Podmiot

Posted by in eksperyment, Opowiadania

To mógł być jeden z tych leniwych poranków, kiedy po ciężkiej nocy zasypiasz na drewnianej ławeczce, w oczekiwaniu na poranny pociąg. Siedzisz bezczynnie, starając się nawet wzrokiem nie przekraczać zbyt wcześnie białej linii, która odgradza cię od przeznaczenia, mimowolnie uciekasz więc myślami w zupełnie inne miejsce. W sumie, to mogła być nawet jedna z tych deszczowych nocy, kiedy to pod blaszanym dachem unosi się smród palonych kiepów, zmieszany z wonią ptasich odchodów, od których kręci ci się w głowie. Trudno mi teraz sobie przypomnieć dokładne miejsce akcji i opisać je tak, jak to należałoby zrobić w tego rodzaju opowieściach, więc postaram się sięgnąć pamięcią do rzeczy całkowicie pewnych i wokół nich zbudować moją historię. A więc z pewnością był to dworzec, a ja daleki byłem od pełnej trzeźwości. Jak jakiś lunatyk, błądziłem gdzieś w najciemniejszych zakamarkach mojej podświadomości. Rozum mój znajdował się w dobrze mu znanym, szalonym stadium całkowitego upojenia; prawdopodobnie zmęczenie mieszało się we mnie z alkoholem, doprawionym gęstym dymem konopnym. A może była to butelka Martini, poprzedzająca zwykle namiętny seks z przygodnie poznaną, odurzającą swymi feromonami kobietą? Szczegóły zamazują się w mojej pamięci i nawet gdybym był tym cholernym, wszechwiedzącym narratorem, trudno by mi było opisać wszystkie moje wątpliwości związane z tym momentem, kiedy ujrzałem go po raz pierwszy – wiem jedynie, że nie wywarł na mnie wielkiego wrażenia. Wręcz przeciwnie – wydawał się nijaki, zupełnie pozbawiony charakteru. W dodatku, pomimo swego wrodzonego staromodnego dostojeństwa, był w pewien sposób odpychający, jak ci kloszardzi, od których odwracasz natychmiast wzrok, gdy przechodzą obok ciebie, szczerząc swoje gnijące zęby. Usiadł przy mnie, a ja odsunąłem się jak tylko mogłem najdalej, aby nasze łokcie się nie stykały. Przeklęty staruszek, być może ten chwilowy kontakt, to niszczące moją prywatność dotknięcie, było mu do czegoś potrzebne? Być może wtedy wniknął głęboko do mojej głowy i korzystając ze swojej wszechmocy, odebrał mi wolną wolę? W każdym razie właśnie tak to się zaczęło i od tego momentu, moje życie miało się całkowicie zmienić.
Jak dziś się nad tym zastanawiam, myślę, że mogło to być przeznaczenie – coś w rodzaju nadzwyczajnego układu planet i mgławic, spotęgowane przez tę dziwną mgłę układającą się w poziome paski, tak jak litery układają się w długie zdania, wewnątrz każdej podrzędnej powiastki. Jestem całkowicie pewien, że nie był to przypadek, już prędzej mogła to być dokładnie zaplanowana i sprytnie obmyślana fabuła groteskowego opowiadania, zwanego moim życiem. Z całego tego dziwacznego poranka, pamiętam najlepiej denerwującą nas muchę, która latała wokół, co chwila atakując nasze uszy, jakby chciała w ten sposób wykraść z naszych zmęczonych umysłów sny, które akurat chciały przebić się do otaczającej nas rzeczywistości (może to były po prostu moje egzystencjalne torsje?). Trwało to przynajmniej pół godziny i w ten czas, nawiązała się między nami jakaś nić porozumienia. Dwa wyrazy, które między sobą wymieniliśmy (zwykła klątwa, jakże popularna w potocznej mowie), były podstawą całego naszego dziwacznego związku, milczącego paktu ustanowionego, aby zniszczyć natrętnego owada. Cała reszta trwała już tylko chwilę. Pisarz, zdecydowanym ruchem wyciągnął ze skórzanej teczki kilka kartek, które zwinął w rulon, tworząc narzędzie zbrodni i wtedy nagle czas jakby się zatrzymał. Kropla wody, spadająca z rynny do kałuży leciała w dół kilka minut, zniekształcony głos kobiety informującej o niebezpieczeństwie związanym z przekroczeniem białej linii, zamienił się w długi i monotonny szum, który od czasu do czasu lekko tylko