istniały jakiekolwiek cnoty. Pragnę, aby wszyscy byli zepsuci do szpiku kości.
– W takim razie powinnam ci odpowiadać, kochanie. Jestem zepsuta jak nikt – po tych słowach rozbieram ją i zaczynamy się kochać wśród rosnących na trawie dzwoneczków.
(George Orwell, Rok 1984, część druga, rozdział drugi)
Podnoszę głowę znad książki i czuję się troszkę zażenowany. Rozglądam się dookoła i napotykam na wzrok kobiety, która kiwa głową z dezaprobatą. Młody mężczyzna siada tuż przy mnie i spogląda na broszurę, którą wciąż trzymam otwartą na kolanach.
– Pan to lepiej schowa. Niebezpiecznie jest czytać bibuły poza domem. Wszędzie łapanki – szepnął mi konspiracyjnie do ucha.
– Trudno się oderwać od dobrej literatury – odpowiedziałem z porozumiewawczym uśmiechem na twarzy, chowając książkę pod płaszczem. Przez chwilę jechaliśmy w milczeniu. Spostrzegłem, że z jego walizki wystają białe karki papieru a dłonie ma poplamione tuszem drukarskim. Zdecydowałem się na odwagę.
– Wie pan może, gdzie mogę dostać więcej takich książek? – Mężczyzna zmierzył mnie wzrokiem, jakby chciał mnie ocenić, rozejrzał się konspiracyjnie, w końcu uśmiechnął się i wyciągnął długopis.
– Ma pan coś, na czym mógłbym pisać? – Zapytał. Podałem mu książkę, i wskazałem palcem, aby dopisał się z tyłu okładki, tuż pod numerem telefonu tajemniczej dziewczyny.
– Tutaj ma pan adres. Proszę przychodzić tylko po pracy i tylko w środku tygodnia i tylko, jeśli na parapecie będzie stała doniczka. Zapuka pan wtedy trzy razy w parapet, potem zadzwoni pan jeden raz króciutko dzwonkiem – wytłumaczył mi cały mechanizm, po czym podaliśmy sobie ręce i przedstawiliśmy się sobie. Mężczyzna, który miał na imię Mirek, wysiadł na najbliższym przystanku a ja z uśmiechem na ustach, tym razem już bardziej ostrożny, powróciłem do lektury.
Niezawodna, nawet w dobie kryzysu, Poczta Polska, sprawdziła mi numer numer telefonu i podała adres zamieszkania mojej tajemniczej nieznajomej. Oczywiście kosztowało mnie to czekoladę i kilka kartek na alkohol, ale w końcu mam szansę się z nią spotkać. Kilka minut później stałem już w centrum i spoglądałem z bijącym sercem, na starą kamienicę. W ręku trzymałem bukiet kwiatów i moją ostatnią zdobyczną czekoladę. Troszkę się stresowałem, jednak po chwili spostrzegłem jedną z tych łat, na których był mój kwiatek namalowany kredą. Ktoś przy nim domalował kolejne kwiaty, tworząc wspaniały bukiet, podobny do tego, który trzymałem w dłoni. To mnie napełniło pozytywną energią, więc już bardziej zdecydowanym krokiem, skierowałem się w górę. Przez moment stałem przy  samych drzwiach jak jakiś kołek, uważnie nasłuchując. W końcu zdecydowałem się zadzwonić. Po chwili drzwi otworzyła mi młoda, puszysta studentka z krótkimi włosami.
– Dzień dobry. Czy jest w domu… Czy zastałem? Czy… – Jąkałem się niemiłosiernie, zupełnie nie wiedząc, co powiedzieć. Dziewczynę chyba to bawiło. Stała tak przez chwilę, przysłuchując się i przyglądając mi się uważnie.
– Pewnie szukasz Joanny, mojej byłej współlokatorki – wypaliła w końcu z uśmiechem na twarzy, kiedy ja zaczynałem się już czerwienić jak burak.
