Syndrom Cotarda

Posted by in eksperyment, Opowiadania

Jest w jego debiutanckiej powieści coś z żartu wykraczającego daleko poza literaturę i dotykającego problemu jego pisarskiej obsesji – tematu zdrady czytelnika, który za jedyne trzydzieści srebrników kupuje te ponad dwieście stron, tylko po to, aby je brutalnie przekartkować, następnie bezlitośnie obnażyć we wstydliwym akcie lektury, i w końcu odłożyć na półkę, gdzie dzieło, nad któ­rym autor pracował miesiącami czy też latami, może już tylko gnić wśród dzie­siątek mu podobnych. Zwykła, niczym nie wyróżniająca się książka, jest jak przygodnie poznana kobieta. Po przeczytaniu, gładzisz tylko myślami jej grzbiet, a raz do roku ścierasz kurz wspomnień – mówi jeden z bohaterów Syn­dromu Cotarda, aby po chwili dodać: Prawdziwie intrygująca jest książka, która sprawia w czytaniu pewną trudność, a między wersami skrywa dodatkowo jakiś sekret, który odkryć możemy tylko po latach obcowania z jej niewyczerpalną znaczeniowo treścią.
Syndrom Cotarda po części spełnia te założenia, jest bowiem książką, która już w swej nietypowej formie skrywa pewien wstydliwy sekret. Całość składa się z siedmiu rozdziałów, przypisów oraz ukrytego na samym końcu, ob­szernego appendiksu, stanowiącego jedną trzecią całej powieści. Jest to historia pisarza, który prowadzi prywatne śledztwo. W tym celu wyrusza w podróż po ciemnych zaułkach i zapomnianych miejskich spelunach, szukając ukrytej gdzieś prawdy na temat nigdy nieschwytanego, słynnego seryjnego mordercy, który mordował młode kobiety w czasach, kiedy ten był jeszcze dzieckiem. Po drodze spotykamy różne barwne postacie, tworzące przekrój oryginałów za­mieszkujących to małe miasteczko. W ręce naszego bohatera wpada też pożół­kły już raport z policyjnego archiwum, którego przytaczane wciąż fragmenty wzbogacają treść powieści.
W końcu pisarz trafia do opuszczonej willi wyglądającej jak jakiś mroczny pałac, tam też spotyka mężczyznę chorego na tytułowy syndrom Cotarda. Nasz bohater znajduje go siedzącego przy maszynie do pisania i wpatrującego się bezmyślnie w okno, za którym migotliwe miasto usiłuje przebić się przez gęstniejącą z każdym kolejny zdaniem noc. Mały pokoik wypełniony jest dziesiątkami równo poukładanych segregatorów, zajmujących w całości dwie przeciwległe ściany. Staruszek nie reaguje na żadne pytania, jakby znajdował się w jakimś letargu. Tylko wolno poruszająca się klatka piersiowa świadczy o tym, że mężczyzna wciąż żyje. Z bębna maszyny do pisania wystaje w połowie zapisana kartka. Pisarz odczytuje jej treść na głos:
Jestem bezimiennym narratorem, który chociaż widzi i opisuje, pozba­wiony jest jednak wszelkich cech osobowych. Nie mam wpływu na otaczającą mnie rzeczywistość, mój podmiot liryczny dawno już wyrwał się spod mojej władzy, ręce jego zbrukane są czarnym tuszem, a krótkie zdanie nie są w stanie go opisać. Teraz, niczym jakaś zjawa pozbawiona ciała, poruszam się niezauwa­żalny między tymi wszystkimi słowami i przenikam wszystkie myśli, samemu własnych nie posiadając. W trzeciej osobie, w trójcy jedyny, znam ja odpowie­dzi na wszystkie pytania, które chciałbyś mi zadać moje dziecko.
Tutaj zaczyna się druga część książki. W bibliotece szalonego staruszka, nasz bohater znajduje bardzo cenny materiał, który rzuca zupełnie nowe światło na jego książkę, i historię tych tajemniczych mordów sprzed kilkudziesięciu lat. Jest tam nawet coś zdecydowanie cenniejszego – w tych kolorowych segregator znajduje się kilkadziesiąt genialnych powieści, które wystarczy tylko uporząd­kować i wydać. Wszystkie one przeplatają się ze sobą, tworząc coś w rodzaju powieści totalnej, dzieła nieskończenie genialnego i ostatecznie doskonałego. Treść maszynopisów dosłownie pochłania naszego bohatera. Odurzający zapach atramentu uzależnia go, a cudowna treść, którą nie może się nasycić, skreśla wszystkie jego wcześniejsze książki, czyniąc z niego samego marnego pisarza o wyjątkowo mizernym talencie i skończenie płytkiej wyobraźni. Czy po przeczytaniu dzieła zawierającego w sobie wszystkie książki, będzie jeszcze możliwe czytanie lub pisanie? Czy raczej wszystko będzie już tylko nieznośnym powtórzeniem? Bohater zapomina o świecie zewnętrznym i całym sobą czyta, zdanie po zdaniu, akapit po akapicie; od tej pory żyje już tylko czytaniem.
Dochodząc do ostatniego rozdziału, staramy się oddzielić prawdę od fik­cji, literaturę od zwykłego obłędu oraz komentarze i nieustanne wtrącenia głów­nego bohatera od fragmentów przytaczanej nam prozy szalonego starca. Śledz­two przenosi się na inny, filologiczny wymiar. Pisarz powoli odkrywa przed nami kolejne elementy układanki, jednak my wciąż odnosimy wrażenie, że wszystkiego nam nie mówi. Równolegle w przypisach, które odgrywają tutaj niezwykle istotną rolę i stanowią dodatkową płaszczyznę opowieści, rodzi się pragnienie pisarza, aby zamordować staruszka i przywłaszczyć sobie dzieło jego życia. I dokładnie w momencie, w którym pisarz wyciąga z kieszeni naostrzoną brzytwę i przykłada ją do szyi nieistniejącego mężczyzny, książka się kończy.