wibrował. Ludzie stali w bezruchu, zupełnie nieświadomi wielkiej walki, którą ja wraz z moim dziwnym towarzyszem, toczyliśmy z tym cholernym owadem, siedząc na tej drewnianej ławeczce bez oparcia. Kiedy pisarz trzasnął muchę, wszystko wróciło do normy. Kropla uderzyła w kałużę, kobieta dokończyła swój komunikat, tłum zaczął znów wydawać charakterystyczne dla siebie, cywilizacyjne polifoniczne pikania i niecenzuralne pomrukiwania, a ja w końcu mogłem zamknąć oczy i odetchnąć, rozkoszując się pozornym spokojem brudnego dworca. Trwało to krótszą chwilę, nim zdecydowałem się w końcu wstać i pogratulować jakże trafnego zamordowania muchy, jednak kiedy otworzyłem oczy, jego już nie było. Tylko ten rulon, kilka zwiniętych kartek z rozpłaszczonymi zwłokami natrętnego owada, pozostał po moim pisarzu.Oczywiście, musiałem się jakoś powstrzymać, ciekawość mogła w końcu zwyciężyć i zajrzałbym niechybnie do tych zapisków, więc postanowiłem zapobiec temu i szybko uciec gdzieś w stronę dworcowej palarni. Plan mój jednak się nie udał. Cholerna dziewczynka z dwoma warkoczami albo jakaś wymalowana na różowo dziwka (naprawdę trudno mi sobie przypomnieć – to chyba zależy od pory dnia, albo stanu mojego umysłu) w przypływie dobroci, postanowiła pomóc bliźniemu, którym na nieszczęście, okazałem się ja. Narzędzie mordu, z plamą po tym cholernym owadzie, znalazło się w moich rękach. Pieprzony los sobie ze mnie zakpił. Chociaż chciałem tego uniknąć, on wysłał do mnie różowego anioła, który nakierował mnie na prawidłowy tor, jakby wiedział, że w takiej sytuacji, gdy będę już miał te bazgroły w dłoni, moja ciekawość okaże się silniejsza od wstrętu, którym zawsze obdarzałem ten mój nędzny los. Byłem nieudanym podmiotem lirycznym, który świadomy końca, nie godził się na udział w tej nędznej opowieści. Byłem synem swej zdradzanej matki, poniżanym przez całe życie bękartem, młodszym bratem zdegenerowanego ojca pijaka. Niedopracowany konspekt z nabazgranym na marginesie charakterem – bohater, o którym zawsze szybko się zapomina. Jak mogłem uwierzyć, że dziś byłem mu na coś potrzebny, że stałem się pierwszoplanowy? Że w końcu zostałem pierwszoosobowym narratorem jego pieprzonej powieści?
Wydzielona palarnia była pusta, co wydawało mi się dziwne o tej porze (jakakolwiek by ona miała być), jednak nad blaszanym daszkiem, wciąż unosił się dym, a w wilgotnym powietrzu dało się wyczuć kwaśną woń stęchłych petów, które od kilku dni leżały w rdzewiejącej popielnicy. Chciałem wyrzucić te przeklęte kartki, pozbyć się ich w jakiś spektakularny sposób lub zwyczajnie wrzucić do kosza, jednak ziarno perwersyjnej ciekawości, zasiane przez różową sukę z dwoma warkoczami, właśnie zaczynało kiełkować wewnątrz mnie, naciskając nieznośnie na żołądek. Nie mogłem dłużej wytrzymać; po zaledwie trzech zaciągnięciach się dymem taniego papierosa niewiadomej marki (pamiętam tylko wróżbę na pudełku z opisem mojej zbliżającej się śmierci), poczułem, że jest mi niedobrze. Zwymiotowałem w dyskretny sposób, o ile w ogóle dyskretne wymiotowanie jest możliwe – po prostu zrzygałem się do środka popielnicy, gdzie resztki mojej kolacji zmieszały się z tymi śmierdzącymi petami, wytarłem twarz w rękaw, a na tę powstałą właśnie kupę wpół przetrawionego jedzenia, którego sam nie byłem już w stanie zidentyfikować, wbiłem mojego niedopalonego papierosa. Wyglądało to jak jakaś pieprzona wisienka na torcie obrzydliwości. Kobieta o metalicznym głosie obwieszczała właśnie przyjazd mojego pociągu, ostrzegając mnie ponownie przed niebezpieczeństwem związanym z białą linią. Są granice, których nawet ja nie odważyłbym się przekroczyć. Biała linia stała się białą kartką zwiniętą w rulon, wsiadłem więc do pociągu, rozpoczynając w ten sposób nowy akapit mojej nędznej przygody.