– Właśnie… Joanna. Tak. Była! Była? Jak była? To ona już tutaj nie mieszka.
– Dziś rano właściciela wyrzuciła ją, za niepłacenie rachunków. Pewnie przeniesie się do akademika – puszysta mówiła z jakąś obojętnością, pochłaniając mnie wzrokiem i dłonią delikatnie gładząc swoje udo.
– Może wejdziesz? Pewnie zmarzłeś przystojniaku – oblizała wargi i chwyciła czekoladę, po czym zniknęła w przedpokoju, zostawiając mi otwarte drzwi. Nie miałem innego wyjścia, musiałem wejść do środka.
– Czy wiesz może, gdzie ona teraz jest? Zależy mi na tym, aby ją spotkać – mówiłem speszony, gdy ona z czekoladą w ustach, skierowała się wprost na mnie, miętoląc w dłoniach swoje pokaźnej wielkości piersi.
– Słuchaj, czy to ważne? Teraz jesteśmy tutaj sami, moja ty czekoladko – oblizała usta i przyparła mnie do ściany, czmychnąłem więc z powrotem na korytarz, niemalże wpadając po drodze na wieszak z płaszczami.
– Czy ona tutaj wróci? Masz jakiś kontakt do niej?
– Nigdy jej nie lubiłam, z wzajemnością, więc wątpię, że  wróci. Zawsze sprowadzała kłopoty tymi swoimi książeczkami. Wszystkie rzeczy zabrała ze sobą, zwalniając ten wielki i mięciutki tapczan. Możemy więc zaszaleć słodziutki. Chcesz zobaczyć, jak chodzą w nim sprężyny
Zabrałem kwiaty i uciekłem, wołając coś na pożegnanie. Chyba nie była zadowolona. Krzyczała coś przez okno w moją stronę, jednak niczego nie zrozumiałem. Byłem w kropce. Wieczorem w domu, zabrałem się za czytanie książki, wyobrażając sobie, że jestem głównym bohaterem Smithem, a Joanna jest Julią.
Siedzę właśnie w małym pokoiku z widokiem na dzielnicę proli i czytam Julii Księgę Goldsteina. Julia słucha z zaangażowaniem, jednak po jakimś czasie, w końcu zasypia.
– Julio, spisz? – Nie było odpowiedzi, więc położyłem się przy niej, szepcząc jej do ucha, że mimo iż jesteśmy mniejszością w tym chorym świecie, to z pewnością jesteśmy normalni. Normalność nie jest bowiem kwestią statystyki.
Obudziłem się około dwudziestej trzeciej. Z podwórza dobiegał donośny śpiew, który zbudził Julię.
– Głodna jestem. Zaparzę kawy – męczyła się przez chwilę z zimną wodą i brakiem nafty do jej zagotowania, kiedy ja podszedłem do okna, aby spojrzeć na zakazaną dzielnicę najniższej warstwy społecznej – proli. Po chwili Joanna dołączyła do mnie. Rozmawialiśmy o pieśniach i radości, które wypełniają tych ludzi i zimnej partii, wewnątrz której nikt nie śpiewa.
– Czy pamiętasz drozda, który śpiewał dla nas pierwszego dnia, tam na skraju lasu? – Zapytałem.
– Nie śpiewał dla nas. Śpiewał dla własnej przyjemności. Nie, to też nie – śpiewał tak po prostu – chwilę milczeliśmy, przytuleni do siebie, rozkoszując się tym momentem i własną obecnością.
– Jesteśmy martwi – powiedziałem troszkę przestraszony własnymi słowami.
– Jesteśmy martwi – odpowiedziała posłusznie Julia.
– Jesteście martwi – oświadczył żelazny głos za naszymi plecami, dochodzący zza ryciny znajdującej się w pomieszczeniu. Odskoczyliśmy od siebie przerażeni i zupełnie zdezorientowani.
