Dzika plaża

Posted by in obyczajowe, Opowiadania

Sunęliśmy leniwie pomiędzy ciągnącymi się aż po horyzont polami kukurydzy, starając się wymijać pęknięcia na asfalcie, które były tak ogromne, że bezpiecznie mogłyby wygrzewać się w nich gady. Było nas trzech. Kamil jak zwykle grzebał coś przy podłączonym do radia odtwarzaczu, racząc nas co chwila jakimś kultowym utworem, Lewek leżał na tylnym siedzeniu powalony żarem lejącym się z nieba, a ja trzymałem się kierownicy, wachlując się nieaktualną już drogową mapą Polski.
– To jakieś totalne zadupie! – obwieścił w pewnym momencie Kamil, podnosząc głowę znad odtwarzacza. Z głośników popłynął dobrze mi znany, przesterowany i brudny gitarowy riff, pochodzący jeszcze z czasów, kiedy chodziliśmy razem po mieście w przetartych spodniach i wełnianych swetrach, plując na wyrastające zewsząd reklamy supermarketów. Mieliśmy wtedy po szesnaście lat i każdy z nas był wierną kopią Kurta Cobaina lub Marka Arma. Dziś jesteśmy ćwierćwiecznymi absolwentami różnych uczelni, jednak mam wrażenie, że za każdym razem gdy się spotykamy, zmieniamy się na powrót w tych nieokrzesanych nastolatków. Może tylko miny mamy poważniejsze i włosy krótsze.
– Zajebiście! Dirty! Sonic Youth! Jak ja dawno tego nie słyszałem! – zawołał podekscytowany Lewek, który nagle przebudził się z letargu, po czym zaczął wrzeszczeć całkiem poprawną angielszczyzną, zupełnie jednak nie trafiając w linię melodyjną:
– I can never forget you, the way you rock the girls. Zaraz, co jest!? Gdzie my jesteśmy? – wypalił nagle, rozglądając się po okolicy. Właśnie mijaliśmy ciągnik bez kabiny, przewożący okrągłe snopki siana. Siedzący dumnie na siodełku szczerbaty dziad bez koszulki, eksponował swój opalony i umięśniony tors, miętoląc w ustach kawałek słomy. Jego widok przypominał nam o naszych bladych i niewyćwiczonych ciałach, które chcieliśmy dziś troszkę opalić, aby w przyszłym tygodniu lepiej się zaprezentować na festiwalu.
– Właśnie o tym mówiłem – podchwycił Kamil – gdzie ty nas wieziesz? Mieliśmy jechać na jakąś plażę, a zamiast tego uprawiamy agroturystykę. Jeszcze krów na łące brakuje.
– Spokojnie. To duże jezioro z piękną plażą. Jeździłem tu co roku na biwak z rodzicami. Mało kto o tym miejscu wie, więc jest to prawdziwa oaza spokoju – zapewniałem ich szczerze, mając w pamięci te wszystkie leniwe popołudnia pod namiotem, będące kwintesencją mojego dzieciństwa i synonimem beztroskich wakacji. Teraz właśnie my – trójka mieszczuchów zmęczonych ciągłym szukaniem pracy, rozwijaniem własnych karier i nieustannym robieniem pieniędzy z niczego, potrzebowaliśmy odrobiny tego spokoju.
 – Jak dla mnie, to jesteśmy po środku pola kukurydzy. Asfalt to ktoś tu położył chyba przez przypadek, i to pewnie jeszcze zaraz po wojnie – Kamil kontynuował narzekanie, wciąż szukając czegoś w odtwarzaczu. Kilkaset metrów przed nami dostrzegłem nagle dwie, kobiece sylwetki.
– Spójrzcie! Dziewczyny! – zawołałem uradowany, że w końcu mogę jakoś potwierdzić istnienie tej plaży – pewnie biwakują tutaj i wracają z tego sklepu, co go mijaliśmy kilka minut temu – dodałem, słusznie dedukując po wypełnionych reklamówkach, które niosły już z pewnym trudem.