Być może był to poranek – w pamięci mam widok wschodzącego słońca. Pamiętam dobrze, jak kartka, którą trzymałem w dłoni, nagle pożółkła, jakby ktoś dodał jej dziesiątek lat, zamieniając przy okazji komputerowy druk, na wypukłe ślady uderzeń od maszyny do pisania. Mogło być w tej cudownej przemianie coś z magii, jednak ja zbagatelizowałem to zjawisko, zwalając winę na mój zmęczony umysł, który zawsze o tej porze płatał mi figle. Rozłożyłem rulon, na który składały się trzy, gęsto zapisane z jednej tylko strony kartki. Aby jeszcze dać sobie szansę na odrzucenie rosnącego we mnie pragnienia, ułożyłem je na kolanach zapisaną stroną do dołu i zamknąłem oczy, wsłuchując się w miarowy dźwięk poruszającego się wolno pociągu. Przede mną leżały te przeklęte białe kartki, a umysł mój znalazł się w miejscu, w którym jawa miesza się ze snem, w monotonnym tańcu pędzącego na stalowych szynach, starego i już powoli rozsypującego się pociągu. Pamiętam dokładnie wypukłość liter, układających się w wyrazy. Zasypiałem, dotykając opuszkami palców, czystej strony kartek.
Biała gęś, która siedziała na kolanach tęgiej baby, ubranej w fikuśny fartuch, opowiadała właśnie pasażerom historię wielkiej wojny, która zakończyła się zagładą całej jej rodziny. Trzech cyganów w obcisłych cyrkowych spodniach, tańczyło na samym środku przedziału, wesoło podskakując w rytm smutnej melodii, granej na dziwnym instrumencie z pudłem rezonansowym wykonanym z bawolej czaszki. Monety, które zbierali do kapelusza, zjadała biała gęś i z każdym kęsem, dziób jej stawał się coraz bardziej złoty, a jej opowieść zapełniała się coraz większą ilością makabrycznych szczegółów. Od patroszenia żywcem, po podcinanie skrzydeł i powolne wyrywanie piór, które później wypełniało się krwią tętniczą i sprzedawało na straganach z marzeniami, jako pisadła, którymi należy bezwzględnie spisywać własne wspomnienia. Od wydłubywania oczu, do wlewania przy pomocy srebrnego lejka do wnętrza czaszki, zmielonej papki ideologicznej, która podobno zamieniła ciepłe spojrzenie jej matki, na szare oczy opętane hasłami o czystości rasy. Później, już po tym zabiegu, matka jej sama pragnęła ułożyć swoją niezwykle długą i śnieżno białą szyję, pod ostrym jak brzytwa, rzeźnickim nożem. Była zwolenniczką pięknej teorii, mówiącej, aby krew po uderzeniu trysnęła wysoko, aż do szarego, cementowego nieba, zostawiając po sobie ślad, który będą mogli oglądać potomni. To było jej pragnieniem i ptasim obowiązkiem, który spełniła z dumą i zwierzęcą radością. Nieszczęsna ofiara mięsożernej ideologii.