– Zostańcie na swoich miejscach, nie ruszać się bez rozkazu – oświadczył nieznoszący sprzeciwu, nieludzki i mechaniczny głos. Zostaliśmy więc zdekonspirowani. Głos wciąż powtarzał wszystkie nasze obawy i każde nasze słowa, jak jakieś złowrogie echo. Dom był otoczony i klęczeliśmy rozdzieleni, dygocząc i trzymając dłonie na karku. Tuż nad moją głową, stalowa drabina przebiła szybę.
(George Orwell, Rok 1984 – końcówka części drugiej)
Z lektury wyrwał mnie hałas dobiegający z domu sąsiadów. Odłożyłem książkę i lekko uchyliłem drzwi, aby zobaczyć, co tam się dzieje. Kilku milicjantów dobijało się do drzwi, próbując je wyważyć. Jeden z nich zauważył mnie i rozkazał mi wracać do środka, krzycząc, abym przestał interesować się „nieswoimi sprawami”. Resztę akcji obserwowałem przez wizjer. Po chwili szarpania, ktoś w końcu otworzył drzwi. Milicjanci wbiegli do środka, wyprowadzając sąsiada w samej piżamie. Jego żona i dwójka dzieci, zapłakani, mogli się tylko przyglądać aresztowaniu. Poczekałem chwilę, aż sobie pójdą, po czym wygrzebałem spod łóżka markowe whisky kupione w peweksie i trzymane na specjalną okazję i udałem się do sąsiadki, aby ją pocieszyć. Dowiedziałem się wtedy, że mąż jej wykonywał matryce dla podziemnej prasy. Podobno w piwnicy ma cztery gotowe, których nie zdołał dostarczyć do swojego współpracownika. Teraz biedna kobieta boi się, czy aby nie wrócą przeszukać piwnicy. Zaryzykowałem i spytałem się, czy chodzi o tego Mirka, którego poznałem w tramwaju. Trafiłem w dziesiątkę. Obiecałem jej pomóc i dostarczyć Mirkowi owe matryce, przy okazji odciążając ją od tego niewygodnego materiału dowodowego. Kobieta dała mi klucze od piwnicy i jeszcze tej samej nocy, zabrałem matryce, chowając je do wielkiej, skórzanej walizki.
Następnego dnia mieliśmy w urzędzie bardzo mało pracy, więc wszyscy poruszali się leniwie, symulując jakieś czynności. Ja sam czytałem książkę pod stołem, udając, że przeglądam jakieś dokumenty. Alfred musiał wyjechać gdzieś w sprawie służbowej, więc atmosfera była bardzo przyjemna. Zauważyłem jednak, że Arek mnie unika. Jakoś specjalnie się tym nie przejmowałem. Kiedy wracałem do domu, zorientowałem się, że zostawiłem książkę w pracy. Tym także jakoś specjalnie się nie przejąłem i tak już skończyłem ją czytać, a dziś postaram się zdobyć jakiś nowy tytuł. Wytargałem z domu wielką walizkę i złapałem taksówkę, która zawiozła mnie na miejsce. Oczywiście sporo ryzykowałem, poruszając się po mieście z takim ładunkiem.
Wreszcie znalazłem się na starym osiedlu, zbudowanym zaraz po wojnie. Na podwórku biegały dzieciaki, bawiąc się w milicjantów i strajkujących robotników. Dziewczynki grały w gumę, albo wykonywały te swoje wygibasy na trzepakach. Rozejrzałem się po parapetach przy klatce schodowej, niestety żaden z nich nie miał wystawionej doniczki. Zmartwiony, już chciałem wracać, gdy spostrzegłem, jak starsza kobieta w domowym fartuchu, wystawia na parapet zieloną doniczkę z aspidistrą. Uśmiechnąłem się do siebie, zapukałem trzy razy w parapet i skierowałem się do klatki schodowej, gdzie jeszcze przed wejściem zaskoczył mnie młodociany milicjant, który chciał mnie zaaresztować za rzekomy bimber w walizce. Zadzwoniłem raz krótko, zgodnie z instrukcją i dałem krok do tyłu, aby dać się zmierzyć w wizjerze. Troszkę to trwało, w końcu starsza kobieta w fartuchu wpuściła mnie do środka. Mirek siedział w pokoju, zszywając przy pomocy grubej nici, książki leżące na podłodze.