– Zatrzymaj się. Podwieziemy je! – rzucił podekscytowany Lewek, który poderwał się jak rażony piorunem i zaczął robić im miejsce – oczywiście tuż obok siebie.
Miały po dwadzieścia parę lat. Ruda – niższa i zdecydowanie ładniejsza – milczała przez całą drogę, patrząc wciąż na swoje paznokcie. Brunetka gadała niemalże bez przerwy, racząc nas swoim skrzekliwym głosem, który zabawnie komponował się z przesterowaną gitarą Thurstona. Biwakowały tutaj od trzech dni, i tak jak myślałem, wracały właśnie ze sklepu. Były wściekłe na chłopców, z którymi przyjechały, ponieważ upili się wczoraj tak, że żaden z nich nie jest w stanie się dziś ruszyć, a co dopiero mówić o wejściu za kierownicę. A ktoś przecież musiał pójść do sklepu po jedzenie.
– No to macie odpowiedzialnych kolegów, idealni kandydaci na mężów – Kamil dosadnie skwitował jej opowieść, po czym puścił znaną chyba każdemu nutę – kultowy Passenger Iggiego Popa. Skręciliśmy już w polną drogę i jechaliśmy otoczeni piaskiem oraz melodyjnymi riffami płynącymi z głośników, wypatrując wciąż jeziora przez zakurzone szyby. Mijaliśmy pola ściętej pszenicy z piramidami snopków, a nad nami widniało jasne i puste niebo. Wszystko wyglądało dziś tak dobrze jakby było stworzone dla nas; zupełnie tak, jakby wszystko to było nasze. Może poza dziewczynami, które nie do końca podzielały nasz entuzjazm, i które chyba wzięły nas za dziwaków, kiedy tylko zaczęliśmy śpiewać wspólnie: la la la la lalalala. Kiedy utwór się skończył, Lewek wyskoczył z tą typową dla siebie gadką, robiąc z nas już zupełnych wariatów.
– Wiecie, że dla światła rzeczywistość jest płaska? Im szybciej się poruszasz, tym bardziej spłaszcza się wszystko dookoła względem ciebie, aż do granicznej prędkości, kiedy już nie ma co się spłaszczyć. Dla nas światło to rozciągnięty promień. Tak naprawdę, widzimy je w przestrzeni, która dla niego nie istnieje.
– I co z tego? – zapytałem kiwając porozumiewawczo w stronę Kamila, który szybko znalazł kolejny utwór na swoim odtwarzaczu. Niespodziewanie jednak, odezwała się milcząca od samego początku, rudowłosa piękność.
– To światło pochodzące ze słońca jest równocześnie na jego powierzchni i na mojej skórze?
– To jest właśnie teoria względności. Ty funkcjonujesz w czasoprzestrzeni, więc dla ciebie to światło było na słońcu osiem minut temu. Światło z własnej perspektywy jest jednocześnie na słońcu i na twojej skórze – wytłumaczył cierpliwie z uśmiechem na twarzy. Byliśmy straceni. Właśnie ujawnił się w nim ten przeklęty belfer, który potrafił całymi wieczorami rozprawiać o zasadzie nieoznaczoności Heisenberga i znikających bozonach Higgsa, których istnienia dowiedziono tylko w 99,9%, przez co wciąż nie możemy być niczego tak naprawdę pewni. Może poza tym, że dziewczyny uciekną od nas, jak tylko dojedziemy na miejsce.
Nagle zza wzgórza wyłoniło się przed nami wielkie jezioro, otoczone drzewami. Kamil miał na ten moment przygotowany specjalny utwór, więc na plaże wjechaliśmy przy wtórze audytywnej mieszanki jazzu i hip-hopu.