Nie mogąc słuchać dłużej tego wypełnionego wzniosłością i niepotrzebną martyrologią pieprzenia, udałem się na korytarz, aby we względnym spokoju, przeczytać wreszcie te kartki, które już zdążyły się pokryć krwią gęsiej opowieści i zmiętolić pod wpływem bawolich drgań cygańskiego ryku (inaczej tej muzyki nazwać nie potrafię). Pamiętam jeszcze tylko przepełnione nienawiścią spojrzenie karła, który pilnował wyjścia z przedziału. Był oburzony tym, że wychodzę w połowie opowieści, odniosłem nawet wrażenie, że gdyby tylko mógł, to wydłubałby mi oczy i odrąbał ręce, usiłując nauczyć mnie odrobiny szacunku dla tej gęsiej tragedii (Taki typ mentalnych karłów, spotykam codziennie – tak bardzo pragną być wysłuchani, że gotowi są wbić ci nóż w plecy, kiedy odwrócisz się chociażby tylko na chwilę. Ten karzeł był nawet gorszy, gdyż jego serce przepełnione było misją dawania wszystkim naokoło świadectwa tego straszliwego okrucieństwa). Wychodząc, trąciłem go lekko biodrem, a on chyba na złość i na przekór mnie upadł, uderzając głową o oparcie i rozsypał się na tysiąc kawałków, jakby był jakimś krasnalem ogrodowym, ustawionym na środku przedziału, by straszyć małe dzieci. Myślę, że poprzez własną śmierć, chciał mi pokazać swoją duchową wyższość. Kolejny pieprzony mesjasz, zbawiający na siłę cały świat.
To wszystko wydawało się tak nierealne, że gdy tylko znalazłem się na korytarzu, rzeczywistość uderzyła mnie mocno w żołądek, drugi już raz wywołując tego poranka, mentalne torsje. Zwymiotowałem całą tę historię, pokrytą kwasem żołądkowym, w którego składzie znajdowała się także moja genetyczna przeszłość, wszelkie wojenne zbrodnie popełnione przez moich dziadków na gęsiach o złotych dziobach. Za oknem przesuwał się powoli krajobraz, a nasz pociąg stał w miejscu. Grawitacja stawała się nieznośnie dołująca, więc usiadłem i rozłożyłem wreszcie na kolanach kartki, które otrzymałem w spadku po tym pisarzu, który dziś rano zamordował bezlitośnie muchę na dworcu imienia argentyńskiego pisarza fantasty i niewidomego bibliotekarza. Jak mogłem się spodziewać, całe dwa poprzednie akapity mojej historii, znajdowały się na pierwszej stronie, którą ze wstrętem zmiętoliłem i wyrzuciłem przez okno. Więc to nie był sen, raczej moje wyczulone jeszcze z czasów kurzej ślepoty opuszki palców, odczytały treść znajdującą się na kartce, przeanalizowały całą tę bajkę o gęsi i karle, o wojnie, śmierci i zagładzie, następnie zaprezentowały mi ją w postaci snu o pędzącym pociągu i tańczących dance macabre cyganach jadących na rzeź.
Tak bardzo chciałem teraz zapalić papierosa, jednak zawartość paczki sprzeciwiła się mojemu pragnieniu, pustoszejąc w okamgnieniu, kiedy zdecydowanym ruchem, obnażyłem jej wnętrze. Wróżba bolesnej i powolnej śmierci spowodowanej przerzutami nowotworu z płuc do mózgu wydawała mi się teraz tylko nic nieznaczącą przepowiednią, jakimś zabawnym horoskopem, w który wierzą tylko dewotki po menopauzie oraz nadmiernie uduchowione wegetarianki poobwieszane śmierdzącymi koralikami. Ciekawość oraz logika opowieści kazały mi zakończyć tę nikotynową dygresję, tak bardzo charakterystyczną dla młodych pisarczyków, więc wyrzuciłem pudełko przez okno, aby nic mnie już nie rozpraszało przed lekturą pozostałych dwóch kartek, pożółkłego opowiadania (być może kartki pożółkły właśnie od rozlewających się po nich, wnętrznościach muchy?). Ciąg dalszy był gorszy, niż sądziłem, jednak dzięki temu, zrozumiałem więcej, niż mogłem i więcej niż chciałem.