– Świat jest mały – rzuciłem na samym początku – mój sąsiad pana zna. Niestety został wczoraj aresztowany. Sądzę, że powinniście dla bezpieczeństwa zmienić kryjówkę. Mam też dla pana to – otworzyłem walizkę pokazując mu stalowe matryce. Był zaskoczony, jednak natychmiast podjął stosowne działania.
– Mogę pożyczyć walizkę? – Spytał, pakując już do niej kilka książek. Matryce zajmowały tylko połowę całej objętości, więc spokojnie mógł zmieścić tam wszystkie nie zszyte jeszcze bibuły. Zaoferowałem mu swoją pomoc. Zgodził się bez wahania. W łóżku pod pościelą, znajdowała się jeszcze cała biblioteka. Mirek kazał mi to wszystko pakować w prześcieradła i siatki, które podawała jego matka. Sam pobiegł załatwić samochód, chwilę później załadowaliśmy wszystko do bagażnika i pojechaliśmy.
Okazało się, że moje obawy nie były przesadzone. Mój sąsiad ma podobno słabą psychikę, dlatego też nigdy nie pracował w terenie. Samemu uważał, że bezpieczniej będzie, jeśli będzie wiedział tylko tyle, ile musiał. Oczywiście był oddanym sprawie człowiekiem i znakomitym specjalistą od wykonywania matryc do powielaczy, jednak z natury był zawsze słabowity i miał bardzo niski próg wytrzymałości na ból. Trzeba więc dziś wieczór, jeszcze przed godziną policyjną, zlikwidować dwa magazyny oraz jedną drukarnię, przenosząc wszystko w jakieś inne, bezpieczniejsze miejsca o których mój sąsiad nie mógł wiedzieć. Zaoferowałem swoją piwnicę, jako miejsce tymczasowe. Piorun w końcu nie uderza dwa razy w to samo drzewo, więc mało prawdopodobne, aby szukano czegokolwiek tak blisko jego mieszkania.
Pojechaliśmy w okolicę cmentarza, kierując się polonezem w stronę zakładu pogrzebowego. Niestety, milicyjne nyski już tam stały, wynosząc ze środka trumny wypełnione książkami i aresztując posępnych pracowników zakładu. Przejechaliśmy spokojnie obok, ryzykując zatrzymanie. Mirek klął pod nosem, jednak po chwili się opanował i wróciliśmy na główną trasę, skąd pojechaliśmy dalej, w stronę ogródków działkowych, zatrzymując się jeszcze po drodze, aby wykonać telefon. W tym czasie ja wygrzebałem z worka jedną z książek. Była to ozdobiona piękną grafiką w kolorze czerwonym, „Mała apokalipsa” Tadeusza Konwickiego. Malutka książeczka zszyta była dratwą i wydrukowana na dobrej jakości papierze biurowym. Widać, że do jej druku nie żałowano tuszu, miejscami nawet przesadzono i niektóre literki troszkę się rozlewały. Przystąpiłem do lektury, wyobrażając sobie mnie i Joannę w roli bohaterów tej opowieści.
Leżeliśmy nadzy i przytuleni do siebie, ciężko oddychając. Ćma latała przy lampie, samobójczo stukając głową w gorącą żarówkę, którą myliła z księżycem. Wtedy zadzwonił telefon. Dzwonił tak długo, aż w końcu z drugiego pokoju rozległ się krzyk chorego, abyśmy w końcu odebrali. Wstałem, okrywając ją płaszczem i wciąż nie spuszczając z niej wzroku, podniosłem słuchawkę.