– Pobudka! – zawołał uradowany. Chwilę później machaliśmy głowami w rytm Radiowej piosenki o niczym. Radość nasza nie trwała jednak długo.
– Co to jest!? – zawołałem przerażony, kiedy cel naszej wędrówki ukazał się naszym oczom w całej swej okazałości. Plaża była przepełniona ludźmi. Na łące stało ponad dwadzieścia samochodów i przynajmniej tuzin namiotów, do tego wszędzie rozłożone były kolorowe parawaniki, a pod drzewami znajdowały się jeszcze dwie przyczepy kempingowe. Dookoła biegały dzieciaki z kołami ratunkowymi przy pasie, poganiane przez brzuchatych ojców z piwem w dłoni i komórką przy uchu. Przestrzeń wypełniał dodatkowo zapach kiełbasy z grilla i głośne disco-polo podlane ciężkim basem, który kolidował z rytmem naszej wesołej trąbki.
– Oto nasza oaza spokoju! – Lewek rzucił sarkastycznie, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu. Ja jednak byłem załamany. Moją dziką plażę okupowało właśnie dziesiątki niedzielnych turystów. Cudowne miejsce z dziecięcych lat zbrukane zostało przez parasolki powbijane w piasek oraz koce, na których prażyły się tęgie lub pomarszczone matrony w strojach kąpielowych pamiętających jeszcze pewnie czasy PRLu.
– Tutaj po południu tak zawsze, szczególnie w weekend – odezwała się brunetka, chcąc nas jakoś pocieszyć – wszyscy pojadą do domów jeszcze przed dziewiętnastą.
– Może uda się nam to jakoś przyśpieszyć – odrzekł Kamil z szelmowskim uśmiechem na twarzy, zacierając jednocześnie ręce. Byłem autentycznie przerażony tym, co ten psychopata wymyślił, jednak nie miałem nawet zamiaru się mu sprzeciwiać.
Zgodnie z zaleceniem Kamila, zaparkowaliśmy jak najbliżej jeziora. Pożegnaliśmy się z dziewczynami, wyciągnęliśmy koce, browary oraz naszą indyjską fajkę wodną i rozłożyliśmy się wygodnie na słońcu. Kamil otworzył bagażnik, aby głośniki miały czym oddychać, po czym puścił soczysty digital hard-core tak, aby zagłuszył to przeklęte disco-polo. Pierwsza płyta Atari Teenage Riot bombardowała plażę ostrą elektroniką i przeraźliwym, punkowym wrzaskiem, dzięki czemu dzieciaki kopiące piłkę oraz dwa babsztyle, które ze swoimi plastikowymi tipsami z ledwością radziły sobie z rozwiązywaniem krzyżówek, uciekły od nas na bezpieczną odległość. Oczywiście nie było w tym żadnej złośliwości, my po prostu staraliśmy się zagłuszyć w swoim otoczeniu dźwięki tego inwazyjnego disco-polo, które atakowało nas z drugiego końca plaży.
Na kontratak nie czekaliśmy długo. Ktoś bardzo sprytny napuścił na nas cztery przygłuche matrony, które rozłożyły się kilka metrów przed nami i zaczęły opalać się niemalże nago. Musieliśmy szybko coś wykombinować, ponieważ widok ten skutecznie odbierał nam apetyt. Postanowiliśmy skorzystać z niezwykłej zdolności Lewka, który często miał tendencje do zupełnego odpływania w myślach i całkowitego tracenia kontaktu z rzeczywistością, w trakcie tych swoich naukowych rozważań.
– Zrobisz tak – instruowałem go po cichu – zaczniesz gapić się na te ich blade i pomarszczone tyłki, rozmyślając jednocześnie o fizyce kwantowej. Możesz nawet mówić do nas. Jakoś to zniesiemy.