Trudno mi cokolwiek powiedzieć na temat ostatniej części tej dziwnej po­wieści, która zamknięta jest w tym tajemniczym appendiksie. Jest ona bowiem fizycznie niedostępna dla czytelnika. Ciekawy pomysł wydawniczy zyskuje tu­taj znakomite uzasadnienie w treści. Na czym polega ten zabieg? Otóż trzecia część książki jest zamknięta i zaplombowana tak, że nie można jej otworzyć bez uszkodzenia okładki. W miejscu, gdzie znajduje się plomba, czyli na samym końcu drugiej części, możemy przeczytać krótki tekst, będący ostrzeżeniem au­tora:
Czytelniku! Nie waż się przełamywać tej pieczęci! Nie czytaj dalej! Ta­jemnica ma w sobie coś nieopisanie pięknego, rozwiązanie będzie miało zaś charakter cyrkowej sztuczki. Na kolejnych stronach znajdują się odpowiedzi na wszystkie ważne pytania, jakie padły w trakcie wcześniejszej lektury, jednak nie będziesz z nich nigdy zadowolony. W dodatku znienawidzisz mnie, gdyż w trze­ciej części postanowiłem uśmiercić mojego bohatera. Póki plomba chroni zawartą w niej treść przed twym ciekawskim spojrzeniem, póty on żyje, a ty na­dal możesz rozmyślać nad prawdziwą tożsamością mordercy. Zrywając plombę, zabijasz nie tylko jego, ale także całą powieść, mordujesz całą literaturę! Jeśli jednak zdecydujesz się to zrobić, wiedz, że ja przygotowałem się dobrze, i w treści ostatniego rozdziału ukryłem słowa zemsty wymierzone przeciwko tobie. Przeklęty będzie dzień, w którym przeczytasz te słowa.
Brzmi strasznie nieprawdaż? Przyznam się szczerze, że od kilku miesięcy zastanawiam się nad zerwaniem plomby i ukończeniem lektury, jednak wciąż nie mogę się na to zdobyć. Wszystko to sprawia, że ta książka wciąż mnie intry­guje. Boję się jednak, że w końcu nie wytrzymam i zdradzę autora. Moją własną ciekawością zabiję głównego bohatera, zniszczę książkę i całą literaturę. Cieka­wy jest fakt, że całkiem niedawno natrafiłem w sklepie z używanymi książkami, na kilka egzemplarzy Syndromu Cotarda, i wszystkie one miały zerwaną plom­bę! Zupełnie, jakby ci, którzy odważyli się ją zerwać, chcieli się pozbyć tego przeklętego przedmiotu. Przekartkowałem pobieżnie zakazane fragmenty, uwa­żając jednak, aby przypadkiem nie odczytać jakiegoś słowa. Wnętrze nie różniło się niczym od dwóch pierwszych części – gęsto zapisane kartki, ta sama czcion­ka, żadnych obrazków – nic nadzwyczajnego.
Kilka dni później próbowałem porozmawiać o tej książce ze znajomym, który trudni się pisaniem recenzji i analizą współczesnej literatury. To właśnie on kilka lat temu polecił mi pierwsze, publikowane jeszcze w internecie, opo­wiadania tego autora, wiążąc z jego zapowiadanym debiutem wielkie nadzieje. Jednak w trakcie naszej rozmowy robił wszystko, aby tylko nie rozmawiać o tej książce, jakby żywił do niej jakąś urazę. Moja chorobliwa ciekawość okazała się silniejsza ode mnie, więc mocno naciskałem. W końcu wyznał mi z pewnym wstydem, że nie wytrzymał i przeczytał trzecią część Syndromu Cotarda, co też z miejsca mi odradził. Od tego momentu nienawidzi tego autora, samą książkę spalił i stara się unikać wszelkich rozmów na jej temat. Po chwili milczenia spojrzał na mnie wzrokiem troszkę obłąkanym i zażądał, abyśmy nigdy więcej o tym nie rozmawiali, inaczej może się to źle dla mnie skończyć. Ja jednak uparcie brnąłem dalej, zarzucając go kolejnymi pytaniami. W końcu mój rozmówca nie wytrzymał. Zerwał się na równe nogi, następnie uderzył mnie prosto w szczękę tak mocno, że aż spadłem z krzesełka i wylądowałem na podłodze. Stanął nade mną z wyrazem obrzydzenia na twarzy i powiedział, żebym się najzwyczajniej w świecie odpierdolił, po czym splunął na ziemię i odszedł zdenerwowany.
Co jakiś czas zerkam na nienaruszoną okładkę mojego nadal zapieczęto­wanego egzemplarza i wciąż przekonuję siebie, żeby jednak tego nie robić. Kiedy rozmyślam o tej powieści, czuje wciąż niedosyt. Wciąż muszę się zasta­nawiać kto jest mordercą, i jaki ma to związek z dziewczyną pracującą w barze. Co takiego widział tej pamiętnej nocy roku 1985 nieistniejący mężczyzna mieszkający samotnie w willi i co to ma wspólnego z młodym pisarzem, który urodził się kilka dni później? Mam nawet swoją teorię, jednak póki nie spraw­dzę jej, zrywając tę przeklętą plombę, pozostanie ona jedynie teorią, która praw­dopodobnie i tak znajdowała się już wewnątrz jednego z tych kolorowych se­gregatorów, należących do nieistniejącego starca chorego na syndrom Cotarda.
Copyright © 2012 Przemysław Pinczak. All rights reserved.