– Halo – powiedziałem ochrypłym głosem, wciąż wpatrując się w boleśnie doskonałe ciało mojej kochanki.
– Mówi Halina. Wszystko w porządku. Tylko jaki pan woli kanister? Bo są do wyboru. Czerwony, żółty, niebieski?
– Kanister?
– Pan wie do czego. Więc jaki kolor?
– Czy to ma znaczenie?
– Nie wiem. Może mieć. Wolałam zapytać.
– Dobrze. Niech będzie niebieski – rzuciłem obojętnie, odkładając słuchawkę.
(Tadeusz Konwicki, Mała apokalipsa)
Mirek odłożył słuchawkę i ruszył w stronę samochodu. Zamknąłem książkę i schowałem ją do płaszcza.
– Trudno się oderwać prawda? To akurat wyjątkowo dobra pozycja. O poświęceniu – rzucił z uśmiechem na ustach, gdy odpalał silnik poloneza.
Na działce czekał już za nami starszy pan, którego Mirek nazywał Profesorem. Zaczęliśmy szybko wyciągać powielacze i rolki papieru z piwnicy jego domku działkowego, i pakowaliśmy to wszystko do wypchanych sianem, worków od ziemniaków. Sprzęt wraz z książkami z domu Mirka, wypełnił bagażnik i cały tył samochodu. Plastikowy pojemnik z tuszem musiałem już trzymać między nogami. Z rozmów między Mirkiem i Profesorem zrozumiałem, że dziś w nocy mieli zacząć drukowanie ulotek informujących o niedawnym rozwiązaniu Niezależnego Zrzeszenia Studentów i wzywających do organizowania się i stawiania oporu. Kurier, który miał rozwieść ulotki do kilku największych miast przyjedzie jutro rano, i w związku z wprowadzonymi utrudnieniami w poruszaniu się między miastami, jest to jedyna szansa na zorganizowanie ogólnopolskiego protestu w tymczasowo zamkniętych wyższych uczelniach i akademikach całego kraju. Niestety, Mirek stwierdził, że w chwili obecnej nie można ryzykować. Kiedy wyjeżdżaliśmy, widzieliśmy kilka nysek jadących już w stronę ogródków działkowych, było więc gorzej niż sądziliśmy. Mirek martwił się o swoją starszą matkę.
W pośpiechu wypakowaliśmy to wszystko u mnie w piwnicy. Nigdy jej do niczego nie używałem, poza schowkiem na rower, więc stała cały czas pusta. Drzwi miałem zabite kartonem, aby nikt nie zaglądał do środka. Była to wielka piwnica, więc po wypakowaniu sprzętu, zostało jeszcze sporo miejsca.
– Mam tutaj poprowadzone gniazdko. Jeśli jest pilna potrzeba, można drukować. W dodatku nikt z waszych o mnie nie wie, więc ryzyko wpadki jest minimalne – oświadczyłem spokojnym głosem, kiedy już usiedliśmy aby odetchnąć. Mirek rozejrzał się po piwnicy i kiwnął głową z aprobatą.
– Jeśli jesteś tego pewien i gotów jesteś podjąć to ryzyko, to wyślę dziś do ciebie chłopaka i możecie to zrobić w nocy. Jeśli UB jest teraz u mnie, to ja będę na dołku, w najlepszym razie będę obserwowany, ale zdążę wszystko ustawić przed powrotem do mieszkania – odparł całkowicie poważnie.
– Możesz na mnie liczyć – odparłem z uśmiechem na ustach.