Niech przeklęty będzie ten dzień, kiedy przeczytałem to nędzne i niezrozumiałe opowiadanie. Dla ciebie czytelniku jest jeszcze nadzieja, wystarczy, że zakończysz lekturę w tym miejscu, pójdziesz umierać gdzie indziej. Do pełni mojego nieszczęścia brakuje mi bowiem jeszcze tylko twoich gnijących przemyśleń i martwych interpretacji. Pewnie nauczono cię, że każdy może mieć własną? Jeśli nadal wierzysz w te bzdury, to naprawdę nie musisz czytać tego do końca, przecież tekst ten dla takich jak ty nie znaczy nic, liczy się tylko twoja pieprzona wolność interpretacyjna. Niestety, ale jesteś w błędzie. Wszystko jest w tekście, a twoja dowolna interpretacja jest tylko martwą muchą, gnijącą na białych kartkach tejże opowieści. Jest tak, że każdy ma taką interpretację, jaką jest w stanie wyciągnąć z wnętrza tekstu. Jeśli jesteś słaby i głupi, twoja interpretacja będzie równie słabowita i intelektualnie wątła. Wszystko jest w tekście i od ciebie zależy, jak wiele uda ci się z niego wyciągnąć i zrozumieć. W każdym innym przypadku jesteś podobny do mnie. Pamiętasz tylko szczegóły, nie rozróżniasz jawy od snu, a twoje zmęczone oczy przesuwające się po tekście, to tylko cygański taniec w rytm bawolego rzępolenia. Teraz kiedy już pozbyłeś się z wnętrza swojego żołądka zalegających tam pokładów sensu i bezsensu, możesz przeczytać zakończenie. Może to cię wyzwoli, może to wreszcie sprawi, że przestaniesz cierpieć, że będziesz mógł bez żadnych skrupułów zapomnieć o tym literackim bełkocie, pozbyć się tych kartek, zmarnotrawionych przez podrzędnej jakości prozę, skomplikowane zdania i nic nie znaczące, przypadkowo ułożone wyrazy.
Druga kartka pełna była dziwacznych określeń i literackich przemyśleń, w których autor zwracał się bezpośrednio do czytelnika. Być może był to jakiś list lub luźne notatki pisarza, które miał zamiar ubrać później w jakąś, chociażby szczątkową fabułę. Coś jak plan działania, na który nanosimy wszelkie nasze problemy w postaci szczątkowych przemyśleń, a następnie powoli wykreślając je, realizujemy dzieło, spełniające wszelkie nasze wymagania i dające nam odpowiedź na każde pytanie, jakie sobie postawiliśmy. A może to pomysł na jakąś eksperymentalną powieść lub akademicki bełkot, zarys pracy naukowej, której zamysłu nie ogarniałem? Bez względu na intencję autora, dla mnie było to po prostu zwykłe pieprzenie, niewarte uwagi, więc pogniotłem kartkę i wyrzuciłem zdecydowanym ruchem za okno. Powoli zaczynałem wątpić w tą całą tajemnicę, która miała być zapisana na tych trzech kartach. Być może wmówiłem sobie tylko wyjątkowość treści, którą skrywały te zapiski, aby jakoś wytłumaczyć przed samym sobą, tą niezdrową ciekawość, tak bardzo do mnie niepodobną? Zaczynałem już powoli wątpić w samego siebie i w całą tą moją opowieść, którą teraz analizujecie, łapiąc się za głowy. Dopiero trzecia kartka i jej treść skrywały to wszystko, czego oczekiwałem po moim stwórcy. Zagadka, odpowiedź na nurtujące mnie od pierwszego zdania pytanie, o sens mojego życia i cel, dla którego opowiadam wam tą niedorzeczną historię.