Lewek z początku miał opory, jednak po jakimś czasie zaczął prawić nam coś o teorii strun i super-symetrii, wkręcając się jak zwykle. Kobiety szybko zorientowały się, że są obserwowane przez jakiegoś zboczeńca, który w dodatku obgadywał je z wielką pasją, opatuliły się więc ręcznikami i czmychnęły oburzone do samochodu. Udało się! Wywalczyliśmy sobie ten piękny widok na brzeg leniwie podmywany przez maleńkie fale. Radość nasza nie trwała jednak długo, gdyż teraz chłopcy od disco-polo przeszli do kontrataku, wyciągając z zanadrza siarczyste techno. Tuba basowa schowana w ich bagażniku zaczęła walić tak mocno, że tył ich hondy niemalże podskakiwał z każdym uderzeniem.
– Albo my, albo oni – zawołał Kamil, podkręcając głośność na całą moc, jednak okazało się, że w starciu z takim kalibrem byliśmy całkowicie bezsilni. Po kilkunastu minutach męczarni zorientowaliśmy się, że plaża pustoszała w okamgnieniu. Wyglądało na to, że ludziom zaczął dawać się we znaki ten soczysty i męczący bas. Po godzinie, nawet nasi techno-maniacy zapakowali się i odjechali, mogliśmy więc włączyć w końcu coś spokojniejszego.
– Pewnie rozbolała ich głowa od tego basu – Lewek wysunął interesującą teorię, przewracając się na brzuch i kończąc trzecie piwo. Z głośników wydobywał się teraz spokojny dźwięk barytonowego saksofonu Colina Stetsona, który wraz z fajką wodną, wprowadził nas w senny i psychodeliczny nastrój. Zupełnie niespodziewanie dołączyła do nas także ta milcząca ruda piękność, z którą Lewek rozprawiał w samochodzie o teorii względności. Widocznie zrobiło to na niej jakieś wrażenie.
– Zawsze powtarzałem, że zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa, w końcu musi znaleźć się dziewczyna, która zniesie jego pieprzenie – szepnąłem do Kamila, kiedy zakochany Lewek, po ponad godzinnej gadce, pobiegł wreszcie z tą rudą do wody. Nazywała się Beata, i chociaż jeszcze tego nie wiedzieliśmy, miała być właśnie tą jedną jedyną, która zdoła pokochać tego naszego biednego geniusza.
Słońce zaczęło powoli znikać za horyzontem. Pomarańczowe promienie odbijały się od wody, malując jezioro na czerwono. W pewnym momencie wyglądało ono tak, jak gdyby właśnie pożerało mijający dzień. Przy wtórze gitarowego jazgotu zespołu Kristen, poderwaliśmy się z miejsca, aby wreszcie wskoczyć do tej chłodnej i kojącej zmysły wody. Piasek po którym biegliśmy, parzył nasze stopy, a czas jakby się zatrzymał. Nie miało już dla nas znaczenia to, czy pomarańczowe promienie istnieją w jakiejś przestrzeni, czy może są tutaj z nami i jednocześnie tam, na słońcu. Teraz ważna była tylko ta określona konfiguracja bytów, które wzajemnie oddziaływały na siebie. Zrozumiałem wtedy, że to właśnie ludzie tworzą nastrój miejsca; to oni wypełniają przestrzeń radością i własnymi marzeniami. Bez odpowiedniego towarzystwa, nawet najpiękniejsza plaża będzie tylko zwykłym brzegiem jakiegoś bliżej nieokreślonego zbiornika wodnego, otoczonego kupą czystego piasku. I tak, jak dla światła nie ma znaczenia pojęcie czasu i przestrzeni, tak też dla nas przestała się dziś liczyć rzeczywistość, od której tak bardzo pragnęliśmy uciec. Zanurzyliśmy się w zimnej wodzie, popłynęliśmy wspólnie, aż za horyzont zdarzeń i znów staliśmy się tymi cholernymi nastolatkami, dla których cały świat stoi otworem.
Copyright © 2012 Przemysław Pinczak. All rights reserved.