– Ten kraj wciąż mnie zadziwia. Zawsze kiedy poznaję takich ludzi jak ty, przekonuję się, czym naprawdę jest solidarność – uścisnęliśmy sobie ręce, po czym odprowadziłem go do samochodu. Spaliliśmy jeszcze po papierosie, w tym czasie Mirek tłumaczył mi, w jaki sposób rozpoznam studenta z którym będę dziś w nocy pracował oraz kuriera, który zostanie tutaj skierowany krótko po wschodzie słońca. W końcu odjechał, a ja w oczekiwaniu na mojego współpracownika, zająłem się lekturą nowej książki.
Stoimy na placu Defilad, gdzie kamery Kroniki Filmowej, szykują się do sfilmowania wyjścia delegatów. Słychać graną z taśmy Międzynarodówkę. Trzymam w dłoni niebieski Kanister z benzyną. Za mną stoi Profesor, Mirek oraz moja ukochana Joanna, która pobiega do mnie, czepia się mojego ramienia i zaczyna płakać.
– Nie trzeba płakać. Teraz już nawet nie wolno – mówię zdecydowanie.
– Pójdę z tobą. Może ci będzie lżej – szepce mi do ucha przez łzy.
– Nie. Ty zostań. Ktoś musi zostać – mówię do niej czule, wtedy podchodzi do mnie Mirek z wacikiem i strzykawką.
– Proszę obnażyć przedramię – rozkazuje.
– Ale dlaczego? Dajcie mi spokój – nim zdążyłem zaprotestować, podciągnął mi rękaw i wbił igłę pod skórę. Krzyknąłem niegłośno a on już przyklepywał ślad po igle mokrym tamponem.
– Środek przeciw bólowi – poinformował.
– To już drugi zastrzyk dzisiaj – mówiłem spokojnie, wtedy ona chwyciła mnie za rękę i zaczęła całować swymi chłodnymi ustami, zranione miejsce. Odkręciłem kanister i spojrzałem w stronę budynku, gdzie zaczęto już rozpalać wszystkie światła dookoła. Dźwięk międzynarodówki rozlegający się z monitorów, stawał się coraz bardziej donośny.
– Już czas – powiedział Profesor.
(Tadeusz Konwicki, Mała apokalipsa)
Lekturę przerwało mi pukanie do drzwi. Trzy lekkie uderzenia, przerwa i kolejne dwa stuknięcia. Potem znów trzy już troszkę mocniejsze uderzenia, przerwa i dwa stuknięcia. Otworzyłem drzwi. Przede mną stał jeden z tych studentów, któremu wtedy udało się uciec z naszego urzędu. Przedstawił się jako Paweł. Zaprosiłem go do środka i zaczęliśmy pracę od przygotowania sobie termosów z kawą na dzisiejszą noc.
– Szybko biegasz – zagadałem tajemniczo – nawet z pięcioma litrami tuszu pod pachą – spojrzałem na niego z uśmiechem, a on zmrużył oczy, zmierzył mnie dokładnie, jednak niczego nie wymyślił, więc wzruszył tylko ramionami. Wyjaśniłem mu, że pracowałem tego dnia w urzędzie, kiedy wybiegli z naszego magazynu z materiałami. Nic jeszcze nie wspominałem o Joannie. Zeszliśmy do piwnicy i spokojnie zaczęliśmy rozstawiać cały sprzęt. Po godzinie, konspiracyjna, podziemna drukarnia była gotowa do wypuszczenia pierwszej partii ulotek. Zapaliliśmy papierosa.
– Wasza trójka. Studiujecie razem z Joanną? – Zapytałem jakby od niechcenia, zaciągając się amerykańskim papierosem.
– Tak. Filologia polska. Ja zajmuje się specjalnością wydawniczą, a tamta dwójka specjalność krytycznoliteracka. Joanna, dzięki mojej pomocy, wydała kiedyś w podziemiu swoje opowiadanie. Tak się poznaliśmy – odpowiedział spokojnie, uśmiechając się do siebie.
– Czy wy jesteście razem? – Zapytałem lekko przestraszony.