Kilka chaotycznych i nierównych akapitów opisywało dokładnie moje kolejne spotkanie z pisarzem. Pamiętam, że był to deszczowy poranek. Korzystając z hamulca bezpieczeństwa, zatrzymałem pędzący za oknem krajobraz w miejscu, gdzie znajdował się peron, z którego wyruszyłem w podróż kilka godzin temu. Przekroczyłem białą linię, która znów stałą się wrogą dla mnie granicą, zupełnie jakbym nigdy jej nie przekraczał. On siedział już na ławce, trzymając na kolanach skórzaną teczkę w kolorze ciemnego brązu. Uśmiechał się w stronę tęczy, która wyrosła tuż za moimi plecami. Usiadłem przy nim i wtedy cały peron ruszył do przodu, zostawiając za sobą pociąg pełen zdziwionych ludzi. Różowa suka, w której mieszała się dziecięca niewinność z przekwitłym urokiem wymalowanej prostytutki, złapała za kosz na śmieci, aby utrzymać równowagę. Pędziliśmy tak, mijając pociągi towarowe i lokomotywy, które trzymały w miejscu wielkie piętrowe wagony pierwszej klasy, przepełnione jadącymi na rzeź gąsiorami. Podmuch rozwiewał jego siwe włosy, które z każdym przejechanym kilometrem nabierały powoli koloru. Im szybciej się poruszaliśmy, tym pisarz stawał się młodszy. Mucha przed jego nosem walczyła z tym pędem, aby utrzymać się na swoim miejscu, jednak przyspieszający peron co chwila sprawiał, że przesuwała się w jego lewą stronę, a wtedy on wyciągał dłoń i z dziecięcą radością, popychał ją lekko, dzięki czemu znów nabierała rozpędu i ponownie bzyczała tuż przed jego nosem. Z biegiem czasu, peron się wyludniał, aż w końcu zostaliśmy na nim sami. Karta z opowiadaniem zwinięta w rulon stawała się coraz twardsza, aż w końcu czarne litery zamieniły się w stalowe kulki, które rozlały się po całej jej przestrzeni, zamieniając rulon w coś na kształt sztyletu z ostrym czubkiem.
Kilka ławek dalej siedziała jeszcze baba w fikuśnym fartuchu, z gęsią na kolanach a obok nich posklejany krasnal ogrodowy – ostatni pasażerowie opustoszałego peronu pędzącego w nieznane. Nad nimi stał trzymetrowy kontroler, który sprawdzał dokładnie ich bilety. Poklepałem się po marynarce, pogrzebałem po kieszeniach i ku mojemu zdziwieniu, nie znalazłem swojego. Pisarz wciąż bawił się z muchą, a z jego butonierki wystawał żółty bilet. Poczułem, że oblał mnie zimny pot. Zaczynałem się rozglądać po peronie, szukając jakiegoś miejsca, w którym mógłbym się schować, niestety nic nie przychodziło mi do głowy. Postanowiłem więc zadziałać zdecydowanie. Szybkim ruchem wyszarpnąłem bilet pisarzowi i spojrzałem prosto w jego przestraszone całą tą nagłą sytuacją oczy. Tonem nieznoszącym sprzeciwu, kazałem mu otworzyć walizkę. Wewnątrz było więcej kartek, cała powieść, może nawet kilka powieści. Zdecydowanym i zamaszystym ruchem, wbiłem mu stwardniały rulon prosto w brzuch, drugim końcem kierując go w stronę torby. Pisarz zaczął wydawać z siebie jakieś pojękiwania, które po chwili, kiedy mucha wleciała mu do ust, zamieniły się w wyraźne bzyczenie. Z rulonu wprost do torby, wyciekały jego wnętrzności, a twarz jego stawała się z każdą chwilą coraz bardziej dziecięca. Kiedy trzymetrowy kontroler stanął nade mną, zasłaniając mi słońce, pisarz był już niemowlęciem, podłączonym pępowiną do swoich maszynopisów. Zamknąłem go w torbie, pokazałem bilet kontrolerowi i odetchnąłem z ulgą, w końcu za bilety dzieci do lat siedmiu, płacić nie trzeba. Kiedy peron zatrzymał się przed starym parowozem, zrozumiałem już wszystko. Walizkę zostawiłem pod nogami różowej suki, prosząc ją, aby się nim zaopiekowała. Z uśmiechem na ustach opuściłem peron, kierując się w stronę zachodzącego czarnego słońca, które jak drukowana kropka, zwiastowało koniec mojej opowieści. Może tam, daleko za horyzontem, znajdę swoją własną interpretację. Jedno jest pewne, mam teraz, nad czym się zastanawiać. Może nawet sam zostanę pisarzem i stworzę swój własny podmiot liryczny, który podaruje mi wieczną młodość.
Copyright © 2011 Przemysław Pinczak. All rights reserved.