– Już nie. Stare dzieje. Nie pasowaliśmy do siebie, ale to nie przeszkadza nam się przyjaźnić – odpowiedział, po czym stwierdził, że czasu już mało i zaczął mi tłumaczyć moją rolę w trakcie całego procesu drukowania. Praca nie była trudna, chociaż należało ostrożnie nakładać farbę, aby matryce się nie pozatykały. Moim zadaniem było jednak odbieranie gotowych kartek i układanie ich na stertę. W połowie nocy mieliśmy już wszystko podrukowanie i przystąpiliśmy do składania ze sobą kartek i ich łączenia przy pomocy grubej igły i nitek.
– Pamiętasz może, o czym było to jej opowiadanie? – Zapytałem po jakimś czasie, gdy częstowałem go kolejnym, amerykańskim papierosem w trakcie jednej z przerw na kawę.
– To było oparte na faktach. W grudniu odbył się strajk okupacyjny na naszej uczelni. Joanna stała wtedy na czele komitetu strajkowego – student opowiadał półszeptem, a ja wyobrażałem sobie tą drobną dziewczynę, która trzymając w dłoni sztandar z napisem „Precz z cenzurą!”, siedzi na schodach uczelni, otoczona przez kilkudziesięciu innych, strajkujących.
Oddziały pacyfikacyjne ZOMO powoli przebijały się przez mury uczelni. Przez okno wleciała do środka raca dymna, wybijając szybę i powodując chaos wśród przestraszonych studentów. Joanna zasłoniła okno transparentem i pobiegła do sali, w której odbywały się burzliwe rozmowy komitetu strajkowego. Sytuacja była bardzo ciężka i zdecydowano się na zakończenie strajku oraz na ewakuacje wszystkich studentów przez znajdujący się na tyłach, budynek rektoratu. Czasu było coraz mniej. Ktoś krzyknął, że zomowcy znaleźli się już w środku budynku. Wszyscy obradujący poderwali z miejsca i rozpoczęli akcję ewakuacyjną. Joanna widziała już z góry, jak zomowcy pałują chłopaków stojących przy głównym wejściu. Zebrała wokół siebie kilka osób, które wyglądały na sparaliżowane strachem i skierowała ich w stronę korytarza prowadzącego do rektoratu.
Studenci wybiegali tylnym wyjściem i rozbiegali się w różne strony po miasteczku akademickim. Joanna pobiegła między kamienice, aby znaleźć się na jednej z pobocznych uliczek. Kiedy wybiegła zza zaułka, otrzymała potężny cios armatką wodną, po którym wylądowała na stercie śmieci. Kilku milicjantów podbiegło do niej i zaczęło ją pałować. W końcu w ich stronę poleciały kamienie, która odwróciły ich uwagę od Joanny. Gdzieś na drodze trwały pościgi, łapanki i pałowania. Joanna sturlała się ze stery śmieci na ziemię i przykryła się kartonami, dzięki którym milicjanci nie byli jej w stanie znaleźć. Leżała tak przez kilka godzin, słysząc krzyki i błagania o litość. Kiedy ZOMO poświeciło lampą w uliczkę w której leżała, zauważyła na ścianie plamę z zamalowanym kiedyś przez milicję hasłem. Teraz na plamie ktoś namalował kredą piękny kwiatek. Joanna uśmiechnęła się do siebie i ponownie nakryła kartonami. Kiedy wszystko już ucichło, wstała i zakrwawionymi ustami złożyła pocałunek na malunku.
– W tych kwiatach widziała nadzieję. Później zaczęła je dostrzegać w całym mieście. „Nawet jeśli nam się nie uda, to na naszych ciałach i na naszej krwi już z pewnością wyrosną kwiaty wolności” – zacytował ostatnie zdanie z pamięci. Powiedziałem mu, że wiem, kto maluje te kwiaty na murach i że muszę się z nią spotkać. Poprosiłem go, aby nas gdzieś ze sobą umówił. Uśmiechnął się, kiwnął głową i obiecał mi, że jutro to zrobi, później zadzwoni do mnie, aby przekazać wszystkie szczegóły. Dokończyliśmy zszywanie i pakowanie kartek, kiedy za oknem pojawiła się czerwona łuna wschodzącego słońca. Kierowca z wojskową ciężarówką już na nas czekał. Wpakowaliśmy ulotki do samochodu i dowiedzieliśmy się przy okazji, że Mirek został aresztowany. Ulotki pojechały w świat. Pożegnałem się z Pawłem, przypominając mu jeszcze o mojej prośbie i udałem się do mieszkania, aby się umyć i przyszykować do pracy.
Po drodze udało mi się namalować jeszcze kilka, wyjątkowo pięknych kwiatów. W drzwiach budynku urzędowego spotkałem Arka, który wyglądał, jakby chciał przede mną uciec. Złapałem go na schodach i spytałem, co się z nim dzieje.
– Przepraszam, ale on mnie naciskał. Moja córka ma mieć operację w Szwajcarii i bez tego bym nie dostał paszportu – powiedział ze łzami w oczach, po czym wyrwał mi się i uciekł do góry. Przy moim biurku stał już Alfred wraz z kilkoma milicjantami i oglądali książkę, którą  zostawiłem tam pod koniec tygodnia. W dodatku niedomyte ślady tuszy na moich dłoniach, były gwoździem do trumny. Zostałem aresztowany i oskarżony o współudział w kradzieży. Po przeszukaniu mojego mieszkania i piwnicy, oskarżenia stały się jeszcze poważniejsze. Czekało mnie brutalne przesłuchanie, pokazowy proces oraz kilka lat więzienia. Po tym wszystkim, już troszkę podłamany psychicznie, wylądowałem w końcu w celi, dzieląc ją z jakimś przestępcą.
Mijały miesiące, nim Mirkowi udało się przekupić klawiszy i przenieść mnie do swojej celi. Władzy zależało wówczas, aby politycznych trzymać osobno, najlepiej z pospolitymi przestępcami, jednak po jakimś czasie odsiadki, nikt już się tobą nie przejmował. Wielu rzeczy nam brakowało, jednak czas umilaliśmy sobie na grze w karty wykonane z pudełek po zapałkach, oraz pracując nad własnymi figurkami szachowymi, które rzeźbiliśmy z chleba. Do więzienia docierała także pomoc w postaci książek i paczek przygotowywanych przez opozycję, jednak wizyty były mocno ograniczone, więc Mirek szukał innych sposobów na odbieranie tych przesyłek. Jako, że mnie nikt nie odwiedzał, wyznaczył mnie na łącznika. W sumie ucieszyłem się, gdyż miałem możliwość przekazania kartki dla moich rodziców, którą przyozdobiłem rysunkiem kwiatka – dokładnie takim samym jak ten, który zwykłem rysować na murach w miejscu łat po zamalowanych przez milicję hasłach wolnościowych. W końcu przyszedł czas na moją wizytę. Wszystko było załatwione, więc niczego się nie obawiałem. Nie spodziewałem się jednak, że osobą która mnie odwiedzi, będzie właśnie Joanna.
Wyglądała cudownie. Czekała na mnie z paczką obwiniętą szarym papierem. Naprawdę trudno było opisać moje szczęście. Ona także uśmiechnięta, ucieszyła się niezwykle na mój widok.
– Szukałem cię – powiedziałem patrząc jej prosto w oczy i podając kartkę. Joanna podała mi paczkę, odchyliła się na krzesełku i spojrzała na rysunek.
– Ja też cię szukałam – odparła uśmiechając się do mnie. Teraz mogą pojawić się już napisy końcowe, teraz jestem szczęśliwy. Było warto.
Koniec
Copyright © 2010 Przemysław Pinczak. All rights reserved.